„Nas też czasami nosi po ich anielskich śladach…” – odkryłam Bieszczady na nowo. Część 3.

 

SONY DSC

Część pierwsza i druga to wędrówka naszej trójki, kolejny dzień to wyprawa 8-osobowej ekipy. I tym razem nie zabrakło „zapomnienia się” i przygód. Zapraszam na Połoninę Wetlińską i życzę miłej wyprawy.

Rano wstaliśmy i na spokojnie rozpoczęliśmy przygotowania do śniadania. K. pierwszy raz w naszej turystycznej karierze podjął bardzo udaną próbę upichcenia jajecznicy na palniku. Mieliśmy malutką patelenkę, która idealnie się do tego nadawała. Taka jajecznica mi smakowała trochę wiatrem, ale w tych okolicznościach było to pyszne śniadanie i dało mi mnóstwo energii! Naprawdę polecam.

Nie wiem właściwie kiedy, ale została podjęta decyzja, gdzie idziemy. Ja już poprzedniego wieczoru powiedziałam, że ja się dostosuję, pójdę na każdy szlak, więc jakoś szczególnie nie skupiałam się na tym, gdzie się wybieramy.Plan był taki, że gdzieś tam dojeżdżamy samochodami, wsiadamy do busa i jedziemy do jakiejś miejscowości, wchodzimy na jakąś górę i jakimś szlakiem schodzimy na parking do samochodów, skąd idziemy na obiad do jakiejś knajpy w klimacie reggae.

A było tak…

Po śniadaniu i prysznicach spakowaliśmy się i rozdzieliliśmy na dwa samochody. My jechaliśmy jako drudzy. Dojechaliśmy do Ustrzyk Górnych i okazało się, że zjeżdżamy na parking. Tak w ogóle to same Ustrzyki nas zaskoczyły swoją pełnią życia. Kramiki z pamiątkami kilka busów, które czekały na turystów. Zostawiliśmy samochody, parking za cały dzień kosztował nas chyba 18 zł (albo 16, nie pamiętam dokładnie), no i poszliśmy do busa. Zaraz jakiś został zorganizowany w kierunku, który nas interesował, czyli do miejscowości Smerek, skąd mieliśmy ruszyć na szczyt o tej samej nazwie.

Jechaliśmy i jechaliśmy, a mi od serpentyn robiło się coraz bardziej niedobrze i coraz bardziej mnie niepokoiła odległość, jaką pokonywaliśmy. W pewnym momencie powiedziałam też do K., że my nie wrócimy z tego szlaku na bank. Dotarliśmy w końcu do Smerka, wtedy też zapłaciliśmy kierowcy za transport (po 14 zł każdy). Był to też moment, kiedy dowiedzieliśmy się, że samochody zamiast w Górnych Brzegach zostały Górnych Ustrzykach… Czyli około 10 km za daleko od nas. „Nic to, jakoś wrócimy. Busem czy czymś innym. Damy radę.” Ruszyliśmy w kierunku szlaku. W kasie BPN kupiliśmy bilety i zaczęliśmy iść.

Towarzyszyła nam kobieta z mniej więcej 8-letnią dziewczynką, która dosłownie wbiegała pod górę. Przyznam, że wręcz nie mogłam na to patrzeć, bo mała popadała w taką zadyszkę, że miałam wrażenie, że zrobi sobie krzywdę. Mama próbowała ją spowolnić, co chwilę kazała jej robić postoje na „zdrowaśki” i dziewczynka siedząc na ziemi przeżegnała się, szeptem odmówiła modlitwę i biegła dalej. Czasami jak już naprawdę przesadziła,”zdrowasiek” było więcej za jednym postojem. Muszę przyznać, że było to dla mnie męczące, a nawet w pewnym momencie irytujące, więc zwiększyłam obroty i poszłam przodem. Był to dzień w ogóle nie podobny do poprzedniego, energia mnie rozpierała, miałam wręcz wrażenie, że się nie męczę. Przez większość trasy zostawiałam w tyle resztę naszej ekipy.

Szlak praktycznie od samego początku prowadzi pod górę, do samego szczytu idzie się właściwie bez przerwy po pochyłym terenie. Trasa jest dosyć przyjemna, na niektórych odcinkach kamienista, w pierwszej części prowadząca przez las.

Screenshot-2019-8-1 Edytuj wpis ‹ Usiądź wygodnie i czytaj — WordPress com

Screenshot-2019-8-1 Edytuj wpis ‹ Usiądź wygodnie i czytaj — WordPress com(1)

Dojście na samą górę po opuszczeniu lasu to trasa z pięknymi widokami. Już wtedy zaczynamy odczuwać powiewy bieszczadzkiego wiatru. Podejście jest trochę męczące, ale wystarczy co kilka kroków obejrzeć się za siebie lub na boki, by zmotywować się do dalszej walki. Na szczycie Smerka (1222 m n.p.m.) stoi krzyż. Tam zrobiliśmy sobie dłuższy postój wypoczynkowo – obiadowy.

IMG_8111

fot. E. A.

Ze Smerka kierując się lekko ku dołowi, po jakichś 20 minutach dotarliśmy na Przełęcz Orłowicza.

SONY DSC

Widoki były zapierające dech w piersiach, prawie tak samo, jak wiejący tam wiatr. Ciężko było się nie rozglądać na każdym kroku. Niesamowite w Bieszczadach jest to, że mimo przebywania w górach, horyzont jest naprawdę daleko i widać wiele pasm górskich. Momentami byłam w stanie naliczyć do 11 osobnych pasm jedno za drugim.

SONY DSC

Jedyna rzecz, której ja bym się przyczepiła i się właśnie czepiam, to oznaczenia szczytów. Mówiąc szczerze, dopiero tworząc tę relację, dowiedziałam się, że przeszliśmy przez jeszcze jakieś szczyty… Tak więc po Przełęczy Orłowicza przeszliśmy przy szczycie Szare Berdo (1108 m n.p.m.) i ruszyliśmy dalej ścieżką na grzbiecie Połoniny Wetlińskiej. I serio, widoki są cudowne.

Za przełęczą natrafiamy na bardzo ciekawą ścieżkę wzdłuż niżej położonej grani Szarego Berda rośnie jaworzyna i buczyna ziołoroślowa, a trasa prowadzi już po zupełnie innym podłożu.

Screenshot-2019-7-31 2019-07-19 – Dysk Google

Idąc wzdłuż szlaku, wchodzimy na kamienistą grań, którą okazuje się Osadzki Wierch (1253 m n.p.m.). Weszłam tam pierwsza z naszej grupy, a energia mnie nadal rozpierała. Miałam wrażenie, że ten wiatr, widoki i wędrujące po niebie chmury, ładują moje baterie. Widać już było stamtąd Schronisko PTTK Chatka Puchatka. Zrobiliśmy tam postój jedzeniowy połączony z achami i ochami.

Z Osadzkiego Wierchu schodzimy licznymi kamiennymi schodkami, następnie ścieżką kierujemy się ku schronisku. Przejście zajmuje około 40-50 minut. Wiatr wiał coraz silniej, a my tym razem zostaliśmy z tyłu. Napawaliśmy się widokami. Reszta paczki dotarła o wiele szybciej do schroniska. E. dołączył do nich, a ja z K. weszliśmy jeszcze na punkt widokowy.

SONY DSC

Schronisko PTTK Chatka Puchatka

Wiało tam okrutnie, zamiatało piachem, ale było warto postać i posiedzieć w takim pięknym miejscu.

IMG_20190719_181253.jpg

Od schroniska schodziliśmy już cały czas w dół, w kierunku lasu. Z góry widzieliśmy już parking, na który mieliśmy dotrzeć. Ja, K. i E. zostaliśmy na końcu peletonu. Schodzenie chłopakom zwykle idzie wolniej niż wchodzenie, przeciwnie do moich możliwości. Ale potrafiliśmy się w tej kwestii dogadać. No powiedzmy, że tak było… no dobra! Jak pierwszego dnia ja zostawałam z tyłu to byłam gotowa się kłócić.

SONY DSC

Miałam wrażenie, że schodzimy, schodzimy i schodzimy. Bardzo mi się dłużyło to zejście, ale w końcu udało nam się dotrzeć do reszty na parkingu. Tam okazało się, że nie ma ani jednego samochodu i raczej busa też nie złapiemy. Na szczęście jeden z kierowców zdążył złapać ostatni pojazd na parkingu i poprosił o podwózkę do Ustrzyk Górnych po jeden z samochodów, aby przyjechać po część grupy no i E., żeby wziął swój samochód i przyjechał po pozostałych.

Niestety czas płynął a M. nie wracał. Zaczęliśmy się martwić i wymyślać różne scenariusze, co mogło się wydarzyć. Wśród pomysłów było między innymi porwanie, wysadzenie M. w połowie drogi i biedny idzie do tych Ustrzyk, a może jechał już po nas ale zapomniał gdzie jest parking i już dawno nas ominął, albo… rozładował mu się akumulator i nie może odpalić. Oczywiście zasięgu nie mamy, nic nie wiemy. Atmosfera gęstniała, napięcie rosło. Coś trzeba zrobić. Było już przed 20:00, zaraz będzie ciemno, a już jest zimno. Jedna z dziewczyn podjęła szybką decyzję, że idą z E. łapać stopa i jadą. Wprowadziła szybko pomysł w życie i od razu po wyjściu na ulicę złapali stopa. My zostaliśmy i czekaliśmy z niepokojem. Po niedługim czasie E. przyjechał i zabrał nas na wcisk do samochodu (tylko jedna osoba ponad stan). Faktycznie okazało się, że akumulator padł z powodu podłączonej lodówki… Pomogli zupełnie bezinteresownie miejscowi. Pewien pan zaholował M. do mechanika i tam dopiero udało się odpalić auto.

My w tym czasie zamówiliśmy jedzenie w Bieszczadzkiej Legendzie – bardzo nietypowej knajpce z nietypowym klimatem. Poczułam się przez moment jak na Woodstocku. Ale domyślam się, że to miejsce jest na tyle specyficzne, że albo się ludziom bardzo podoba, albo są zniesmaczeni. Ja chętnie wróciłabym tam jeszcze.

IMG_20190719_210856

Wróciliśmy na pole namiotowe, rozpaliliśmy małe ognisko i kto miał siłę, ten posiedział z nami. Następnego dnia znajomi złożyli namioty, spakowali się i pojechaliśmy w kierunku Soliny. Ja zdecydowanie nie jestem fanką tego typu turystyki. Zaporę widziałam już kilka razy, a ten cały „odpust” czy „solińskie Krupówki” działają mi tylko na nerwy. Przeszliśmy się po zaporze w pełnym słońcu, udało mi się kupić magnesik na lodówkę, zjedliśmy placek po bieszczadzku (polecam) i wróciliśmy do samochodów. Parking to koszt 20 zł.

Po opuszczeniu tego ociekającego komercją miejsca, skierowaliśmy się na stację Uherce.

SONY DSC

Mieliśmy tam już zarezerwowane dwie drezyny rowerowe. Świetna sprawa, bardzo polecam, szczególnie jeśli jest się w  większej grupie – zabawa jest przednia. Sama stacja jest bardzo klimatyczna, odnosi się wrażenie podróży w czasie. Wystrój psują stojące obok budki z jedzeniem, co widać na powyższym zdjęciu.

Drezyny składają się z dwóch rowerków i ławeczki. Na jednej drezynie może znajdować się maksymalnie 5 osób. Koszt wynajęcia jednego pojazdu to 90 zł na trasie 8 km. Są też inne trasy, dłuższe. Napędem drezyny są nogi pedałujących osób. W naszym przypadku dwie osoby pedałowały, dwie sobie siedziały.

