Gdańsk – relacja.

Zaczęło się od tego, że zaspaliśmy… Zerwaliśmy się z łóżka o 5:18, a autobus na dworzec mieliśmy mieć 5:48 (trzeba wyjść 10 minut wcześniej). Pełna mobilizacja, wszystko było na szczęście przygotowane dzień wcześniej i nawet udało nam się zjeść śniadanie!
Do Warszawy dotarliśmy pół godziny przed planowanym przyjazdem, kilka stacji metra od Placu Defilad i byliśmy na Dworcu Metro Młociny skąd odjeżdżał autobus do Gdańska.

20171101_085807
Do samego Gdańska dojechaliśmy bez problemu, ruch poza Warszawą był znikomy. Od razu też udało nam się złapać tramwaj łączący bezpośrednio Dworzec z Brzeźnem. Chwilę po wyjściu z niego zobaczyłam błękit. Było już szaro więc nie miałam pewności, czy to już TO,więc „ochy” i „achy” powstrzymywałam do samego końca. Zanim ruszyliśmy w stronę miejsca gdzie mieliśmy spać, chciałam przywitać się z morzem. Było bardzo spokojne, wiatr minimalny. Buzia sama mi się uśmiechnęła ale poczułam też lekkie rozczarowanie – morze w Zatoce praktycznie milczało. Nie usłyszałam tego szumu, którego z utęsknieniem wyczekiwałam.

20171101_161424
Z bagażami ruszyliśmy w poszukiwaniu domu, w którym mieliśmy spędzić kolejne 3 noce. Wiedziałam, że ma być blisko plaży, ale w rzeczywistości byłam i tak zaskoczona, że to tylko 3 minuty spaceru! Przywitała nas bardzo sympatyczna pani. Pokazała nam „Pokój miłości”, który wywołał na naszych twarzach niemałe uśmiechy.

SONY DSC

Ale i tak nic nie pobije łazienki, w której ciepła woda pod prysznicem była dostępna po wrzuceniu żetonu do timera (muszę podkreślić, że pokój wynajęliśmy w prywatnym domu). Cały pobyt nas to bawiło, bardzo ekonomiczne rozwiązanie. 1 żeton = 5 minut ciepłej kąpieli, jeśli chcesz dłużej – wyskakuj z 2 zł. 20171101_164954

Po wstępnym rozpakowaniu się ruszyliśmy na spacer wzdłuż brzegu i portu.

Poszliśmy na kolację do przybrzeżnego baru z klimatycznym, morskim wystrojem (nie można było robić zdjęć, więc Wam nie pokażę), po czym ruszyliśmy pod żetonowy prysznic.

Na czwartek zaplanowaliśmy zwiedzanie Latarni Morskiej w Nowym Porcie. Szliśmy tam przez wspaniale pachnący park, kryjący pośród swoich jesiennych barw bunkry. Tak więc „były bunkry i było zajebiście”*.

SONY DSC

Do samej latarni mieliśmy kawałek do przejścia. Chciałam ją zwiedzić z kilku powodów. Do wycieczki przygotowałam się wcześniej i trochę o tej latarni poczytałam. Jest to jedna z niewielu prywatnych latarni udostępnionych zwiedzającym, ale to co mnie w niej najbardziej zainteresowało, to kula czasu. Miała za zadanie wskazywanie godziny 12, 14, 16 oraz 18 wedle niemalże doskonałego wzorca. Kapitanowie niegdyś ustalali kurs statku według wskazań chronometru, czyli takiego pokładowego zegarka. Dlatego też musiał wiedzieć dokładnie, która jest godzina. Nawet najmniejsze opóźnienie mogło spowodować zejście z kursu o kilka mil morskich. Dlaczego taki chronometr mógł się „rozregulować” po jednym nastawieniu? Było wiele powodów, między innymi wilgoć stale panująca na statku, lub łodzi a także wstrząsy, które mogły wpływać na niedoskonałe urządzenia. Więcej o kuli można przeczytać na przykład TUSONY DSC

Na latarni zależało mi też ze względu na widoki. Co prawda tego dnia pogoda była raczej niesprzyjająca podziwianiu pięknych widoków, bo kropił deszcz i unosiła się lekka mgła ale nie chcieliśmy rezygnować z okazji. Google nas oszukało, bo twierdziło, że latarnia jest czynna, jednakże po przejściu kilku kilometrów pocałowaliśmy klamkę… Sezon na zwiedzanie skończył się z ostatnim dniem września. Jedyne co nam pozostało, to pogapić się na port, pomnik na Westerplatte i ruszyć dalej.

Pojechaliśmy do centrum zwiedzać Śródmieście. Oczywiście zaliczyliśmy Fontannę Neptuna, Żurawia, zobaczyliśmy Bazylikę Mariacką (ale tylko z zewnątrz, bo cała była pozasłaniana ze względu na prace konserwatorskie). Mamy zdjęcie z Filharmonią Bałtycką w tle. Pooglądaliśmy wielobarwne kamienice, kupiliśmy magnesik na lodówkę i wróciliśmy późnym popołudniem do domu.

Na kolację poszliśmy zjeść rybkę, którą kończyłam na śniadanie, bo porcja była ogromna. Zarówno przed jak i po kolacji odbyliśmy spacer wzdłuż linii brzegowej, morze pięknie szumiało, dostałam w końcu to, co chciałam. Przeszliśmy się po molo, choć linia horyzontu była ledwo dostrzegalna w nocnych ciemnościach, mogliśmy poobserwować rodzinkę łabędzi. Podkładanie dialogów pod obserwowaną scenkę sprawiło, że długo będę wspominać te ptaki. Mama, tata i dzieci. Niektórzy spali, znalazł się taki, który potrzebował odrobinę czułości od rodzica. Było dosyć ciepło i prawie bezwietrznie. Gwiazdy miejscami spoglądały na nas przez dziury w chmurach.