Nam się spodobało. Coś nowego i ciekawego. Żałowaliśmy tylko, że nie zdecydowaliśmy się na dłuższą trasę, ale kto wie, może kiedyś…

Zdjęcie krzyża na Smerku dzięki uprzejmości E. Augustynowicza. Dzięki!

2 Komentarze

Filed under Szuflada.

„Nas też czasami nosi po ich anielskich śladach…” – odkryłam Bieszczady na nowo. Część 2.

W części pierwszej opisałam nasz pierwszy szlak w Bieszczadach, dzisiaj kolejne godziny wędrówki.

SONY DSC

Drugi dzień naszych bieszczadzkich wędrówek spędziliśmy na wyprawie do źródeł Sanu. Szlak rozpoczyna się w Bukowcu i podobno jest to najbardziej wysunięty na południe region dostępny dla turystów. Tereny, przez które przebiega szlak zwane są „Bieszczadzkim Workiem” i podobno jeszcze do lat 80-tych były niedostępne turystycznie z powodu przepisów granicznych.

SONY DSC

Polska – Ukraina

Wstążka szlaku prowadzi po obszarach nieistniejących już wsi: Bukowiec, Beniowa oraz Sianki. Jedyne ślady, które są potwierdzeniem istnienia tam kiedyś osad ludzkich, to krzyże, pozostałości cerkwi, cmentarzy, ruiny folwarku oraz grobowiec hrabiny Klary.

Poza tym, że jesteśmy w Bieszczadzkim Parku Narodowym, przemierzamy ścieżki Parku Krajobrazowego Doliny Sanu. My nie przeszliśmy całej trasy, nie planowaliśmy iść do samych źródeł Sanu (które są określone umownie), wyprawę zakończyliśmy na Grobowcu Hrabiny i wróciliśmy na parking.

mapa-turystyczna pl

Ta część szlaku, którą przeszliśmy, w liczbach (źródło danych):

  • Suma podejść: 404 m
  • Suma zejść: 399 m
  • Najwyższy punkt: 835 m n.p.m.
  • Długość: 17 km
  • Czas: około 5 h
SONY DSC

Żeliwna kadź, która służyła do wyrobu potażu (był on podstawą produkcji wielu wyrobów przemysłowych).

Przejdźmy teraz do mniej oficjalnej części.

Wstaliśmy w całkiem niezłej formie, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy za propozycją E., aby pojechać na szlak ku źródłom Sanu. Kolega był tam kilka lat temu i stwierdził, że jest to odpowiedni szlak dla naszych umęczonych poprzednim dniem ciał. Do Bukowca musieliśmy dojechać, to około 30 km od Bereżek. Droga jednak okazała się zaskakująca… A zaskoczył nas nagły brak asfaltu, całość się pokruszyła w drobne kamyki, fatalnie się po tym jechało, a więc i powoli, co równa się długo. W pewnym momencie już zwątpiliśmy, czy jedziemy odpowiednią drogą, ale napotkaliśmy leśników, którzy od razu wiedzieli, o co chcemy zapytać… Parking jest widocznie odnowiony, ale w tamtej okolicy chyba tylko on. W kasie była młoda dziewczyna, zastanawialiśmy się jak ona codziennie po tej drodze dostaje się do pracy. Bilet to 6 zł za osobę plus 16 zł za postój samochodu na parkingu.

Wędrówka początkowo prowadzi drogą przypominającą szutrową.

DSC09253.JPG

Ogólnie drogą taką lub podobną idziemy przez dłuższy czas. Początkowo lasem, później krajobraz otwiera się na widoki na Bukowe Berdo, Kopę Bukowską, Halicz i Rozsypaniec. Muszę przyznać, że dla mnie był to wyjątkowo trudny marsz, miałam jakiś kryzys i w sumie przez jakieś pół godziny trzymałam się z tyłu, żeby nie marudzić chłopakom. Nie potrafię wyjaśnić, co konkretnie mi dolegało, bo nie czułam ani bólu fizycznego, ani jakiejś zadyszki – zwyczajnie miałam wrażenie, że ktoś rozładował moją wewnętrzną baterię. Nie miałam siły iść, a każdy krok stanowił dla mnie wyzwanie. Przystawałam co kilka metrów pod pretekstem robienia zdjęć, a tak naprawdę starałam się chwilę odetchnąć i trochę się martwiłam, że tam padnę i będą musieli mnie nieść.

Chwilami wędrówka stawała się dla mnie nudna, szliśmy po praktycznie równym terenie, krajobrazy piękne, ale nie zmieniały się przez dłuższy czas, a ja nadal nie miałam siły.

SONY DSC

Wielka lipa z daleka przypominająca przerośniętego brokuła.

Przygotowując się do napisania tej relacji, doczytałam, że na szlaku są pomniki przyrody. Patrząc na mapę, wydaje mi się, że ta lipa jest właśnie jednym z nich. Po pewnym czasie dotarliśmy do pozostałości po cmentarzu, stała tu też niegdyś cerkiew.

Słońce grzało porządnie, na cmentarzu mieliśmy możliwość chwilowego korzystania z cienia. Ale w cieniu kryło się coś drapieżnego, niepokojącego, niemalże niebezpiecznego…

SONY DSC

Potwór kryjący się w mroku…

Później przez dłuższy czas szliśmy w tym słońcu, podziwiając bogatą faunę i florę.

W pewnym momencie stwierdziłam, że dalej nie idę. Kompletnie opadłam z sił i zaproponowałam chłopakom, że zostanę i poczekam, jak będą wracać to mnie zgarną. Ale posiedzieliśmy trochę na ławce, zjadłam batona i nawodniłam się, a w tym czasie zaczęły gryźć mnie komary – „Zjedzą mnie zanim panowie wrócą.” Wymyśliliśmy, że pójdę swoim tempem i po prostu jak będą już wracać to mnie zgarną. Bardzo możliwe, że ta sytuacja miała miejsce później lub wcześniej, niż opisuję i prawdopodobnie zaburzyłam chronologiczny układ zdarzeń, ale bardzo dużo mi się z tego dnia zatarło…

SONY DSC

Podczas wędrówki mijamy ruiny folwarku Stroińskich. Jak większa część szlaku, jest on w fatalnym stanie. Najbardziej widoczna piwnica, jeszcze kilka lat temu „zwiedzana” przez E., jest obecnie zawalona i wygląda jak dołek wypełniony kamieniami. Do samych ruin idzie się już głównie wąskimi ścieżkami, dookoła porośniętymi różnorodną roślinnością. Co za tym idzie, jeśli nie jesteś facetem, to możesz mieć problem, szczególnie gdy słyszysz za sobą grupkę turystów… Resztki muru wydały mi się idealny parawanem, tym bardziej, że już od pewnego czasu naprawdę miałam problem. Dzięki temu dokonałam pewnego odkrycia: „Ej, chłopaki! Ktoś tu sobie jedzenie schował!”. Przyszedł K., wyjął spod kamieni pojemnik (ja oczywiście bałam się wsadzić tam rękę) i otworzyliśmy go.

SONY DSC

Geocaching – rodzaj gry terenowej.

Okazało się, że jest to jedna ze skrytek geocache. Geocaching to rodzaj gry terenowej opierającej się na posiadaniu współrzędnych geograficznych skrytki (wykorzystanie GPSu), więcej na ten temat możecie przeczytać na oficjalnej stronie Geocaching Polska. Kiedy już przeanalizowaliśmy, pogoniłam K. i chciałam się w końcu wysikać, bo w oddali usłyszałam głosy ludzi, którzy szli za nami. No i K. powiedział E., co znaleźliśmy, więc też przyszedł obejrzeć… A za nim ta rodzinka.

Nabrałam trochę sił, chociaż siku chciało mi się już bardzo, bardzo. Szliśmy w kierunku grobowca hrabiny i szukaliśmy dla mnie miejsca, hi, hi, hi. Udało się w końcu a ja już całkiem zaczęłam iść jak człowiek. Dojście do grobowca to już urozmaicony teren, trochę pod górkę, trochę z górki, wąska ścieżka, mostek itd.

SONY DSC

Grobowiec Hrabiny

Grobowiec był naszym punktem odwrotu. Posiedzieliśmy więc trochę, zjedliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną. Przyznam, że dłużyła mi się, ale już chciałam bardzo wracać, więc narzuciłam sobie szybsze tempo. Kiedy myśleliśmy, że już nic nas na tym szlaku nie zaskoczy, pod sam koniec szlaku K. wypatrzył coś w błotku…

SONY DSC

Duże i małe tropy niedźwiedzia.

Było to coś w rodzaju nagrody za przejście trasy.

Dotarliśmy do parkingu i ruszyliśmy w kierunku cywilizacji. Zrobiliśmy zakupy i pojechaliśmy w kierunku pola namiotowego. W samochodzie poczułam, że znowu schodzi ze mnie powietrze, mój organizm chciał odespać całe zmęczenie. Ale niedługo po naszym przyjeździe na pole, dołączyli do nas znajomi E. Dzień zakończył się grillem i nie do końca sprecyzowanym planem na kolejny dzień.

Dolina Górnego Sanu to świetne ścieżki na przejażdżkę rowerem, pieszo ten szlak jest moim zdaniem troszkę nudnawy, ale piękny i przypominał mi trochę szlaki Roztocza. Na pewno śmiało można tam iść z dziećmi, bo jest bardzo łatwy.

Dodam jeszcze, że to był kolejny dzień, kiedy o czymś zapomnieliśmy – mieliśmy kupić chleb w drodze do Bukowca. Mieliśmy w samochodzie wszystko do chleba, ale nie mieliśmy chleba. Możliwe, że nie miałam energii, bo nie mogłam się najeść w ciągu dnia. ..

1 komentarz

Filed under Bieszczady, Szuflada.

„Nas też czasami nosi po ich anielskich śladach…” – odkryłam Bieszczady na nowo. Część 1.

W tym roku los obdarował mnie możliwością spędzenia stosunkowo wielu dni w górach. Lipiec rozpoczął się dla mnie w Beskidzie Śląskim, gdzie trafiłam trochę z przypadku na kolonie w charakterze wychowawcy. Pierwszy raz byłam w tych okolicach Polski i przyznam, że widoków nie miałam dość. Ale dzisiejszy wpis nie będzie dotyczył Ustronia i okolic, ale Bieszczadów.

Z kolonii wróciłam w poniedziałek wieczorem, zdążyłam się przepakować, zrobić dwa prania i trochę przespać w swojej pościeli, a już we wtorek przed południem wyruszyliśmy we troje (ja, K. i jego kolega, E.) w Bieszczady. Właściwie to nawet nie wiedziałam, gdzie dokładnie jadę…

Na miejsce dotarliśmy chyba około 16, o ile się nie mylę. Zakwaterowaliśmy się w Bereżkach, 3,5 km od Ustrzyk Górnych. Na naszym polu namiotowym nie było „ani grama” zasięgu, co już zaczynało mi się podobać. Za pobyt płaci się z góry w kasie przy wejściu na jeden ze szlaków Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Niestety nie wiem dokładnie, jak wygląda cennik, ale mogę Wam powiedzieć, ile nas to wyniosło – za nasze dwa namioty, nas troje i samochód wyszło około 75 zł na głowę za cztery noclegi. Najdroższy był postój samochodu, ale to akurat wyglądało tak na każdym parkingu przy wejściach na szlaki.

Pole namiotowe zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie, dookoła las, żadnych hałasów z drogi (po której i tak rzadko coś przejeżdżało), spokój i cisza. Palenisko przygotowane na ognisko – za 25 zł można wykupić sobie drewno (albo wejść kilka kroków w las i ukraść… Nieładnie!) – z zadaszeniem i ławkami, kilka zadaszonych stołów na całym obszarze pola oraz sanitariat.

IMG_20190720_105031

Fragment pola, oznaczenie szlaku.

IMG_20190720_105015

Sanitariat od strony damskiej (samochody „nasze”-o tym innym razem).

Tym razem nie zrobiłam zdjęć sanitariatu, ale miałam ku temu powody. Przez pierwsze dwa dni wszystko wyglądało świetnie: było czysto, woda ciepła, w każdej toalecie papier toaletowy. Normalnie Mercedes wśród sanitariatów na polach namiotowych. Nie spieszyłam się więc z robieniem fotek. No i to był mój błąd, bo po tych dwóch dniach, jakby ktoś zapomniał, że powinien tam zaglądać i kontrolować stan tego sanitariatu. Odpuściłam sobie więc robienie zdjęć błota na podłodze w części prysznicowej i tym podobnych nieczystości.

Dzień przyjazdu był głównie dniem przyjazdu, rozłożenia namiotów, rozeznania w terenie i grillowania.

IMG_7957.JPG

fot. E. A.

Noc była bardzo zimna, podobno około 8 stopni… Rano z kolei słoneczko przygrzewało w namiot. Wstaliśmy nie za późno, nie za wcześnie i przeszliśmy do czynności śniadaniowych i ostatecznego zaplanowania trasy na ten dzień, a plan był ambitny. Poniżej mapka ze strony mapa-turystyczna.pl z oznaczonym szlakiem, jaki przeszliśmy pierwszego dnia.

Screenshot-2019-7-29 Mapa szlaków turystycznych w górach Planowanie i kalkulator tras mapa-turystyczna pl

mapa-turystyczna.pl

Szlak na około 7 godzin według mapy, nam z dotarciem na pole z Ustrzyk zajął 10,5 godziny (uwzględniając postoje oczywiście). Długość tego szlaku to mniej więcej 20 km. Suma podejść 1182 m, suma zejść 1141 m, najwyższy punkt: Wielka Rawka, 1307 m n.p.m. Także, jak widać po szczegółach trasy, nie jest to szlak najłatwiejszy.

Marsz rozpoczęliśmy już na naszym polu namiotowym, gdzie to wchodzi się w krzaczury po same pachy i tylko odprawia się modły, żeby od razu zobaczyć wszystkie kleszcze, które się złapało. Po przejściu tego buszu zaczyna się bardzo przyjemna i różnorodna ścieżka nad potoczkiem, przez lasek i polany. Bardzo przyjemnie się idzie, choć można odczuć, że już od początku jest lekko pod górę.

DSC09164.JPG

Podczas tego przyjemnego wędrowania nagle w mojej głowie zrodziło się pytanie w gruncie rzeczy retoryczne, które bardzo szybko zadałam chłopakom: „Czy w Bieszczadzkim Parku Narodowym nie płaci się biletów za wstęp na szlak???”. No oczywiście, że się płaci! Ale my, w związku z tym, że nie mijaliśmy kasy, która jest na początku pola namiotowego, zupełnie o tym zapomnieliśmy. No nic, zaraz dojdziemy do schroniska „Koliba” to może u nich będzie można kupić. I nagle kolejne olśnienia zaczęły na nas spływać, niczym gorycz z przepełnionej czary.
E: „Mam nadzieję, że można płacić kartą…”
No dajcie spokój, w Bieszczady bez gotówki?! Zaśmiałam się w duchu, po czym mój żołądek zacisną się na pływającym w nim śniadaniu…
Ja do K.: Powiedz, że wziąłeś portfel!
K.: No Ty miałaś wziąć przecież…
No i masz babo placek, to się pośmiałam (znacie to powiedzenie „Nie śmiej się dziadku…”?)! Nie dość, że nie mamy kasy, portfel z naszymi kartami leży sobie w namiocie, to jeszcze nie mamy żadnego dokumentu, łażąc w strefie przygranicznej!!! Zepsuło mi to humor bardzo, popadłam w lekką panikę. Z jednej strony martwiłam się, że będziemy mieli kontrolę, no i jak to bez dokumentów, a z drugiej widziałam okiem wyobraźni jak ktoś włazi do namiotu i doskonale wie, gdzie musi pogrzebać, żeby sobie portfel wziąć. I oczywiście widzę, jak sobie bierze. I tak to troje dorosłych turystów wybrało się na szlak bez kasy i bez dokumentów…

W schronisku powiedzieli nam, że możemy w razie czego kupić bilety u strażników, ale pan pocieszył nas, że bardzo wątpi, że nam się trafi kontrola. Prawda jest taka, że trochę skłamaliśmy, bo pan był zdziwiony, że w budce w Bereżkach nikogo na kasie nie było… Ruszyliśmy więc dalej, choć ja z duszą na ramieniu – serio, brałam pod uwagę myśl, żeby wrócić do namiotu i już przez resztę dnia pilnować tego portfela…

SONY DSC

Z chwilowo skwaszonymi minami poszliśmy przed siebie, tym razem trochę w dół. I okazało się, że poszliśmy przed siebie a mieliśmy skręcić w lewo… Więc z powrotem pod górkę. Udało nam się dotrzeć po jakimś czasie do pięknych widoków no i do widoku na Małą i Wielką Rawkę. A mowa oczywiście o Połoninie Caryńskiej.

SONY DSC

SONY DSC

Dotarliśmy w końcu do wejścia na szlak na obie Rawki, usiedliśmy sobie na ławeczce na parkingu, żeby chwilę odpocząć. Okazało się wtedy, że puszka, którą już opróżnioną niosłam w plecaku, wykonała w nim przewrót i resztki wylały się do wnętrza. Wyjęłam wszystko po kolei, w tym woreczki strunowe z opatrunkami, a tam… jak los na loterii! 20 zł! Ja to jednak jestem! Na czarną godzinę zostawiłam, a ta właśnie nastała. Kupiliśmy bilety za te pieniądze i jeszcze 2 zł zostało! Takie bambry. Oczywiście tych biletów nikt nam nie sprawdził, ale o ile lżejsza ta dusza na ramieniu się zrobiła.

Na szlaku zatrzymaliśmy się jeszcze przy Bacówce pod Małą Rawką, tam zimne piwko i ruszyliśmy przed siebie. Nie wiem, czy się nie pomylę, ale to chyba na tym etapie wędrówki spotkaliśmy lisa, który na nasz widok wskoczył w wysoką trawę i hopsał jak pies w głębokim śniegu.

Ostatnie podejście na Małą Rawkę wydawało się strome i wymagające, ale w rzeczywistości bardzo szybko jest się na górze i można z satysfakcją zerknąć, skąd się przyszło.

SONY DSC

SONY DSC

Na Małej Rawce nie zatrzymywaliśmy się na dłużej, ruszyliśmy od razu w kierunku Wielkiej. Już z daleka wypatrzyliśmy na niej jakiś słup, mieliśmy co do niego kilka podejrzeń i teorii, żadne z nas nie wiedziało czym jest i w jakim celu tam stoi.

IMG_8048.JPG

fot. E. A.

Pierwszy pomysł związany był z wyjątkowym oznaczeniem szlaku. Inna wersja była taka, że jest to posąg Światowida. A najciekawszy pomysł miał E. – ten słup to po prostu komin krematorium, w którym „sprzątano” turystów, którzy wymiękli. Rozwinęliśmy dosyć intensywnie ten temat, ale nie nadaje się to na upublicznienie. Ostatecznie dowiedziałam się, że ten betonowy słup jest pozostałością po dawnym stanowisku geodezyjnym. 1307 m n.p.m. – Wielka Rawka. Kawałeczek za słupem, ukryci przed silnym wiatrem za kamiennym wzniesieniem, zasiedliśmy do „obiadu”.

IMG_8011.JPG

Kanapki z pasztetem, sałatą i ogóreczkiem polecają się na górskim szlaku. Aroniówka w niewielkich ilościach również. Naprawdę w niewielkich, ponieważ nalewka z aronii usypia. Sprawdzone! Działała na nas nawet dwa dni po opróżnieniu butelki.

Z Wielkiej Rawki schodziliśmy już w kierunku Ustrzyk Górnych. Poniżej trochę widoczków.

Na zdjęciu obok kwiatów widać pięknie wstążkę szlaku, którym szliśmy.

Zejście w kierunku Ustrzyk Górnych trochę już zaczęło nam się dłużyć, częściowo kamienie, częściowo kamienne stopnie. Ogólnie szlak niezbyt wygodny i w ogólnej ocenie po prostu nudny. Dotarliśmy w końcu do parkingu (już zupełnie pustego) po 19.00. Z naszych obliczeń wynikało, że już powinniśmy być w Ustrzykach, a okazało się, że mamy jeszcze pół godziny marszu. Asfaltem. Mieliśmy jeszcze w perspektywie zrobienie zakupów, ale musicie wiedzieć, że w tych okolicach zrobienie zakupów wieczorem graniczy z cudem i właściwie bez samochodu nie ma na co liczyć. Dowlekliśmy się do „centrum” o 20.10, już z daleka widzieliśmy sklep i ruch drzwi. Okazało się jednak, że ten ruch to było zamykanie… Sklep czynny do 20! Siedliśmy zrezygnowani pod parasolem tego sklepu. Ale obliczyliśmy, że jak zaraz ruszymy, to może jeszcze zdążymy pojechać samochodem do jakiegoś innego otwartego jeszcze. Postanowiliśmy więc iść. Mapy Google twierdziły, że zajmie nam to pół godziny, damy radę. Robiło się już zimno, więc starałam się iść szybciej, ale zmęczenie robiło swoje. Zaczęliśmy łapać stopa („zaczęliśmy” to dużo powiedziane, bo ja oczywiście nie miałam odwagi wystawić ręki). Po pewnym czasie samochód się zatrzymał. Dwóch wybawicieli jechało właśnie na nasze pole namiotowe. Miałam wrażenie, że jedziemy i jedziemy… Jedno jest pewne – w pół godziny na pewno byśmy nie dotarli pieszo.

Na polu chłopaki szybko wskoczyli do samochodu i resztkami sił ruszyli do Wetliny do sklepu, który mógł być jeszcze otwarty. Ja w tym czasie ogarnęłam nasze obozowisko, przez co rozumiem przygotowanie koca do organizowania kolacji. Wykąpałam się i siedziałam przy świeczce. Założyłam chyba wszystkie możliwe ciuchy i czekałam. Było potwornie zimno. Z mroku wyłoniła się postać kobiety, sąsiadki z namiotu obok. Siedziała sobie z mężem przy ognisku, zauważyli, że zostałam sama i zaproponowali, żebym zaczekała na chłopaków przy ogniu, to chociaż trochę się ogrzeję. A że Wetlina jest kawał drogi od Bereżek, trochę czasu im te zakupy zajęły, a ja bardzo miło spędziłam czas.

Stoję przy tym ogniu i widzę, że wjeżdża samochód. Wszystko wskazuje na to, że to ten, zaparkował w tym samym miejscu, ale drzwi się otwierają i wylewają się z niego ludzie w liczbie zdecydowanie większej niż 2. W pół kroku zamarłam, „Kto to?!” i dopiero wtedy zobaczyłam wysiadającego K. Okazało się, że chłopaki szybko mieli okazję się odwdzięczyć losowi za to, że nas wcześniej uratowano i też wzięli na stopa wykończonych turystów z naszego pola.

Dzień zakończyliśmy grillem i brakiem planów na kolejny dzień – nie byliśmy w stanie ocenić, jak bardzo nasze ciała się zemszczą za ten fizycznie męczący dzień.

Część zdjęć zamieściłam dzięki uprzejmości ich autora, E. Augustynowicza. Dziękuję!

2 Komentarze

Filed under Szuflada.

Samotna podróż do ziemi ukochanej, czyli o tym, jak przestać w siebie wątpić i zacząć żyć. Część 2.