Piątek. Po śniadaniu ruszyliśmy prosto na plażę. Zrealizowaliśmy plan przejścia na sopockie molo. Szum fal był kojący i przyjemny, a na plaży leżało mnóstwo meduz wyrzuconych przez morze.

20171103_114817SONY DSC

Taki spacer zajmuje sporo czasu, tym bardziej jeśli robi się mnóstwo zdjęć… Po drodze widzieliśmy „naszą” rodzinkę łabędzi.

dsc06178.jpg

Na chwilę zeszliśmy też z plaży i przeszliśmy kawałek trasy przez park. Zapach stuprocentowego lasu, czyli to, co lubimy najbardziej. SONY DSC

Zebrałam kilka muszelek, a było w czym wybierać…

Wstęp na molo o tej porze roku jest bezpłatny. Dzięki terminowi, w jakim się wybraliśmy, ludzi było na szczęście niewiele. Przeszliśmy całe molo, pogoda była świetna. Co kilka minut chmury się rozstępowały a spośród nich zaglądało rozpromienione słońce.

Molo jak molo. Szału nie ma. Byliśmy, zobaczyliśmy. Przeszliśmy się jeszcze Rynkiem w Sopocie, zobaczyliśmy Krzywy Domek i zjedliśmy bardzo niesmacznego Sopockiego Kebaba (zdecydowanie nie polecam, małe to i niezbyt dobre – nie najesz się tym).

Wracaliśmy już trochę zmęczeni, zrobiliśmy nawet postój.

image-20171103_124543

Widoki i szum morza relaksujące, jod poprawiający nastrój zrobił swoje. Zaliczyliśmy też wschód…Księżyca 😉

SONY DSC

Cała wyprawa to około 6-7 godzin spaceru. Nogi trochę bolą, bo jednak ciągle idzie się plażą, gdzie miejscami piasek zachowuje się jak błoto pośniegowe. Ale naprawdę warto!

Sobota była dniem wyjazdu. Spakowaliśmy się, podziękowaliśmy naszej Gospodyni za gościnę i ruszyliśmy pożegnać się z morzem, które znów było spokojne i niewzruszone.

20171104_110603

Podróż do Warszawy upłynęła nam pod znakiem książek i snu. Mi szczególnie pod znakiem snu. W Warszawie drobne przeboje i trochę kasy w plecy… Powiem tylko tyle: zawsze sprawdzajcie skąd ma odjechać Wasz autokar 😉 Ale dotarliśmy szczęśliwie do Lublina i około 22:00 byliśmy w domu.

 

*parafraza wypowiedzi z filmu „Chłopaki nie płaczą”

Reklamy

1 komentarz

Filed under Szuflada.

Rzucamy wszystko i jedziemy…nad morze!

1264650_691582640871522_2018262685_o

Przedłużyliśmy sobie weekend z powodu zaplanowanego jakiś czas temu wyjazdu w bliżej nieokreślone góry. Jednak zarówno pogoda jak i niedyspozycja obuwia pokrzyżowały nasze plany. Już mieliśmy zrezygnować z wojaży, gdy pojawił się pomysł wyjazdu do Gdańska.

Ogarnęliśmy już transport i noclegi – swoją drogą w pasie przybrzeżnym wskazywanym jako bogaty w jod (podobno do 300 m od linii brzegowej stężenie w powietrzu o tej porze roku jest spore). Zaczęliśmy planować co i kiedy zwiedzimy, a że jedziemy na dosłownie parę dni, trudno zaplanować jakieś wielogodzinne wycieczki.

Ostatni i jak do tej pory jedyny raz spotkałam się z Bałtykiem podczas kolonii, na których byłam wychowawcą. Wtedy to zakochałam się (o czym wspomniałam tu) i wracam do tego z ciepłem na sercu. Czuję też lekką „tremę”, jak nastolatka, która ma zamienić kilka słów z obiektem swoich westchnień, czuję, że znów zachwyci mnie ten szaro-niebieski bezkres a ja (tym razem) tym zachwytem będę się dzielić z Nim. To trochę jak przedstawienie kochanka swojemu mężowi z próbą ukrywania uczuć – tak mi się skojarzyło dziwnie. To będzie ciekawe doświadczenie dla mojego nadwrażliwego wnętrza – nie mogę się doczekać!

Prawdę mówiąc tym razem przytrafiła mi się rzecz niesłychana – nie mam potrzeby planowania. Chcę pojechać, poczuć ten silny wiatr i słuchać szumu i zawodzenia morza. Tak naprawdę nie miałabym nic przeciwko siedzeniu w jakiejś budce na plaży w zimowym okryciu, pod kocykiem i jeszcze z grzanym winem w termosie. Z drugiej strony ta turystyczna część mojej duszy bardzo nie lubi „marnować” czasu na wyjazdach. W związku z tym nie potrafię powiedzieć co nam z tego urlopu ostatecznie wyjdzie… Liczę na to, że wrócę z nową energią do podejmowania nowych przedsięwzięć i rozwijania swoich najnowszych pasji, której owocami planuję podzielić się z Wami w niedalekiej przyszłości.

Czekajcie na relację. Bałtyku, nadciągamy!

841154_691583904204729_1972197393_o

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Wygrzebane z archiwalnej szuflady.

Chciałam Wam dzisiaj napisać o moich wczesnojesiennych przemyśleniach, weszłam na bloga i zobaczyłam, że mam 10 szkiców wpisów, których nie opublikowałam. W tym jeden, do którego wróciłam z uśmiechem i jakieś takie ciepełko poczułam na sercu. Wpis jest także wczesnojesienny, ale sprzed dwóch lat. Podzielę się nim z Wami, a o swoich dzisiejszych przemyśleniach opowiem Wam następnym razem.