Jak sobie człowiek coś zaplanuje, to sami wiecie jak to bywa…

W związku z tym, że chciałam odpocząć, nie wstałam w sobotę zbyt wcześnie, a co za tym idzie, nie zaplanowałam jakiejś wymagającej i odległej trasy. Mój plan obejmował przejście od strony Schroniska Orlica na Palenicę. Pogoda przepiękna, słońce świeciło jak w środku lata, temperatura jeszcze rano całkiem zimowa – poniżej zera. Powietrze przejrzyste, widoki niesamowite. Ruszyłam z zapałem. Najpierw chwilka na tarasie widokowym przy schronisku.

IMG_20190218_175530.jpg

Po kilku głębszych wdechach górskiego, niestety lekko zatrutego smogiem, powietrza ruszyłam w las. Słychać było jak za sprawą promieni słonecznych kapie to, co zamarzło na gałęziach drzew. I niestety okazało się, że to, co kapało z góry z powodu ciepła, na dole zamarzało z powodu zimna bijącego z zamarzniętej ziemi. Efekt był taki, że wszystko wyglądało jak polane cienką warstwą lukru i sami się domyślacie, że było praktycznie nie do przejścia. Podjęłam małą próbę, weszłam po pierwszych schodkach szlaku i od razu pożałowałam… Nie miałam kijków, które choć trochę pomogłyby mi w zejściu, nawet na tyłku się nie dało. Przytulając się do kolejnych drzew i licząc na siłę ich gałęzi zsuwałam się w dół.

IMG_20190216_101112.jpg

Fragment szlaku – za mną były schodki.

Na zdjęciu tego nie widać, ale nawet śnieg pokryty był śliską i twardą warstwą lodu. Pozostało mi podjąć decyzję o odwrocie. Przykro mi było, ale z drugiej strony byłam z siebie dumna, że umiałam mądrze postąpić, ha, ha, ha.

Zeszłam do Orlicy i stanęłam przed pytaniem: „Cóż począć z tak pięknie rozpoczętym dniem?”. Było już za późno, żeby iść na jakiś dalszy szlak, poza tym byłam prawie pewna, że większość jest tak oblodzona, jak ten na zdjęciu powyżej. Postanowiłam więc poświęcić czas na shopping i może bierny odpoczynek. No i ruszyłam eksplorować zakątki Szczawnicy.

Zrobiłam sobie drobne zakupy pamiątkowe, oczywiście pantofle góralskie. W końcu, po tylu wędrówkach, zebrałam się w sobie i zakupiłam kijki trekingowe! I mam! I okazało się, że jestem zachwycona tym, jak ułatwiają marsz. Początkowo nie wiedziałam, czy się dogadamy, jak to się z tym chodzi i w ogóle. Okazało się, że zasada ich użytkowania jest bardzo intuicyjna i praktycznie od razu się polubiliśmy.

Bierny wypoczynek okazał się aktywnym, bo nawet po samej Szczawnicy udało mi się chodzić przez 4 godziny…

Ponieważ przygotowana byłam na szlak, miałam na sobie spodnie narciarskie i kilka warstw ubrań. Górę łatwo było zdejmować, gorzej ze spodniami, nie miałam ochoty od razu wchodzić do jakiejś knajpki tylko po to, by zmienić galoty. Pod spodniami miałam getry, całkiem wyjściowe (pod względem turystycznym), więc gdy już poczułam, że jak zaraz się nie rozbiorę, to po prostu umrę – usiadłam na pierwszej lepszej ławce i zaczęłam je zdejmować. Och… jaka to była ulga! Było co najmniej 10 stopni na plusie, a ja szłam w słońcu w tych spodniach (czarnych na dodatek). Wzbudziłam zainteresowanie kilku osób, ale gdy zobaczyły, że nie zaświecę żadną golizną, przestałam być interesującym obiektem obserwacji.

Po tych męczących spacerach osiadłam na ławeczce na terenie Hotelu Budowlani – jest to hotel ze spa, stojący w wyższych partiach terenu Szczawnicy. Widok bardzo przyjemny, a taras widokowy wystawiony wspaniale do słońca. Zażywałam tam kąpieli słonecznych prawie 2 godziny, a pewnie trwałoby to dłużej, gdyby nie fakt, że zrobiłam się głodna, a zapasy z plecaka już wyjadłam.

Ruszyłam więc w dół, w kierunku Parku Dolnego, niedaleko którego mieszkałam. Przy parku jest niesamowicie klimatyczny lokal „Chatka”. Kilka lat temu od kolegi dowiedziałam się, że nazywają to miejsce „Barchatką” i w moim słowniku też ta nazwa od razu się przyjęła. W knajpce przesiedziałam chyba kolejne dwie godziny. Zjadłam placki ziemniaczane, a po nich ciasto firmowe w postaci przepysznej szarlotki na gorąco. Serdecznie polecam! Porcja jest naprawdę duża, a sama szarlotka smakuje nieziemsko. Do tego oczywiście herbatka z cytryną.

IMG_20190218_143833-1.jpg

Wieczorem oczywiście spacer wzdłuż Grajcarka i wylegiwanie się w łóżku przy „Przyjaciołach” i krzyżówkach. Na kolejny dzień zaplanowałam próbę zdobycia Sokolicy, ale oczywiście też nie wyszło… A dlaczego? Historia jest pełna grozy…

Wstałam wcześnie rano (kierowana paniką, że ta noc na szlaku i tak dalej…) i pomaszerowałam do łazienki. Muszę tu wspomnieć, że w tej niewielkiej, ale ładnie i wygodnie urządzonej łazience są dwa niezależne światła – mniejsze nad lusterkiem i większe normalne, takie na suficie. To górne działa jednocześnie z wiatraczkiem w wentylacji i użyłam go raz (bo trochę ten dźwięk mi przeszkadzał jak tak sama byłam). Poprzedniego dnia wieczorem włączyłam, bo brałam dłuższy prysznic i nie chciałam zostawić zbyt wiele wilgoci w pomieszczeniu. Dlaczego to istotne? Sami się pewnie później domyślicie, jak ta wentylacja wpłynęła na mój dzień, a nawet psychikę. Posłuchajcie…

Tak, jak wspomniałam, wstałam wcześnie rano, jeszcze było szarawo na dworze. Poszłam do łazienki, żeby się zacząć ogarniać i po jakichś 2/3 minutach dokonałam makabrycznego dla mnie odkrycia. Nie dość, że było to odkrycie ogromne, żywe, czarne i lekko włochate, to miało straszliwie i przerażająco osiem nóg…

IMG_20190217_072416.jpg

Potwór! Gigant! Aaaaaaaaa!!!

W tempie ekspresowym wycofałam się i stanęłam w progu łazienki. Zupełnie nie wiedziałam, co robić. Sama do siebie na głos powiedziałam: „No i masz, całe Twoje poczucie niezależności i samodzielności właśnie szlag trafił!”. Zimny pot spłynął mi po plecach… Mało jest rzeczy, których boję się bardziej niż pająków. Do tej pory sama myślałam, że może się trochę pieszczę, że może tylko tak sobie korzystam z tego, że ktoś może odwalić za mnie brudną robotę. Ale nie. Nie!!! Stanęłam w obliczu wyzwania, to było moje być albo nie być – przecież nie możemy żyć w jednym pokoju razem. Mimo to, nie potrafiłam podejść i go ćwiachnąć klapkiem. Uświadomiłam sobie, że mój lęk jest prawdziwy, realny, ogromny i…prawdziwy (przyp. red. celowe powtórzenie). Kolejne akapity będą opowieścią o mojej walce z wieloma wykrzyknikami i wielokropkami – przeżycie szalenie emocjonujące. Można sobie odpuści, bo raczej niewiele wnosi, ewentualnie stawia MNIE w słabym świetle, ale co tam!

W pierwszej chwili pomyślałam, aby go tam zamknąć i zostawić, ale po chwili stwierdziłam, że jeszcze przez całe dwa dni tu będę i naprawdę nie jestem gotowa dzielić z nim łazienki. Przez dłuższą chwilę obserwowałam go, wymyśliłam, że wszystko wyniosę z łazienki no i jednak go zostawię, szkoda było mi czasu. Zaświeciłam latarkę w telefonie, żeby lepiej go widzieć, a on (!) zaczął się ruszać!!! Uciekał za sedes. „O jejuuu stąd to już na pewno go nie wyjmę, nie wsadzę tam ręki, bo mi na bank ją zeżre, albo co gorsze skoczy na nią i zacznie tupać”.

Rozważałam, czy pójść po kogoś, ale trochę wstyd. Poza tym ogarnęłam, że nie słyszę dziecka na górze, więc nie było moich znajomych w domu, a gospodarz to trochę starszy pan i zrobiłabym z  siebie idiotkę prosząc go o latanie za pająkiem. Z drugiej strony bałam się,  że ten potwór w tym czasie zwieje. Kiedy ja tak stałam i rozważałam, co począć w tej tragicznej sytuacji, Pan Pająk znów zaczął wspinaczkę po ścianie. „No pięknie! Przecież tym bardziej go nie zabiję, jak będzie wyżej ode mnie!”. Nie powiem, miał przewagę, wręcz liczebną – wiecie, te 8 długaśnych kończyn… bleee. Zaczęłam wpadać w panikę. Po głowie krążyło mi milion myśli, a każda brzmiała tak samo „Co robić?! Co robić?!”. Te myśli tak głośno huczały mi w głowie, że aż Pan Pająk je usłyszał, bo biegusiem znalazł się na środku podłogi. Ja oczywiście wykazałam się nie mniejszym sprytem, bo w ułamku sekundy znalazłam się w bezpiecznej odległości od łazienki – ale nadal w pozycji umożliwiającej bezpieczne obserwacje.

Trochę wolniej, ale znów zaczął się poruszać i to w kierunku pokoju! Niewiele myśląc szybkim ruchem zatrzasnęłam mu drzwi przed… e… przed nim. Nie uwierzycie!!! Koleżka był tak przerażony albo wkurzony sytuacją, że wybiegł w popłochu pod tymi drzwiami… prosto pod moje łóżko. Ooo uwierzcie mi, że nawet częściowo nie potraficie sobie wyobrazić, co ja wtedy czułam. Nie było szans, żebym tak to teraz zostawiła, przecież ja tu nie zasnę wieczorem, nie spakuję plecaka, nie założę tych ubrań, które zostaną w tym pokoju, jeśli ja nie będę wiedziała, gdzie jest to stworzenie. Tak naprawdę wcale nie chciałam go zabijać, gdybym mogła, teleportowałabym go w jakieś bezpieczne miejsce. Strasznie nie lubię uśmiercać stworzonek (nie licząc komarów i much), zawsze wyobrażam sobie jego rodzinkę i to bardzo utrudnia sprawę. Pan Pająk wydał mi się bardzo zagubiony i samotny…

Oczywiście bałam się pochylić i zajrzeć pod łóżko, bo było ryzyku ataku na twarz. Włączyłam nagrywanie z lampą w telefonie i z pewnej odległości pochyliłam się przy łóżku. Zdaje się, że lampa z telefonu go wystraszyła, bo w te pędy zaczął uciekać w przeciwnym kierunku. Wybiegł spod łóżka – pewnie sukces. Nie zmienia to faktu, że ja zdezorientowana i spocona ze strachu stałam i nadal nie wiedziałam co zrobić. Pan Pająk siedział na środku dywanu i pewnie rozważał drogi ucieczki, sądzę, że już wyczuł zagrożenie.

Weszłam na łóżko i po nim dostałam się do drzwi. Biegiem poleciałam do kuchni po garnek. Chciałam wziąć rondel, żeby miał dłuższą rączkę, ale zapomniałam, że już się w nim moczyły moje płatki owsiane… Musiałam wziąć zwykły garnek. Opracowałam świetny plan. Licząc na to, że jest to stworzenie z gatunku, który nie ma oczu z tyłu głowy i na jej czubku, postanowiłam załatwić go od góry. Weszłam na łóżko i zaczaiłam się nad nim. Wystarczyło postawić na nim ten garnek. I wiecie co?! Nie   uwierzycie!