„Za oknem już prawie jesień. Lato upłynęło szybko, aczkolwiek dla mnie bardzo przyjemnie. Weekend wydłużony przez Boże Ciało spędziłam w ukochanej Szczawnicy z Ka., którą zaraziłam miłością do tego cudownego zakątka. To był jeden z lepszych wyjazdów w moim życiu. Pojechałyśmy we dwie, mimo, że planowałyśmy zebrać większą grupę ludzi. Nic lepszego nie mogło nam się przytrafić. Plan zrealizowałyśmy w pełni, wyrobiłyśmy 200% normy.
W dniu przyjazdu, a dotarłyśmy na 6.00, już o 11.00 zaliczyłyśmy pierwszy szczyt. Pogodę miałyśmy cudowną. Słońce nas przyrumieniło, a w dniu wejścia na Trzy Korony i Sokolicę akurat wyjątkowo jeden dzień było chłodniej, co umożliwiło nam wejście na szczyt, na który polowałam od kilku lat. Duma nas rozpierała jak już schodziłyśmy po tym morderczym dla naszych mięśni wysiłku. Ciała marzyły o zemście na nas, ale umysły i dusze były zachwycone 😀 Po tej wspinaczce poszłyśmy na obiad bezpośrednio, po czym wykąpałyśmy się i zaległyśmy na łóżkach. Od 18:00 do 3:00 spałyśmy jak zabite po uprzednich jękach i stękaniach „Masażu…masażu…euhhh…”. O 3 obudziło nas coś strasznego.. To jest coś, czego o tej porze doby po prostu nie da się ani przegonić ani oszukać. To taka bestia, którą po prostu trzeba nakarmić… Jest nią… GŁÓD!!! Lodówka była 2 piętra niżej, więc założyłam czołówkę i heja po pasztety i warzywa. K. zajęła się przygotowywaniem stołu do kolacjo-śniadania i herbatą. Najadłyśmy się i szczęśliwe poszłyśmy spać, ja aż do 10.00. Było mnóstwo zabawnych momentów, których nie będę tutaj przytaczać z jednego jedynego powodu – Was by nie śmieszyły, ponieważ były to takie sytuacyjne żarty.
Podczas urlopu z kolei odbyłam długą, fascynującą podróż pociągiem na drugi koniec kraju – do Kostrzyna nad Odrą. Przystanek Woodstock. Niesamowite miejsce. Pozytywne nastawienie ludzi do siebie, uśmiechnięte twarze, fantazyjne przebrania i pomysłowe sposoby na „zarobienie” na piwo, które rozbawią nie jednego przechodnia. Tekturowe zamki, okopy i fosy – mnóstwo przeróżnych rodzajów miejsc noclegowych na tych kilka ładujących pozytywną energią dni. Tego nie da się opisać i uwierzcie mi, że nie wyobrazicie sobie tego wszystkiego słuchając opowieści. To trzeba przeżyć. I uwierzcie, zwłoki nie walają się wszędzie, nie wszyscy są pijani lub naćpani do granic możliwości. Można tu zjeść danie, którego łatwo nie dostaniecie wszędzie indziej. Jest mnóstwo warsztatów i ciekawych przedsięwzięć – każdy moim zdaniem znajdzie coś dla siebie. O koncertach nie będę nawet wspominać, bo chyba tylko fani wyłącznie muzyki poważnej nie mieliby na co pójść.
Po Woodstocku namiot tak się nam spodobał, że zaliczyliśmy jeszcze weekend w Piasecznie. Polecam tamtejsze pole namiotowe. Warunki świetne na wypad kilkudniowy. Odpocząć można przebywając już na terenie samego ośrodka – polecam byczenie się na kocu obok namiotu -tylko bez jedzenia, bo osy żyć nie dają… à propos os… Ja byłam dzielna i cierpliwa – pozwalałam im zjadać pasztet z knapek, karmiłam pomidorkiem i dżemorem… Natomiast M.K. przeganiał je nieustannie, rzucał klapkami i czym popadło. Nie uwierzycie co się stało dnia ostatniego?!?!?! Tak…dokładnie…przy samym pośladku!”

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

O 23 Woodstocku słów kilka po raz drugi.

20170801_090423

Dzisiaj słów kilka o podróży i tym, co warto ze sobą mieć w woodstockowym pociągu.

Z Lublina pociąg miał odjechać o 7:20. W Łukowie zgodnie z planem miał być o 8:39. Ja, jako typowa panikara, bałam się, że spóźnimy się i nie zdążymy przesiąść do pociągu do Kostrzyna(9:01). Moja panika wzrosła, kiedy odjazd pociągu z zupełnie nie znanych przyczyn opóźnił się o całe (!) 3 minuty! Już widziałam siebie stojącą na łukowskim peronie, całą zapłakaną i machającą białą chusteczką… eeee…. kolorową chusteczką (taką dysponowałam) za oddalającym się pociągiem o wdzięcznej nazwie „Wschód słońca”. W Lublinie nie było praktycznie żadnych woodstockowiczów, poza nami może jeszcze ze 4 lub 5 osób. Do Łukowa dotarliśmy na szczęście o czasie. Tam też nie było jakichś dzikich tłumów. A konkretnie była nas garstka. Gdy zapakowaliśmy się do pociągu, ja i K. mieliśmy cały przedział dla siebie! Cały duży przedział, nie taki malutki na te 8 miejsc. Sytuacja utrzymywała się przez dwie kolejne stacje, ale gdy dotarliśmy do Warszawy… o Panie!!! Tutaj to się dopiero zaczęła zabawa.

Do pociągu wtoczyła się kolorowa masa ludzi, niektórzy bardzo młodzi, większość młodsza od nas. I nagle zrobiło się ciasno. Do toalety trzeba było już się przepychać lub przechodzić po siedzeniach. Ktoś rozwiesił sobie też hamak. Nawet przez jakiś czas toaleta reprezentowała wysoki poziom kultury i klasy, potem było już gorzej, ale do samego końca można było znaleźć toaletę, z której normalnie dało się skorzystać.