Wyobraźnia podpowiedziała mi jak Pan Pająk skacze w ostatniej chwili na ściankę garnka, a po niej wbiega błyskawicznie na moją rękę. Ja brzydzę się go dotknąć drugą ręką żeby go zrzucić i tak stworzenie włazi mi na głowę i we włosy i w ogóle mnie zjada. I tak o to z tym garnkiem w ręce siedziałam przygnębiona na łóżku, nie spuszczając z oka mojego towarzysza.

Kątem oka zauważyłam kijki. To była myśl! Aż się uśmiechnęłam sama do siebie. Ja się go pozbędę, a on zachowa życie. Wygonię go na korytarz, pewnie pójdzie gdzieś dalej, będę zamykać drzwi i pilnować ich, jak będę wchodzić i wychodzić, żeby nic nie przemknęło. Zresztą, czy Pan Pająk będzie na tyle głupi, żeby tu wrócić? Nie sądzę. A może… Może w tym wentylatorze czeka na niego Pani Pająkowa i małe Pajączynki? Cholera, wróci na bank – będę pilnować! Sięgnęłam po kijek, rozsunęłam go na maksimum długości i podjęłam próbę zaganiania. Szło mi całkiem  nieźle. Ośmionóg był czujny i nawet (na szczęście) nie musiałam go trycać tym kijem, wystarczyło obok niego pomachać i zaczął się powoli przemieszczać w odpowiednim kierunku. Czułam się bezpieczna, bo nadal byłam na łóżku, a kij był wystarczająco długi, żebym zdążyła go rzucić na podłogę w razie szybkiej wspinaczki Pana Pająka.

Drzwi były uchylone do połowy – sporo przestrzeni, miałam spore szanse. Ale! Ale oczywiście kolega postanowił pobiec pod ścianę za drzwi! Nosz kurczę pieczone! Zeszłam powoli z łóżka i kijem lekko przymknęłam drzwi, musiałam sprawdzić, gdzie on jest. Zaglądam… nie ma! No niemożliwe, przecież jest wielki, a ja nie jestem aż tak ślepa. I wtedy kolejne, trudne do zniesienia, odkrycie – wyszedł przy ścianie POD DRZWIAMI! „Jak ja teraz upilnuję? Papieru napcham pod drzwi?”. Moja desperacja sięgała zenitu. Pająk siedział w kąciku futryny. Popatrzyłam na niego „Przykro mi, albo ja albo ty”. Zawinęłam końcówkę kijka w kilka warstw papieru toaletowego, aby zwiększyć „powierzchnię miażdżącą”, zabezpieczyłam gumką recepturką i zrobiłam to… Po czym rozpłakałam się jak nad ukochanym pupilem. Pani Pająkowo, bardzo przepraszam!

Cała walka trwała godzinę, co przekreśliło mój plan na Sokolicę. Siadłam na łóżku i dążyłam do wyciszenia się. Sprawdzałam kilka razy zwłoki, czy na pewno są już zwłokami. Kiedy się uspokoiłam i ogarnęłam wpadłam na pomysł, że pojadę do Wąwozu Homole.

Jak się okazało, ten pomysł też nie wypalił, ale już dzisiaj nie będę Was tym męczyć 😉

1 komentarz

Filed under Szuflada.

Samotna podróż do ziemi ukochanej, czyli o tym, jak przestać w siebie wątpić i zacząć żyć. Część 1.

Bez zbędnych wstępów i wyjaśnień. Chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o swojej pierwszej w życiu, wymarzonej samotnej podróży. „Samotnej” to słowo klucz, które do mnie nie przemawia, ale określenie „w pojedynkę” odbiera całości ten wyniosły ton. Pozostanie, więc „Samotna”, ale umówmy się, że rozumiana jako: ja we własnej osobie (no i owca Beatka).

Będąc na pierwszych latach studiów, przy okazji odwiedzin u koleżanki, odbyłam rozmowę z jej ówczesnym współlokatorem. Opowiedział mi jak to wybrał się w Bieszczady, sam. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, ale i wywołało totalne zdziwienie. Czy to nie jest brawura? Czy to nie jest głupota? Najlepsze było to, że wędrował, tak jak pojechał, czyli też sam. I skręcił kostkę na szlaku. I wtedy już całkiem urósł w moich oczach do rangi bohatera. Nie był to turysta rodem z bryczki z Morskiego Oka, tylko chłopak, który góry kocha i szanuje i wie jak się przed nimi kłaniać. No i wypadek zdarzył się i jemu. Miał kawał drogi przed sobą, ale oczywiście jakoś dał radę z tą skręconą kostką. Kiedy usłyszałam całą tą historię, początkowo nie wiedziałam, czy mam zacząć o nim myśleć jak o wariacie, czy pogratulować mu odwagi. Oczywiście nie przyznałam się do tych mniej uprzejmych uwag.

On do tej pory nie wie, że opowiadałam jego historię jeszcze przez kilka lat znajomym. O, niby nic, taki tam wypad w Bieszczady latem. Wydaje mi się, że wykorzystałam ,bez zgody autora, historię Radka do wybadania postaw opinii społecznej wobec samotnych wyjazdów w góry… Tak, rozgorzało we mnie marzenie takiego wyjazdu. Ale! Gdzie tam, ja, kobieta. Zginę tam, zgubię się, zjedzą mnie wilki albo wiewiórki, urwie mi nogę, odwodnię się, lub dostanę zapalenia pęcherza, bo nie będzie miał kto stać na czatach, żebym mogła się wysikać.

I tak sobie przez lata spało to moje marzenie, a ja praktycznie każdego roku zaliczałam z kimś kolejne (lub ponownie te same) górskie szlaki. Jeśli czytaliście jakieś wcześniejsze moje relacje, to wiecie, że moim miejscem na ziemi jest Szczawnica. Zapoznałyśmy się jakieś 13 lat temu. Od tego czasu byłam tam 7 lub 8 razy. I na pewno wrócę tam jeszcze nie jeden raz.

Początek roku 2019 mogę scharakteryzować krótko – „byle dotrwać do końca”. Wydaje mi się, że to był jeden z najgorszych styczniów w moim dotychczasowym życiu. Dużo stresu, przeciągająca się infekcja i wiele niewiadomych na horyzoncie. W końcu połowa lutego przyniosła czas urlopu „przymusowego”, ale i wyczekiwanego – ferie zimowe. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, wiedziałam, że wolny czas zmarnuję, bo nie miałam zbyt wielu możliwości, a chęci było jeszcze mniej.

Pierwszy weekend to był czas odsypiania i zupełnego „nicmisięniechciejstawa-i-nicnierobieństwa”. W poniedziałek zaczęłam odczuwać wyrzuty sumienia, no bo jak to?! Wolne, a ja będę leżeć do góry brzuchem? Zaobserwowałam, że jak mi źle w życiu w danym momencie, to nie obejrzę żadnego filmu z zainteresowaniem od deski do deski, nie jestem też w stanie przeczytać więcej niż 3 strony książki. To pogarsza stan samokrytyki wobec potwornego lenistwa i marnotrawienia cennych minut życia.

Długo jednak nie wytrzymałam. W poniedziałkowy wieczór skontaktowałam się z przyjaciółmi ze Szczawnicy, u których zawsze wynajmuję pokój, kiedy tam jestem. Następnego dnia miałam już kupione bilety w obie strony. Miałam wyjeżdżać w czwartek, ale już od poniedziałkowej nocy śniły mi się koszmary o tym, jak gubię się na szlaku, słońce zachodzi, przykrywając jednocześnie cały świat tak gęstą mgłą, że nie widzisz własnych kolan. Na szczęście nie zdążyłam w żadnym z tych snów zamarznąć, spaść w przepaść, czy zostać pożartą przez Yeti, ale do tej pory czuję lekki dreszczyk jak sobie te sny przypominam.

W czwartek rano K. podrzucił mnie na PKS w Lublinie, skąd miałam już bezpośredni autobus do Szczawnicy. Odjazd o 8:25. Przede mną miało być około 9 godzin jazdy. Ruszyliśmy zgodnie z planem, ale ten plan szybko się posypał, bo już na najbliższym przystanku MPK. Przez około 20 minut kierowca gasił i uruchamiał silnik na przemian. Wśród pasażerów coraz większe poruszenie, nikt nie wie co się właściwie dzieje. W końcu kierowca wstał i ogłosił, że za pół godziny podstawią nam drugi autokar… Wpadłam w lekką panikę. Toż to na pewno jakiś zły znak!!! Ale ja, jak to ja. Szybko się wszystkim nudzę, więc i panikowanie znudziło mi się po kilku minutach… Zebrałam manatki i wraz z towarzyszami niedoli opuściłam ten niezbyt czysty i na pewno nie pachnący różami, ale za to w miarę ciepły pojazd. Kiedy ujrzałam, co nam podstawili, zachciało mi się płakać. Kiedy weszłam do środka, gorzko zapłakałam w duchu. A już na pewno szlochały moje wnętrzności, które czując unoszący się w autobusie aromat wielodniowego kaca, zaczęły podejmować próby ucieczki. I tak to rozpoczęła się moja podróż w znane-nieznane z godzinnym opóźnieniem.

Muszę Wam powiedzieć, że kiedy człowiek jeździ zawsze z kimś, zupełnie inaczej na wszystko patrzy. Podróż zwykle mija dosyć szybko, trochę się śpi, trochę rozmawia. Ja już wcześniej jeździłam sama w dalsze trasy (np. do Krakowa), ale zawsze gdzieś tam, ktoś na mnie czekał. Pierwszy raz pojechałam sama ze sobą – do siebie samej w pewnym sensie – bo okazała się to być podróż poniekąd do wnętrza mojej głowy. Jednak całą drogę miałam wrażenie, że jadę do kogoś.

Do Szczawnicy dotarliśmy jeszcze przed 18:00, nawet nie było całkiem ciemno. Pogoda nie była szałowa, ale widoczność była na wysokim poziomie, co umożliwiło mi mentalne przywitanie się ze szczawnickimi wzgórzami.

Szybko się rozpakowałam i ruszyłam po podstawowe zakupy. Oczywiście wybrałam okrężną drogę w celu przywitania się z potokiem Grajcarkiem. Zapoczątkowałam tak cowieczorny spacer wzdłuż jego brzegu.

IMG_20190218_175657.jpg

Pierwszy dzień na szlaku.

Piątek rozpoczęłam w miarę rano, bo miałam obawy, że mój sen się ziści i złapie mnie noc na szlaku. Plan miałam taki, że pojadę do Krościenka nad Dunajcem i spróbuję wejść na Sokolicę, ale jak wyszłam z domu to jakoś tak poszłam w stronę Słowacji… Ruszyłam w kierunku Czerwonego Klasztoru. Byłam tam już kiedyś, cała trasa drogą wzdłuż Dunajca, w miarę bezpiecznie i nie ma możliwości aby się zgubić. Plan był taki, że idę, robię zdjęcie na miejscu i wracam. O samej Trasie Pienińskiej można tutaj przeczytać kilka słów.

Wędrówkę rozpoczęłam około 8:30. Żadnych ludzi, cisza, spokój, szum wody. Napykałam sobie kilka portretów z ręki w różnych pozycjach. Kiedy robiłam sobie zdjęcie z durną minął, wyciągniętą ręką nieudolnie wskazującą na drogowskaz, o godzinie 10:47 spotkałam pierwszych ludzi na szlaku! I to grupkę kilku osób, mówiących w jakimś obcym języku – miałam wrażenie, że to była mutacja angielskiego z niemieckim. Dziesięć minut później spotkałam jeszcze polską parę, a potem już do samego Klasztoru nikogo.

IMG_20190215_102702.jpg

Chmury szybko płynęły na niewielkich wysokościach.

Okazało się, że trasa nie jest tak na 100% bezpieczna, bo po drodze napotykałam na wiele osuniętych kamieni i pozostałość po małej lawince śnieżnej.

IMG_20190215_093044.jpg

Śnieg, który „spłyną” ze stromego zbocza.

IMG_20190215_092740.jpg

Kamienie, które spadły ze skalnej ściany.

O 11:18 nagrałam notatkę głosową – „zobaczyłam Czerwony Klasztor, ale jeszcze tam nie idę. Siadłam sobie na ławeczce, gdzie widzę Trzy Korony, które co chwilę chowają się w chmurze. Jest pięknie.” a w tle słychać szum Dunajca.

IMG_20190215_112209.jpg

Kanapka z parówką na ławeczce nieopodal Czerwonego Klasztoru.

IMG_20190215_114033.jpg

No i Czerwony Klasztor, żeby nie było, że jednak nie dotarłam.

Po ponad dwóch i pół godzinach marszu lekko oblodzoną, ale jednak trochę nudnawą trasą, podjęłam decyzję, że nie wrócę tak, jak przyszłam. Rozłożyłam mapę i spróbowałam odtworzyć trasę sprzed kilku lat (wtedy byliśmy we troje i zastała nas noc – jest co wspominać…). Obawiałam się trochę, ponieważ ja i mapa to raczej trudne połączenie. Zawsze, kiedy K. na szlakach pokazywał mi gdzie jesteśmy, to dla mnie było zupełnie nie zrozumiałe, skąd on wie po tych liniach, że to akurat tu… Zwykle jednak kiwałam ze zrozumieniem głową i robiłam mądrą minę. Nie powiem, strach mnie trochę obleciał, że zgubię się gdzieś w lesie, ale skoro odważyłam się sama przyjechać, to muszę się odważyć sama wejść na prawdziwy szlak (czyt. taki ze skrzyżowaniami, a nie, że prosta droga pomiędzy skalistą ścianą a rzeką…). Przeanalizowałam mapę, poobracałam ją kilka razy w rękach, udając przez pierwsze trzy minuty sama przed sobą,  że wiem, co robię.

IMG_20190215_114938.jpg

Włóczykij byłby dumny…

W końcu, po dłuższych medytacjach wszystko wydawało mi się jasne i już wiedziałam, jak iść. Ruszyłam z zapałem i tylko z lekkim cieniem lęku. „Lesie, nadciągam!”. No i wlazłam do tego lasu i od razu nie mogłam znaleźć szlaku… Drogowskaz wskazywał, że 30 m, ale skąd ja mam niby wiedzieć, że ten zakręt to jest 30 metrów ode mnie, czy mam iść dalej, więc ruszyłam pierwszym w lewo i zapociłam się niemiłosiernie podczas wspinaczki od razu ostro w górę w poszukiwaniu oznakowania. Szlak miał być czerwono-niebieski, później miał się rozdzielić, a później miał od niebieskiego odchodzić żółty – jakoś tak wynikało z mojej analizy. Ale ja zgubiłam już ten pierwszy! Na szczęście zaraz za mną wgramoliła się na górę grupka młodych ludzi – nie tylko ja nie wiem ile to 30 metrów. Na moje szczęście wysłali kogoś na zwiady i okazało się, że za TYM zakrętem w lewo, był następny z pięknym, wyraźnym oznakowaniem.

Najpierw szłam bardzo powoli, bo jakoś nie miałam ochoty na towarzystwo. Zatrzymywałam się co kilka kroków i już zaczynało mnie to wkurzać. Jak się okazało, firmowe buty, kurtki, kijki i termoaktywne ciuchy trekingowe, nie dodają energii, ani nawet za człowieka nie idą! Wyobrażacie sobie? Ja w około 10-cio letnich butach trekingowych z wytartymi już podeszwami, kurtce i spodniach narciarskich, które też już nieraz ze mną maszerowały, w kilku podkoszulkach i bluzie, parłam do przodu jak burza. Czułam, że mam za dużo energii, żeby się za nimi wlec, ale ciężko wyprzedzić sześć, rozwleczonych na kilkudziesięciu metrach, zziajanych ludzi, kiedy idzie się ciągle pod górę.

Na szczęście na pierwszej lepszej ławeczce zrobili postój i tyle ich widziałam. Szlak całkiem łatwy do przejścia, choć w miejscach odsłoniętych, śniegu było jeszcze sporo, miejscami wpadałam po pachwinę. Był to obciążający kawałek drogi, szczególnie kolana dawały sygnały, że mają dość.

IMG_20190215_124344.jpg

Ośnieżony szlak.

IMG_20190215_123708.jpg

Piękne widoki po drodze.

W pewnym momencie natknęłam się na drogowskaz, że do Szczawnicy jeszcze 9 km. Rozłożyłam mapę, żeby zobaczyć, gdzie mogę być i kiedy mam odbić na ten żółty szlak. Dobre duchy lasu chyba mi podsunęły ten pomysł, bo się okazało, że ja w ogóle na tej mapie pomyliłam szlaki rowerowe z pieszymi i raz patrzyłam na jedną trasę, raz na drugą i skleiłam sobie jakiś nieistniejący szlak… To odkrycie tak mnie zaskoczyło, że aż na głos powiedziałam przeciągłe „Oooooo…”, po czym szybko się rozejrzałam, czy nikt mnie nie widzi. Nie wiem co się stało z tamtą grupką, ale nie słyszałam ich ani już później nie widziałam, być może poszli czerwonym szlakiem głębiej na Słowację, nie wiem. W każdym razie ja, już pewna, że wiem gdzie idę i jak idę, byłam jedynym człekokształtnym stworzeniem poruszającym się tamtędy w tym czasie. Mimo wszystko, taki obrót sprawy mnie zachwycił, chyba potrzebowałam pobyć sama, bo było mi bardzo dobrze. Co jakiś czas zatrzymywałam się i słuchałam odgłosów natury, tylko niektóre mnie niepokoiły, ale to była bardziej moja wyobraźnia.

Po dłuższym czasie wyszłam z lasu i zobaczyłam cywilizację. Dałam radę! Pokonałam szlak sama posługując się mapą. To było coś!

IMG_20190215_133546.jpg

W dolinie widoczna jest Leśnica (na Słowacji).

Odkąd weszłam na Trasę Pienińską, byłam już na terenie zasięgu słowackiego, więc nie miałam dostępu do internetu. Taki kilkugodzinny detoks sprawia, że człowiek trochę zaczyna ze sobą w głowie rozmawiać, pewne rzeczy odkrywa. Z Leśnicy do Szczawnicy miałam jeszcze kawałek, ale to już była trasa ulicą.

IMG_20190215_140716.jpg

Już wiem, skąd wzięła się „herbata z prądem”.

A cała trasa, jaką pokonałam tego dnia wyglądała mniej więcej, lub nawet tak jak ta, którą wyznaczyłam na mapie.

Zaznaczenie_003

Następny dzień spędziłam w dużej mierze na kąpielach słonecznych, ale to w kolejnej części.

 

2 Komentarze

Filed under Szuflada.

„Augustowskie noce” i „Stare wileńskie ulice”…

5 października, czyli w zeszły piątek ruszyliśmy całą wycieczką na weekend do Wilna. Z Łopiennika wyjechaliśmy o godzinie 15:00. Pierwszy nocleg mieliśmy zarezerwowany w Augustowie. Podróż w tamtym kierunku zajmuje około 7 godzin.


Zachód słońca w trasie.

Zachód słońca w trasie.

Do hotelu August dotarliśmy około 22:00, szybkie zakwaterowanie i zostaliśmy poczęstowani obfitą kolacją. Stwierdziłyśmy z dziewczynami, że po takiej uczcie koniecznie trzeba trochę kalorii spalić i wybrałyśmy się do centrum Augustowa z chęcią poznania tych słynnych augustowskich nocy. Samemu dosyć trudno w nocy odnaleźć się w tym mieście, skorzystałyśmy więc z mapy w telefonie, a właściwie nie z mapy, a z nawigacji – dlaczego istotna jest ta różnica? Ponieważ po przejściu około 2 km okazało się, że prawdopodobnie idziemy do Centrum, ale Apteki Centrum… Zawróciłyśmy. Rozbawione idąc przed siebie napotkałyśmy tubylca, którego zapytałyśmy o drogę do tego właściwego centrum.
– O tam prosto, przez światła i tam dalej i jest centrum tam.
– A jest tam coś ciekawego?
(chwila ciszy, konsternacja wymalowana na twarzy nie całkiem trzeźwego augustowianina)
-Taaaaaaa….jest ciekawego, jest.
Ruszyłyśmy więc dzielnie w kierunku wskazanym przez naszego przewodnika śmiejąc się pod nosem z jego jakże wysokiej elokwencji.

Szłyśmy i szłyśmy, aż w końcu doszłyśmy do kanału, popatrzyłyśmy na wodę, na kościół i stwierdziłyśmy, że jeszcze kawałeczek przejdziemy – jeśli centrum się nie objawi jak fatamorgana, to wracamy do hotelu. Punktem (dosłownie) zwrotnym okazał się park, który już zawsze będę kojarzyć ze słodkim smakiem na języku. Chwilę postałyśmy, pośmiałyśmy i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Napotkałyśmy dwóch podchmielonych panów, więc w bezpiecznej odległości przeszłyśmy na drugą stronę ulicy. Nie pomogło.
-Dziewczyny! Dziewczyny!
(nie wiedzieć czemu, nagle wszystkie cztery doświadczyłyśmy głuchoty)
-Mogę na chwilę prosić?
-Nie. (odezwała się odważniejsza)
-Od razu nie, nie, nie. Bo pewnie, że tak, jak zagaduję to od razu zgwałcę!
Słyszałyśmy jeszcze dużo za plecami, ale okazało się, że ze względu, że my nie tamtejsze, to nie mogłyśmy pomóc tym panom w odszukaniu drogi. Mnie osobiście zaskoczyła tak bezpośrednia reakcja faceta na odmowę nawiązania rozmowy w środku nocy. Może się zdenerwował i przypadkiem zdradził nam swoje zamiary? Wolę nie myśleć, na szczęście byłyśmy tam we cztery, więc miałyśmy duże szanse.

Warunki w Auguście były całkiem niezłe. Jedyna rzecz, jakiej bym się przyczepiła, to temperatura. Było dość zimno. Rano gdy zaczerpnęłam łyk wody z butelki, która spędziła noc na podłodze, zęby mi zdrętwiały (wiem, że nie jest to możliwe, ale nie potrafię lepiej opisać tego, co poczułam).

W sobotę śniadanko o 7, smaczne, tradycyjne i tyle, ile tylko dusza zapragnie. Przed wyjazdem kilka pamiątkowych zdjęć.

 

Ruszyliśmy na Litwę o 8:10, około 2 godzin później przekroczyliśmy granicę, przejeżdżając obok starych bramek granicznych i kilkunastu stacji benzynowych. Dla zainteresowanych, cena LPG tamtego dnia wynosiła 0,632€. Już kilkaset metrów od granicy straciłam zasięg i dostałam powiadomienie o roamingu.

O ile się orientuję, od Augustowa do Wilna jest 220 km, przejazd zajął nam około 3 godzin. Byliśmy na miejscu o 12:00 czasu polskiego (13:00 litewskiego). Coś, co bardzo mnie zaskoczyło, to fakt, że odkąd przekroczyliśmy granicę, mijaliśmy głównie pola, łąki i lasy. Praktycznie nie przypominam sobie jakichś większych osad. Jedziesz, jedziesz, jedziesz aż tu nagle Wilno! Po drodze musieliśmy też odbyć postój, podczas którego największą atrakcją okazał się „wychodek prawdopodobnie stawiany przez radzieckich żołnierzy”.