Było potwornie gorąco. Polecam jazdę w nocy – w aspekcie temperatury jest o wiele przyjemniej. Myślę, że były momenty, kiedy podczas naszej podróży temperatura przekroczyła 40 stopni Celsjusza. Było to niemiłosiernie męczące. Pomocny był koc, którym zasłoniliśmy okno, na przewiew nie można było liczyć. Prędkość z jaką jechał pociąg doskonale przysłużyła się wraz z opływowym kształtem pociągu do utworzenia swego rodzaju korytarza powietrznego, przez który pędziliśmy. Przez okno wpadały tylko jakieś zagubione na zakręcie powiewy, ale niewiele zmieniały. Wszyscy byliśmy zgrzani, kleiliśmy się i dzieliliśmy wodą z osobami, które nie zadbały o prowiant.

W pociągu poznaliśmy wiele nowych osób, dokarmialiśmy zagubionych wędrowców naszymi pysznymi kanapkami. Jak to powiedział nasz nowy kolega Adrian: „Samotność kończy się w woodstockowym pociągu” – tutaj każdy Ci pomoże, wesprze, podzieli się jedzeniem, piciem, ubraniem. Znajdzie się ktoś, kto Cię uczesze lub zrobi masaż.

20170801_123340

Kostrzyn nad Odrą powitał nas lekko zachmurzonym niebem. Dojście na pole zajęło nam jakoś wyjątkowo dużo czasu. Przyznaję, że po tym ukropie w pociągu nie dość, że czułam od siebie jego zapach to jeszcze byłam wykończona. A plecak nie był lekki. Jednak wszystkie bolączki minęły gdy naszym oczom ukazał się ten o to widok:

20170801_204217

Zdjęcie tak ostre, jak moje widzenie w tamten wtorkowy wieczór, więc chociaż trochę możecie poczuć się, jak ja. To, co widzicie powyżej to Duża Scena, wtedy jeszcze podczas ostatnich prac konstrukcyjnych. Jedyne, co sprawiło, że poczuliśmy się nieswojo to płotki. Już we wtorek pod scenę nie dało się podjeść. Nie było na niej flag, które pojawiły się dopiero przed pierwszym oficjalnym koncertem. Poza tym poczułam się jak u siebie. Mimo, że ludzi było już całkiem sporo, nie miałam w sobie takiej paniki, że jak się zgubię mojemu K. to sytuacja będzie niemalże dramatyczna. Odwiedzałam swoje stare kąty i tego uczucia nie można słowami opisać. Tak samo czuję się w Szczawnicy. Tam też jestem u siebie. Te dwa miejsca na Ziemi, jak na razie są moimi najpiękniejszymi, mimo że każde ma swoje własne inne piękno w sobie.

20170802_081513-e1502877127649.jpg

Od razu po dotarciu na Pole Malinowskiego, gdzie zaprowadził nas kolega R., a powitał Minionek ze zdjęcia, staraliśmy się jak najszybciej rozbić namiot. Zmęczenie dawało się we znaki, ale mi bardziej dokuczały komary. Nie mogłam się od nich odpędzić! Tu próbuję przytrzymać jakiś element namiotu a tu mnie gryzie krwiopijca jeden! Ba! Nawet nie jeden, a kilku! Pochylanie się przy rozstawianiu naszego „domu tymczasowego” ujawniło u nas silne bóle głowy a’la zmęczenie totalne. Zanim postawiliśmy całą konstrukcję do pionu, zrobiło się ciemno. Posiedzieliśmy trochę, żeby odpocząć, ja poszłam umeblować mieszkanko, wszystko powyciągałam z plecaków, pościeliłam nasze arcykrzywe i nierówne łoże – podłoże. Karimata, prześcieradło, jeden śpiwór pod plecki, drugi do nakrycia. Dzielna Beatka (to też był jej drugi Woodstock) posłużyła mi za poduszkę. Podjęliśmy decyzję, że idziemy zmyć z siebie ten pociągowy smród. Zebraliśmy manatki i ruszyliśmy. Ledwie ciągałam nogami, ale przeszłam dzielnie przez leśną dróżkę, Pokojową Wioskę Kryszny aż dotarliśmy do wodotrysków. Krany nie były jeszcze oblegane, do wyboru do koloru. Umyliśmy się tą lodowatą wodą – zimna woda skuteczniej zabija różnego pochodzenia zapachy – i odżyliśmy. Ja jeszcze przy namiocie padnięta, byłam przekonana, że prosto spod prysznica wrócę do namiotu i padnę. W związku z tym założyłam tylko strój kąpielowy i zawinęłam się w ręcznik. I w takim właśnie stroju siedziałam na jeszcze zielonej, nie zdeptanej trawie w wiosce Kryszny i jadłam ich ryż z kulkami mocy! Wiecie co jest bardziej intrygujące w tej historii? A to, że zupełnie nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Siedziałam zawinięta w ręcznik, na szyi zarzucony ręcznik K. i jeszcze przepasana jak kołczanem, szlauchem z końcówką do kranów. Aż żałuję, że mi nikt zdjęcia nie zrobił! Przysiadła się do nas para. Facet nie mówił po polsku, ale nie miał kiedy się odzywać, bo dziewczyna dużo mówiła. Są autostopowiczami, jeżdżą po całej Europie i dalej. Opowiedziała nam trochę. Chwilę później dosiadł się do nas Wiking.

Wyglądał niemalże jak Ragnar z „Wikingów”, tylko szczuplutki. Na głowie tatuaże, dłuuuga broda i strój też zupełnie odbiegający od tych widywanych na ulicach. Facet na oko był młodszy od nas. Okazało się, że nigdy w życiu nie miał w ustach mięsa. Powiedział, że jego rodzice są krysznowcami i on po prostu urodził się już w takim otoczeniu, jest to naturalnie wyssane z mlekiem matki. Takich fascynujących ludzi można spotkać siedząc w negliżu na trawie…

Teraz jeszcze kilka słów o niezbędniku. Co się przyda na pewno w podróży?

  • WODA! Nawet więcej niż Ci się wydaje, że wypijesz, może być tak, że ktoś inny będzie jej potrzebował. Może być tak, że rozstawisz namiot i albo nie będziesz mieć gdzie, albo nie będziesz mieć jak, a nawet może być tak, że zwyczajnie nie będziesz mieć siły, żeby pójść i wodę kupić. W takiej sytuacji zapas przywieziony z domu jest zbawieniem. Oczywiście nikt na woodstockowym polu nie da Ci umrzeć z pragnienia, ale ja wolę mieć. Woda jest ważniejsza od jedzenia. My nie zjedliśmy prawie nic przez prawie 12-godzinną podróż z powodu wysokiej temperatury.
  • Nawilżane chusteczki i papier toaletowy. Ten zestaw uważam za obowiązkowy. Umożliwia odświeżenie się i jako takie „umycie” rąk.
  • Podręczna apteczka z lekami przeciwbólowymi, na biegunkę i od bólu gardła, oczywiście obowiązkowo woda utleniona lub podobny środek do dezynfekcji i plastry z opatrunkiem.
  • Koc lub cokolwiek czym można się przykryć / położyć pod głowę / osłonić przed słońcem – przyda się także w namiocie lub przed nim. Ja kupiłam cienki polarowy kocyk za 7 zł w ciuchlandzie.
  • Jedzenie, ale takie, które zniesie wysokie temperatury i nie spowoduje u nas skutków ubocznych. Bułki i kabanosy świetnie się sprawdzają, do tego pomidor / ogórek w osobnym woreczku.

Uważam, że  tych kilka rzeczy umożliwi bezstresowo przetrwać tę przygodę jaką jest podróż pociągiem na Przystanek Woodstock.

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

O 23 Woodstocku słów kilka po raz pierwszy.

20170803_233101

Chciałam opisać Wam tegoroczny Woodstock. To moje drugie podejście. Wielokrotnie próbowałam sobie poukładać, co i jak chcę napisać, ale pragnę Wam opowiedzieć tak dużo, że nie mogę uporządkować myśli. Stwierdziłam, że wspomnienia podzielę na raty. Nie jestem w stanie ułożyć wydarzeń w spójną, chronologicznie skonstruowaną całość. Chyba jest jeszcze za wcześnie. Festiwal krąży jeszcze po mojej głowie, jest w różnych zakamarkach, a ja jeszcze nie potrafię go zebrać do szuflady podpisanej „Ale to już było…”. Zauważyłam, że zdecydowanie łatwiej było mi ostatnio napisać o Woodstocku sprzed 2 lat. Wspomnienia były już uporządkowane i wyselekcjonowane.

Zacznę od koncertów. Ale zanim to, ślę specjalne pozdrowienia do Adama. Adamie, żałuj, że nie dałeś się namówić na choćby jeden dzień! To byłby dzień, który zapamiętałbyś na całe życie – wiesz, ci ludzie, ta muzyka… te głośniki!

Koncerty. Słyszałam wiele, byłam na kilku – przekonałam się, że nie da się tam zobaczyć wszystkiego, harmonogram można sobie włożyć w buty. Po prostu nie jest to możliwe, żeby być w kilku miejscach jednocześnie oraz na wszystkich koncertach na Przystanku Woodstock. Wspomnę o kilku. Zapewne nie opowiem o nich chronologicznie, ale czy to ważne?

Łąki Łan – energia i moc. Zagrali mój „Pola ar”, więc było doskonale. Ponadto będę wspaniale wspominać ten koncert, bo po 9 latach spotkałam się na nim z koleżanką z liceum. 9 lat! A rozmowa, jakbyśmy się miesiąc nie widziały. Miałyśmy spotkać się jeszcze raz, ale Woodstock tak wciąga, że tracisz poczucie czasu i nagle się okazało, że już nie mam kiedy…

Romantycy Lekkich Obyczajów – koncert na Scenie Viva Kultura przy Pokojowej Wiosce Kryszny. Niewielki (stosunkowo) namiot, pod stopami piach, mnóstwo ludzi i niesamowicie pozytywna atmosfera. Bawiliśmy się świetnie. Nie wiem jak Oni to zrobili, ale nie czułam, że my jesteśmy na piachu, a zespół na scenie. Miałam wrażenie, że są pośród nas. Niesamowicie pozytywny i pełny pozytywnych emocji koncert.

20170803_223346

Wilki – No tu pan Gawliński z zespołem nie popisał się. Wepchnęliśmy się w tłum, całkiem niedaleko od sceny, pewni, że będzie świetna zabawa i dużo śpiewania. A tu klops. Zespół zagrał wiele kawałków, z czego znałam może dwa lub trzy. Tłum skandował „Baśka! Baśka! Baśka” – w odpowiedzi dostaliśmy „Będzie.” I kolejną mało znaną przeciętnemu słuchaczowi piosenkę. Zrezygnowani wyleźliśmy z tłumu. Siedliśmy sobie na wolnym kawałku ziemi – a było ich sporo w strefie pod sceną, ponieważ stało ogrodzenie – wymóg w związku z „podwyższonym ryzykiem” tere fere… – tłumy stały poza ogrodzeniem. Hitów doczekaliśmy się dopiero na bisie. Była wyczekiwana „Baśka”. Wtedy dopiero ludzie zaczęli się bawić na całego. Później pan Owsiak powiedział, że Wilki od razu zastrzegły, że nie będzie szlagierów, ale okazało się, że woodstockowa publiczność ma porządną umiejętność przekonywania.

100_4288

Hey – Kurczę, no. Najbardziej emocjonalny i poruszający koncert. Same znane piosenki. Świetna pani Kasia Nosowska ze swoimi rozbrajająco szczerymi wypowiedziami. Żeby zostawić publiczności pamiątkę, rzuciła bransoletkę w tłum. „Tylko tyle mam, ale jest dużo koralików to może uda się wam jakoś podzielić no.”. Koncert niesamowity, wzruszający i wciągający.