"Radziecki" wychodek.

„Radziecki” wychodek.

Teraz kilka słów i ciekawostek o samym Wilnie. Jest to licząca trochę ponad 545 tysięcy mieszkańców stolica Litwy (ludność Litwy w liczbach: 2 872 miliona w 2016 roku; dla porównania Warszawa – 1 735 miliona, dane z 2015 roku). Jest to miasto kościołów – z dostępnych w sieci informacji wywnioskowałam, że jest tu: ponad 40 kościołów rzymskokatolickich, 1 synagoga, 20 cerkwi prawosławnych, 1 świątynia karaimska, czyli kienesa. Ponad to w Wilnie jest 9 bram, z czego najsłynniejsza to Ostra Brama (można w niej zobaczyć dobrze znany  obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej). Dzielnica Stare Miasto w Wilnie obejmuje imponujący obszar ponad 400 hektarów. Możemy tam wypocząć nad dwiema głównymi rzekami: Wilią i mniejszą Wilejką. Na terenie Wilna znajduje się także 7 wzgórz, m. in. Wzgórze Trzech Krzyży, na którym stanęły nasze zabiegane stopy. W Wilnie znajduje się 6 polskich szkół (na terenie całej Litwy jest ich około 80). W ogóle na każdym koku usłyszeć można język polski – nie tylko wśród turystów, ale także przy straganikach z pamiątkami, w sklepie też się dogadamy bez problemu. Koniec tych suchych faktów, teraz trochę więcej o naszym zwiedzaniu.

W umówionym miejscu czekała na nas pani przewodnik. W pierwszej kolejności pojechaliśmy na cmentarz na Rossie, gdzie zgodnie z jego wolą, złożone jest serce Piłsudskiego (ciało spoczywa na Wawelu) oraz zwłoki jego matki. O samym cmentarzu można poczytać TU. Kilka fotek z tego miejsca:

SONY DSC

 

Z cmentarza ruszyliśmy w kierunku Kościoła świętych Piotra i Pawła, który oczarowuje swoim wystrojem.

DSC07896 c

Jedna z wielu ciekawostek kościelnych, jakie zaobserwowaliśmy, to chrzest – zwiedzając ten kościół byliśmy świadkami co najmniej trzech, a ustawiała się już kolejka kolejnych zainteresowanych. A jak już jesteśmy przy bieli, widzieliśmy też trzy pary młode. Śluby chyba też są tam ekspresowe. Ponad to mają tam bardzo ciekawy zwyczaj – osoby, które składają życzenia pod kościołem, ale nie będą na weselu, goszczą się na placu kościelnym. Wystawiony jest stolik z jakimiś drobnymi przekąskami i szampan. Wygląda to wszystko dosyć intrygująco.

Nie pamiętam w jakiej kolejności, ale przytoczę Wam, co jeszcze w sobotę zwiedziliśmy, a jak na tak krótki czas, program był naprawdę bogaty.

Byliśmy w Ostrej Bramie, mogliśmy zobaczyć oryginał obrazu, o którym pisałam wyżej. Weszliśmy też do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, gdzie z kolei mogliśmy spojrzeć i pomodlić się przed oryginałem obrazu „Jezu, ufam Tobie”, który został namalowany w 1934 roku według projektu siostry Faustyny Kowalskiej. Pokazano go wiernym rok później w Ostrej Bramie. Kościół, w którym się obecnie znajduje, jest otwarty (jako jedyny w Wilnie) przez całą dobę, co więcej, raz dziennie odbywa się tam msza w języku polskim. W nawiązaniu do tego wspomnę, że w przeważającej liczbie kościołów można trafić na mszę odprawianą w naszym ojczystym języku.

SONY DSC

Poniżej kilka zdjęć zrobionych podczas przemieszczania się między zwiedzanymi punktami.

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

SONY DSC

Katedra wileńska.

SONY DSC

SONY DSC

Ciekawy stojak na rowery.

Cela Konrada z III części Dziadów.

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

SONY DSC

Katedra wileńska. Na dachu uwieczniono wnuka Władysława Jagiełły.

Byliśmy świadkami wielkiej uroczystości pogrzebowej Adolfasa Ramanauskasa „Vanagasa”. „Szczątki wodza partyzantów walczących z okupantami sowieckimi litewscy archeolodzy odkryli w czerwcu br. na Cmentarzu Sierot na Antokolu”. Przeczytać więcej o tym wydarzeniu można na przykład TU.

Po kilku godzinach intensywnego zwiedzania pojechaliśmy na umówiony obiad. Zjedliśmy barszcz podobno litewski – to taki barszcz ukraiński ale z mięsem mielonym – zaraz po nim drugie danie, mały deserek i ruszyliśmy do hotelu Karolina.

IMG_20181007_100221

Stare bloki przeważające na Osiedlu Karolinki.

IMG_20181007_100112

Hotel Karolina.

 

W pobliskim Maximusie zrobiliśmy drobne zakupy i ruszyliśmy do swoich pokoi trochę odpocząć, a trochę się zintegrować. Mieliśmy możliwość wybrania się na wieżę telewizyjną by podziwiać panoramę nocnego Wilna. Niemniej kwota 9 euro za wstęp większość wycieczkowiczów zniechęciła (ale nie wszystkich – nie żałowali).

Widok na wieżę telewizyjną z okna mojego pokoju hotelowego w niedzielny poranek.

W niedzielę śniadanie było o 7:30 czasu polskiego, szybkie pakowanko i ruszyliśmy w drogę. Pierwszym punktem było Wzgórze Trzech Krzyży.

 

Stamtąd pojechaliśmy dalej. Ponary – miejsce kaźni Polaków i Żydów pod Wilnem. Przytoczę Wam to, co powinno się o tym miejscu wiedzieć slowami starszego kolegi z wycieczki, który wyjaśnił mi wszystko w prosty sposób. Rzesza Niemiecka myśląc, że będzie obejmować te tereny wiecznie, zamordowanych 70 tysięcy Żydów i 20 tysięcy Polaków pochowali w ziemi, posypywali ciała wapnem i fosforem. W momencie, gdy pojawiła się na horyzoncie armia radziecka, musieli szybko pozbyć się śladów. Układali więc na wielkich stosach odkopane po nawet 3 latach ciała i układali je w wielkich dołach na przemian z drewnem: ciała, drewno, ciała, drewno… Te stosy płonęły nawet 10 dni!

 

Z tego strasznego miejsca udaliśmy się do Trok. Tam przespacerowaliśmy się w okolicach Zamku, niektórzy chętni popłynęli łodzią.

SONY DSC

Zamek w Trokach.

SONY DSC

Zamek w Trokach.

SONY DSC

Na koniec pojechaliśmy na regionalny obiad w postaci kibin litewskich – jest to regionalny przysmak.

SONY DSC

Kibiny litewskie i rosołek.

Mi osobiście to danie nie posmakowało. Są to takie gotowano-zapiekane pierogi z farszem mięsno – kapuścianym. Dosyć tłuste. Je się je rękoma zawinięte w serwetkę i popija nie mniej tłustym rosołem. Ciasto obgryzłam dookoła, było bardzo smaczne. Farsz po prostu był dla mnie za tłusty. Knajpka, w której jedliśmy była bardzo klimatyczna.

 

O 15:00 naszego czasu ruszyliśmy w długą podróż powrotną, o 1 w nocy byłam w domu.

Na koniec przytoczę jeszcze zasłyszany efekt przespania momentu przekroczenia granicy:
-O patrz, po litewsku „sklep” jest tak samo jak po polsku!
-No faktycznie…

Polecam taki wypad, ale chyba na dłużej niż pół dnia i nie koniecznie z przewodnikiem. Brakowało mi takiej chwili na kawę i pogapienie się na ludzi i to, co mnie otacza.

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Beatka na Roztoczu.

IMG_20180817_100419

Z okazji możliwości przedłużenia weekendu, 15 sierpnia ruszyliśmy z namiotem i rowerami na Roztocze.

Przechwytywanie

Niełatwe było to pakowanie…

Nocleg zarezerwowaliśmy na polu namiotowym przy Karczmie nad Szumem w Górecku Kościelnym. Z kilku miejsc, do których dzwoniłam, tu było bardzo korzystnie cenowo – zapłaciliśmy po 10 złotych za osobodobę. Tym razem zacznę od miejsca noclegu, później opiszę Wam nasze trasy (do tego potrzebuję konsultacji z Kapitanem wycieczki :-P).

Sama Karczma oferuje całkiem dobre jedzenie, ciepłe napoje, alkohol i niezbyt ogarniętą obsługę. Co prawda byłam w środku tylko kilka razy w czasie naszego czterodniowego pobytu, ale za każdym razem czegoś ktoś nie ogarniał. Raz poszłam po kawę i wróciłam po 25 minutach – ekspres się zapchał, pani próbowała go reanimować, znikała co chwilę na zapleczu aż w końcu przyszła i zapytała, czy może mi kawę zaparzyć w kubku albo podać rozpuszczalną… Odechciało mi się tej kawy całkiem, ale szkoda mi było te 4 zł wydać tylko na czekanie.

Do dyspozycji jest łazienka: dwa pomieszczenia z prysznicami i dwie toalety. Nie wiem czy sprzątane, trudno stwierdzić. Raczej rzadko. Ale nie było tak źle, aby nie dało się skorzystać. Woda gorąca, półeczka, lustro. Można było się doprowadzić do ładu. W pomieszczeniach z prysznicami gniazdka, więc nawet suszarkę można sobie odpalić, o ile ktoś pomyśli o zabraniu jej pod namiot.

Pole znajduje się za Karczmą, stoi tam też kilka domków, które również można wynająć. Plac dostępny do rozstawienia namiotu jest całkiem spory, można wybrać dowolne miejsce i zaparkować przy namiocie. No i tu trzeba uważać. My oczywiście wybraliśmy miejsce odległe od Karczmy i niechcianych przechodniów (przez pole prowadziła ścieżka do Kapliczki na wodzie). Ale po pierwszej nocy wzięliśmy cały namiot pod pachy i przenieśliśmy dalej.

IMG_20180815_134605

Miejsce, które najpierw wybraliśmy było osłonięte przed słońcem przez większą część dnia, nam szczególnie zależało na poranku – chcieliśmy się wysypiać po wysiłku na rowerach. Wszystko fajnie, ale już wieczorem podczas kolacji wyczuliśmy coś niepokojącego… Śmietnik! Tak, stał niedaleko, ale też nieblisko. Natomiast myty na pewno nie był nigdy. Najlepsze jest to, że śmierdział „dorywczo”. Czasami się koło niego przechodziło i nic, zupełnie nic. Czuć było wszędzie lasem. Innym razem z daleka było czuć…no śmietnikiem. Natomiast przy namiocie pojawiały się znikąd takie prądy smrodu. Czasami też jakimś szambem zaleciało, ale to tak jakby od rzeki, która płynęła w lesie poniżej.

W związku z tym, że nieprzyjemnie jadło nam się kolację przy napływających co jakiś czas aromatach, postanowiliśmy namiot przestawić. Przenieśliśmy go w miejsce też pod drzewami, przy płocie, który widać na powyższym zdjęciu. Tam już było lepiej. Jedynie po deszczu czasami szambowy zapach gdzieś się na chwilę pojawiał i znikał.

Nasz namiot był przez środę i czwartek jedynym na polu, w piątek dojechały cztery osoby, które się rozbiły obok nas.

Już pierwszego dnia wybraliśmy się na przejażdżkę – rozgrzewkę. Właściwie prawie od roku oboje nie mieliśmy okazji albo możliwości do korzystania z roweru. Zrobiliśmy tylko 27 kilometrów, ale tyłek zdążył mnie rozboleć.