LemOn, Domowe Melodie – Te zespoły słyszałam spod namiotu. Bardzo fajnie zagrane, piękne wokale. Nie wiem co się działo pod sceną, bo nie widziałam. Ale bardzo przyjemnie słuchało się ich w ciemnościach.

100_4337

The Qemists – Mój faworyt! Nie dość, że gatunek muzyczny z repertuaru moich ulubionych, to jeszcze świetny kontakt z publicznością. Genialnie zagrany koncert, nie da się nie skakać. Wszystko się tam działo! Było pogo, były kręgi, rozstąpiliśmy się też jak Morze Czerwone, wszyscy też kucnęli żeby wyskoczy jak najwyżej. Wszystko w niesamowicie ciepłej atmosferze, z przesłaniem miłości i przyjaźni do drugiej osoby, z upamiętnieniem osób, których nie ma już wśród nas i na pewno jeszcze z wieloma aspektami, o których w tym momencie nie pamiętam. Bas przeszywający całe ciało, do tego efekty świetlne z Dużej Sceny – bajka! „Wiele bym dała by przeżyć to znów”, mówię Wam. Adam, podobałoby Ci się! Była TAAAKAAA moc!

100_4267

Wiecie co jest takiego niezwykłego w tych woodstockowych koncertach? Klimat, atmosfera, zachowanie ludzi i to jak artyści się do nas zwracają. Nie raz usłyszeliśmy, że nigdzie nie ma takiej publiczności jak na tym festiwalu. Zdarzyło mi się być na kilkunastu koncertach plenerowych poza Woodstockiem. Nie raz oberwałam „z łokcia” od kogoś kto pchał się pod scenę. Nie raz też widziałam jak ludzie prawie się tratują, rozdeptują, szarpią i popychają. Tutaj tego nie ma. Ktoś przechodzi przez tłum? Fakt, musi się trochę pchać, ale przeprasza Cię i jeszcze życzy udanej zabawy. I tak się pcha i po stokroć powtarza te przeprosiny i mile słowa. I uśmiecha się, większość twarzy jest uśmiechnięta, a jak nie jest, to jest zamyślona a w oczach widać zauroczenie. Bawisz się tam i nie czujesz paniki, że ktoś w Ciebie rzuci butelką, której teoretycznie nie mógł tu wnieść, że nie znajdziesz się w złym miejscu o jeszcze gorszej porze, kiedy to ktoś postanowi rozpętać jakąś bójkę. Bawisz się i po prostu bawisz, nie martwisz się o nic więcej.

To nie wszystko. Udało się uzyskać zgodę od prezydenta Kostrzyna na rozebranie ogrodzeń w ostatnim dniu Przystanku Woodstock. Pan Owsiak dał obdarzył nas ogromnym zaufaniem, bo mimo braku płotków, nadal nie można było pod scenę podchodzić z alkoholem i niebezpiecznymi przedmiotami. Pokojowy Patrol stał w miejscach gdzie były bramki, odruchowo pokazaliśmy im, że nic nie mamy – w odpowiedzi dostaliśmy szeroki uśmiech i gest uniesienia rąk symbolizujący „Nic mi do tego!”. I wiecie co? Chyba się udało!

 

1 komentarz

Filed under Szuflada.

Przygotowania do Najpiękniejszego Festiwalu Świata, czyli lada moment Woodstock!

W zeszłym roku nie udało nam się. Parę tygodni bardzo nad tym ubolewałam, bo do samego końca wierzyłam, że jednak damy radę. Z powodów zawodowych nie wyszło. Tym razem jednak wszystko wskazuje na to, że je-dzie-my!!!

Bilety już są, chęci nigdy nie brakowało, harmonogram wydrukowany. Teraz pozostaje tylko zbierać powoli rzeczy na wyjazd i trzymać kciuki za względnie dobrą pogodę. O atmosferę nie muszę się martwić – wiem, że będzie super.

Zaczęłam przeglądać listę warsztatów – chcę na wszystkie!!! Ale wiem, że prawdopodobnie nawet na połowę tych, które wybrałam, nie uda mi się dotrzeć… Albo zaśpię, albo zapomnę, albo będę na drugim końcu woodstockowego pola. Niemniej plan mam ambitny i chcę zrealizować go chociaż częściowo.

Wiem, że nie wszyscy mają o Przystanku najlepsze zdanie. Zaczęłam nawet czytać artykuły pod tytułem „Jak przekonać kogoś do Woodstocku” i pod podobnymi, ale ostatecznie doszłam do jednego wniosku. Jeśli ktoś nie zobaczy, to nie uwierzy w żadne słowo. To wszystko fajnie brzmi: super atmosfera, sympatyczni, pozytywnie nastawieni i mega radośni ludzie, darmowe koncerty, liczne (także darmowe) warsztaty, spotkania ze sławami świata podróżniczego, aktorskiego, politycznego, wyznaniowego itp. itd. Ale to nic nie wnosi. Wiem sama po sobie. Odkąd pamiętam, chciałyśmy z E. jechać na Woodstock, jakoś się nie składało. Widziałam mnóstwo zdjęć, filmików, czytałam relacje i artykuły. Zazdrościłam tym ludziom, ale chyba sama nie wiedziałam czego konkretnie.

Jadąc na Woodstock (swoją drogą z samymi słabo znanymi mi osobami – totalne szaleństwo) czułam lekki strach i ekscytację. Chciałam poczuć w końcu tą „niesamowitą atmosferę”, której właściwie nie potrafiłam sobie wyobrazić. Nie mogłam się spodziewać w najmniejszym stopniu co tam zastanę i co będę czuła. I będę powtarzać za każdym razem, że tego się nie da opisać słowami. Sam woodstockowy pociąg jest już czymś niezwykłym. Fakt, jest to sunąca po szynach impreza, ale jak nie masz ochoty, to nie imprezujesz. Masz ochotę się zdrzemnąć – śpisz (ryzyko jest tylko takie, że obudzisz się z czyimś podpisem na ramieniu).

Dotarliśmy na miejsce. Po wielogodzinnej podróży czeka Cię jeszcze spacer na teren festiwalu. Nie wiem jaka to dokładnie odległość od stacji w Kostrzynie, ale kawałek się maszeruje. Woodstockowicze toczą się wielką, kolorową falą przez miasteczko. Po drodze dostajesz chustkę na głowę i jakieś drobne gadżety. Na miejscu, gdzie rozbijasz namiot musisz sobie przygotować odpowiednio podłoże. Czasami wyciąć jakieś gałązki, wydeptać trawę. Byłam pełna podziwu, że naszej ekipie tak sprytnie to wszystko szło. Namiot stoi, czas na zwiedzanie.

Jedna z wieeeeelu rzeczy, które zaskakują? Duża Scena. Dlaczego? A dlatego, że Duża Scena, jest naprawdę DUŻA! Jest ogromna. I tu ciekawostka (ze strony)

Duża Scena 
• to jedna z największych scen świata! 
• szerokość – 62 m 
• głębokość – 16 m 
• wysokość – 16 m 
• czas potrzebny na wybudowanie tej ogromnej konstrukcji to 2 tygodnie. Demontaż przebiega znacznie szybciej – zaledwie kilka dni!

Inna kwestia, która mnie zaskoczyła i może nie powinnam o niej wspominać, ale wspomnę dla tych, którzy myślą, że Woodstock to brud, smród i ludzie charakteryzujący się tymi cechami. Otóż, zaskoczyła mnie czystość TOI TOI’ów. Tak, ja zagorzała przeciwniczka i wróg tych toalet (to była moja największa obawa przed wyjazdem), korzystałam z nich bez problemu. W ciągu dnia są one opróżniane i dezynfekowane wielokrotnie. Oczywiście w dniach trwania Festiwalu. Poza tym prysznic brałam codziennie, nie czułam się wiele brudniejsza niż zwykle. No może wtedy, kiedy nie wracałam całkiem sucha do namiotu a po drodze wiał wiatr i oblepiał mnie piachem. Niemniej i to miało swój urok – po plażowaniu też często masz piach nawet tam, gdzie nie chcesz najbardziej go mieć, prawda?

Poruszę jeszcze dwie kwestie i nie będę Cię więcej zanudzać. Pierwsza to jedzenie. Woodstockowy Lidl zaopatrzy Cię we wszystko czego potrzebujesz, ceny też nie zwalą Cię z nóg – nie jesteśmy przecież nad polskim morzem… Poza tym Strefa Gastro jest świetnie wyposażona i zorganizowana. Kolejki są tak prowadzone, że składasz zamówienie u jednej osoby, potem płacisz, przechodzisz znów dalej i odbierasz jedzenie. Wszystko idzie płynnie, nie stoisz, prawie nie czekasz. Kupisz żurek, kiełbasę, czy gorącą czekoladę. O jedzeniu w Pokojowej Wiosce Kryszny mogłabym napisać osobny post, a i tak nie oddałabym tego smaku. Tutaj fotka, jeśli chcesz zobaczyć co to za jedzenie. Za 8 złotych najesz się za wszystkie czasy.

I jeszcze jedna kwestia, o której już wspomniałam na początku. TA ATMOSFERA. Masz do wyboru kilka scen, od jednej do drugiej musisz jakiś czas iść. Po drodze mijasz setki, ba tysiące ludzi! Co do konkretnej liczby ludzi bawiących się na Woodstocku są różne dane, podobno któregoś roku było nawet 700 tysięcy na którymś z koncertów. Oficjalnie z ostatnich lat policja podawała liczby 200-300 tysięcy. I z ręką na sercu przyznaję – tak, widziałam ludzi pijanych, widziałam kilkoro prawdopodobnie naćpanych (stosunkowo wcale nie więcej niż na Dniach Kultury Studenckiej w Lublinie) ale osobiście nie byłam świadkiem żadnej rozróby. No ominęło mnie. Nikt nie leżał też martwy, ani nikt się nie kochał na kawałku kartonu przy drodze – nikt przy mnie. Mijałam ludzi, przed którymi na mieście uciekałabym na drugą stronę ulicy, a tutaj? Nieśli kartki, że rozdają darmowe uściski, uśmiechali się, pozdrawiali i przybijali piątki z każdym po kolei. Pierwszego dnia zderzyłam się z jakimś niezbyt przyjemnie wyglądającym typem, nie powiem, przestraszyłam się. Nie wiedziałam, czy przepraszać, czy od razu uciekać. Koleś się odwrócił, poklepał po plecach i zapytał czy wszystko ok! Z wrażenia odjęło mi mowę i tylko się uśmiechnęłam jak idiotka… No cóż.

Nikogo na siłę nie przekonam, ani ja, ani TY, ani żaden Woodstockowicz. Trzeba to przeżyć, odczuć na własnej skórze, poczuć ten piach w zębach i tą zimną wodę, zjeść parówkę z Lidla na krawężniku przy wejściu i usłyszeć muzykę z Dużej Sceny, która dysponuje takim nagłośnieniem, że przez chwilę nie możesz oddychać.

To wszystko jest jak zapach lasu – jeśli byłeś w lesie, to wiesz jak tam pachnie, ale żeby opisać go komuś, kto nigdy tego nie doświadczył – będzie ciężko. Fakt, można powiedzieć „Weź sobie wyobraź zapach ściółki (eee! błąd, ściółki też nie zna skoro w lesie nie był), to weź sobie wyobraź zapach grzybów, kory drzew, wilgotnej ziemi, roślin…i to wszystko wymieszane w cudowną kompozycję zapachową”. I co, myślisz, że ta osoba „nosem wyobraźni” poczuła TEN SAM zapach lasu, który znasz? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi, ale nie uchylam się przed dyskusją na ten temat.