Ogólnie większość szlaków rowerowych swój początek ma w Józefowie. Nasze wyprawy głównie tam się zaczynały, więc najpierw jakieś 10 km z Górecka do Józefowa, większość lasem, a później dopiero na konkretny szlak.

W środę (pierwszy dzień) pojechaliśmy do Józefowa asfaltówką – od kościoła w Górecku Kościelnym w prawo – czego nie polecamy. Jest to droga, gdzie ruch pojazdów jest na tyle zagęszczony, by być trochę upierdliwym dla rowerzysty. Przejechaliśmy się trochę po Józefowie, objechaliśmy kamieniołomy i wróciliśmy do namiotu.

Dzień drugi, czyli czwartek, był dla mnie dniem próby. Zrobiliśmy 70 km. Zapomniałam utrwalić ten wynik na zdjęciu. To poniżej zrobiłam przy Biedronce w Józefowie (a wspominałam już, że mieliśmy około 10 km na trasie namiot-Józefów).

IMG_20180816_190416

Przejechaliśmy najpierw właśnie do Józefowa, ale już przez las – od kościoła jest to droga na wprost do lasu szlakiem zielonym. Z Józefowa wyprawę kontynuowaliśmy szlakiem zielonym. Część tego szlaku to droga, która obecnie jest zamknięta ze względu na położoną nową nawierzchnię. Cudo! Tylko my, niemalże idealny asfalt i co najpiękniejsze… Z GÓRKI bardzo duży odcinek. Tym fragmentem jechaliśmy ogólnie dwa razy i spotkaliśmy tam w sumie siedem osób.

IMG_20180816_132202

Zamknięta droga…ale nie dla nas! 🙂

Nie wiem nawet kiedy zaczęło mnie wszystko boleć (później K. powiedział mi, że to było w okolicy 25 kilometra o ile dobrze pamiętam). Nie miałam siły jechać, byłam wściekła, zmęczona i miałam ochotę rzucić rowerem. Serio, wyobrażałam sobie jak się zatrzymuję i resztkami sił biorę rower w ręce i zza głowy wykonuję rzut rowerem w dal, albo w K., który to obrał taką trasę. Na szczęście trzymałam się wtedy w pewnej odległości od niego, a właściwie to wlekłam się potwornie na tyłach, więc nic mu nie groziło. Poza tym byliśmy w środku lasu, nie miałabym co ze sobą tam zrobić… Zastanawiałam się po co ja to sobie robię, dlaczego w ogóle przyszło mi to do głowy – przecież już raz tak cierpiałam, albo i bardziej (możecie sobie TU o tym przypomnieć). Ogólnie robiłam sobie niesamowite pranie mózgu. Warknęłam nawet do K. coś w stylu „Jutro sam sobie jedź! Ja będę pilnować namiotu.”. Przekonywałam sama siebie „Jutro nigdzie nie jedź! Zapamiętaj sobie te słowa, bo na pewno po nocy będziesz czuła się lepiej, może nawet jeszcze nie będzie za bardzo bolało. Jak się będziesz czuła dobrze to pojedziesz i uznasz, że głupio sobie myślałaś. A potem będzie to samo, zobaczysz!”. I tak jechałam powolutku prowadząc chory dialog wewnętrzny i przekonując samą siebie, że ktoś ucierpi za te moje udręki. Po którymś postoju z kolei chyba dostarczyłam sobie odpowiednią ilość słodyczy, bo wszystko minęło. To znaczy bolały mnie trochę kolana, kark i tyłek, ale było to na tyle znośne, że przestałam zwracać na to uwagę. Ale myślę, że miałam za sobą najgorsze 5 lub 10 kilometrów z całego wyjazdu. Jak to K. później określił „po 20 kilometrach stwierdziłam, że nigdzie nie jadę po czym przejechałam jeszcze 50, chyba  na złość… złości”.  Zdjęć prawie nie robiłam – najpierw uznałam, że nie chcę takich pamiątek, później już za bardzo przejęłam się samą jazdą.

Zielonym szlakiem dotarliśmy do Suśca. Chwilę wcześniej posiedzieliśmy chwilę nad Szumami na Tanwi.

Z Suśca ruszyliśmy szlakiem czerwonym do Oseredka, tam skręciliśmy w prawo ku Rezerwatowi Nowiny. I cały czas czerwonym szlakiem, aż dotarliśmy do Józefowa, gdzie wstąpiliśmy na zakupy do Biedronki. Oczekując na K. dojrzałam, że mam dodatkowe obciążenie w rowerze.

IMG_20180816_192033

Pani Szyszka Obieżyświat.

Kupiliśmy grilla jednorazowego, mięcho i worek bułek. Jechaliśmy jak cyrk obwoźny – K. z wypchaną grillem i mięsem materiałową siatką przy kierownicy, w której pourywały się po jednej stronie uszy (siatce się pourywały, nie kierownicy) i ja – z wypchanym plecaczkiem, do którego przywiązałam worek z bułkami – majtały się na lewo i prawo. Śmialiśmy się z siebie wzajemnie. Było warto, pyszne było wszystko nawet jak się trochę oprószyło piachem, a nawet następnego dnia na śniadanie już na zimno (mimo, że zgrzytało jakoś bardziej niż w nocy).

Noc upłynęła całkiem spokojnie, nawet wygodnie i dość długo. Wyspaliśmy się, podłoże było równe, a wokół cisza no i słońce nie grzało.

Poranek nie był całkiem porankiem, bo trochę pospaliśmy, zjedliśmy śniadanie, a ja stworzyłam arcydzieło modowej sztuki – spodenki rowerowe a’la Żelka. Nie wspomniałam o tym, ale poza wielkim kryzysem, jaki mnie dopadł dzień wcześniej miałam też problem z udem, które mi się obtarło od siodełka – dlaczego jedno, tego nie wiem, ale jeździłam przez pół dnia z zawiązaną na nodze apaszką. Musiałam więc założyć jakieś dłuższe spodenki, a takich nie miałam i sobie musiałam zrobić.

Jak już jechałam i z uśmiechem przypominałam sobie swoje myśli, to stwierdziłam, że czasami musi boleć. Po prostu czasami musi boleć choćby po to, byś mógł poczuć, że żyjesz. Ale w tym stwierdzeniu słowo czasami miało dużą moc i strategiczne znaczenie. Po czwartkowej wyprawie czułam całkiem naprawdę, że żyję i podjęłam decyzję, że w najbliższym czasie żaden ból nie musi mi już o tym przypominać. W związku z powyższym wzięłam przed wyjazdem tabletkę Ibupromu Max! Słuchajcie, co to była za przyjemna wycieczka!!! 50 kilometrów? A co to dla mnie?! Nawet tyłek mnie prawie nie bolał. Lekomanka, powiecie. A właśnie, że nie! Rzadko biorę leki przeciwbólowe, więc sobie mogę pozwolić na wycieczki z małym dopingiem 😉

Piątek był dniem wyprawy do Zwierzyńca. I tu swoisty „start” był w Górecku Kościelnym, więc nie ruszaliśmy spod strategicznego punktu przy Kościele tylko od razu w kierunku Górecka Starego szlakiem żółtym / Green Velo. Po drodze pogłasialiśmy koniki, w Zwierzyńcu posiedzieliśmy chwilę nad Stawami Echo, zjedliśmy „obiad” i uciekliśmy przed burzą.

IMG_20180817_133908

Trasa na tym szlaku jest bardzo przyjemna i łatwa. Było tam dużo ludzi pieszo i na rowerach, wyprawy całymi rodzinami. Spokojnie można zabrać tam dziecko, poradzi sobie na pewno.

Ze Zwierzyńca ruszyliśmy w kierunku Obroczy szlakiem niebieskim. Następnie Guciów, Bondyrz, Kaczórki, Hutki, tu skręciliśmy na szlak zielony. Przejechaliśmy przez Malewszczyznę, Hucisko, Senderki i niebiesko-zielonym szlakiem do skrzyżowania, gdzie szlaki się rozchodzą, a w lewo prowadzi już chyba tylko zielony – nim pojechaliśmy  – chyba, ponieważ w tej chwili nie pamiętam czy był tam szlak, a oznaczenie na mapie nie jest jednoznaczne. Dotarliśmy do Górecka Starego i wróciliśmy do Górecka Kościelnego.

W sobotę miał być już taki krótszy wypad (wyszło 49 km). Ruszyliśmy tą samą drogą, co dnia drugiego (czwartek), czyli do Józefowa i cały czas zielonym szlakiem, także drogą, która oficjalnie jest zamknięta. Tą drogą dotarliśmy do skrzyżowania, gdzie szlak się rozdziela na dwie strony, tym razem pojechaliśmy w lewo. Trasa prowadzi do Czartowego Pola. Tam trochę odpoczęliśmy, zjedliśmy coś i ruszyliśmy dalej.

IMG_20180818_152716

Postój na Czartowym Polu.

Dalsza droga to także szlak zielony (niemalże równoległy do torów kolejowych) w kierunku Nowin, stąd już przez las. Trasa bardzo fajna, w dużej części mało uczęszczana, a na pewnym odcinku praktycznie wcale. Oczywiście trafił nam się taki odcinek, gdzie po prostu przedzieraliśmy się przez chaszcze. Gdybym wiedziała wcześniej jak to wygląda, to za żadne pieniądze bym tam nie polazła. Nogi całe poparzone pokrzywami, podrapane jeżynami a o pajęczynach to już nie będę wspominać w ogóle…

IMG_20180818_163821

Taka mała niebieska plamka to K.

Za tymi krzakami wyłoniła się już cywilizacja. Od tej pory do samego Józefowa jechaliśmy już ścieżką rowerową przy ulicy.

Wypad naprawdę nam się udał, mimo kilku niedogodności. Mieliśmy lekkie zakwasy, ale o wiele lżejsze niż te, których się spodziewaliśmy. Ogólnie polecam trasy, które my przejechaliśmy – no może z pominięciem tych krzaków (z Czartowego Pola wystarczy po prostu jechać asfaltem w stronę Hamerni). Pokonałam wiele swoich lęków i słabości, między innymi: przedarłam się przez krzaki pełne robali, pokrzyw, jeżyn, które jak złapały to nie chciały puścić ale także pajęczaków – nie wykluczone, że i kleszczy (na szczęście żadnego nie przywieźliśmy), uskuteczniałam też zjazdy ze stromych pagórków (pierwszego dnia rower sprowadzałam, ostatniego zdarzało mi się już nawet nie korzystać z hamulca).

Wiele szlaków, którymi jechaliśmy pokrywało się ze szlakami Green Velo, które polecam szczególnie osobom, którym nie chce się jeździć po dłuższych odcinkach piachu, kamieni, czy przez krzaczki. Trasy oznaczone znaczkiem Green Velo są świetnym rozwiązaniem dla rowerzystów chcących się zrelaksować w sposób aktywny, dla rodzin z dziećmi i wszystkich chętnych do przejażdżek rowerowych. Na Roztoczu szlaki te ciągną się kilometrami i aż żal ich nie wypróbować, więc polecam tym bardziej!

 

Jeszcze taka ciekawostka dotycząca pogody. Codziennie padło. Ale ani razu nie zmokliśmy. Mieliśmy wielkie szczęście. Prawie cały czas, gdy byliśmy w trasie, dookoła grzmiało, nawet błyskało i widać było, że gdzieś tam pada. Wiele razy wjeżdżaliśmy do jakiejś miejscowości i nagle kałuże i chłód. Ciągle gdzieś nas omijał ten deszcz. Jak wracaliśmy do namiotu to też praktycznie za każdym razem było bezpośrednio po deszczu. Jedynie w sobotę przed samym wyjazdem udało się tak, że spadło tylko kilka kropel jak już składaliśmy namiot, a nasi „sąsiedzi” zmokli wtedy na szlaku.

Dodaj komentarz

Filed under Roztocze, Szuflada.