ZARAZ BĘDZIE CIEMNO!

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Roztocze latem.

Wędrowny weekend 1-2 lipca 2017 r.

Zamość – Krasnobród – Susiec

 

            Wszystko od samego rana było na „nie”. Gdy wstawaliśmy, niebo w Lublinie było zachmurzone, było chłodno. Nie mogliśmy się wyrobić, szybkim marszem ruszyliśmy na przystanek. Autobus odjechał nam sprzed nosa. Okazało się, że nie zaktualizowano rozkładu jazdy MPK na wakacyjny… Biegaliśmy od przystanku do przystanku przez 30 minut, żeby dotrzeć na Bla Bla Car aż w końcu facet sam po nas przyjechał. Podróż do Zamościa upłynęła bardzo szybko i sympatycznie, ale im bliżej celu, tym gorsza pogoda.

            W Zamościu padał już regularny deszcz. Koczowaliśmy trochę na przystanku, K kupił worki na śmieci, w które wsadziliśmy nasze karimaty, by nie nasiąkły całkiem wodą. Okazało się, że najbliższy bankomat był nieczynny, więc jeszcze jakiś kwadrans zajęło wypłacenie pieniędzy. W końcu ruszyliśmy z ulicy Lipskiej.

            K w pełnej irytacji na aurę ale jeszcze większej na swój beznadziejny foliowy płaszcz przeciwdeszczowy kroczył z naburmuszoną miną, a mnie jakoś tak wszystko to bawiło. W końcu udało się wyjść z miasta. Droga polna na Lipsko przywitała nas gęstym błotem, które nieprzerwanie przyklejało się grubymi warstwami do butów. Ale nie tylko my byliśmy takimi wariatami. Wyprzedziło nas trzech rowerzystów, którzy…niestety po kilkudziesięciu metrach musieli zawrócić z powodu błota, które obkleiło im całe koła, amortyzatory, błotniki, zębatkę, łańcuchy…

20170701_142811

            Przy małej kapliczce zamieniliśmy się na płaszcze, przynajmniej wtedy oboje pod nimi mieściliśmy też plecaki. Stwierdziłam, że K. wygląda jak chodzący stragan. Deszcz raz był silniejszy, raz słabszy, ale morale zaczęło wzrastać proporcjonalnie do pokonywanych kilometrów.

20170701_114408

            Kroczyliśmy szlakiem zielonym im. Władysławy Podobińskiej, który prowadzi z Zamościa do Suśca. Ewidentnie jest on bardzo rzadko uczęszczany (albo w ogóle w tym roku). Miejscami trawa sięgała do pasa, czasami prawie nie było widać ścieżki w lesie. Szlak określiłabym jako bardzo zróżnicowany i słabo oznaczony. Nie polecam wyprawy bez mapy – można się zgubić. Na prostej drodze co kilka drzew oznaczenie, właściwie momentami w zasięgu wzroku ma się nawet trzy znaczki. Sytuacja zmienia się, kiedy trafiamy na rozstaj dróg. Kierując się logiką zazwyczaj wybieraliśmy tą drogę, która była na wprost, jednak okazało się, że nie wszystko jest takie logiczne jakby się mogło wydawać. Zaczęliśmy praktykować rozchodzenie się w różnych kierunkach (za każdym razem miałam nadzieję, że to moja droga jest właściwą i to nie ja będę musiała wracać, hi hi).

20170701_134519_Richtone(HDR).jpg

Wielokrotnie szukaliśmy szlaku, co znacznie wydłużyło naszą wyprawę. Jednak dopisywał nam humor (dbała o to cytrynóweczka własnej produkcji i kabanosy) i wędrówka w przeważającej części upływała pod znakiem uśmiechu i zadowolenia.

20170701_130015.jpg

            Bardzo nie lubimy tłumów, ten szlak był dla nas idealny. Poza wioskami, sklepem – nie spotkaliśmy nikogo na szlaku. W jednej z miejscowości przed samym Krasnobrodem spotkaliśmy na swojej drodze dwóch lekko podchmielonych panów. Jeden z nich okazał się niezwykle radosny i zachwycony spotkaniem z nami. Chciał zrobić nam zakupy, zapas wody, jedzenia, chciał nam załatwiać transport do Krasnobrodu a nawet oddać loda, którego chwilę wcześniej kupił sobie w sklepie. Oferował łóżko u siebie w salonie jakbyśmy już nie mieli siły iść. Niesamowicie pozytywne doświadczenie! Jak się już pożegnaliśmy to krzyczał jeszcze za nami, że bardzo trzyma kciuki i życzy nam powodzenia. Spełniliśmy jego marzenie na spotkanie wędrowców.

20170701_191812

            Do Krasnobrodu dotarliśmy około 21:00. Nogi już domagały się odpoczynku a tu przed nami jeszcze walka o kawałek trawki, na której można rozbić namiot. Zaczęliśmy wydzwaniać po różnych punktach, ale okazało się, że sobota jest dniem balowania i ciężko było się z kimkolwiek porozumieć. Ostatecznie udało się nam ustalić, że mamy się rozbić pod konkretnym adresem a rano zjawi się właściciel. Jeszcze tylko znaleźć adres i rozłożyć namiot… W okolicach 23:00 mieliśmy w końcu szansę rozprostować plecy i wyciągnąć nogi. Wtedy dopiero poczułam jak bardzo zmęczona się czuję.

            W niedzielny poranek obudziło nas… hm… obudziły nas dziwne dźwięki. Okazało się, że jakiś mały ptaszek wlazł nam między tropik a sypialnię! Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Były tam owady a on za wszelką cenę chciał się do nich dobrać! Szaleństwo.

20170702_101428

 Przyjechał właściciel pola namiotowego i pensjonatu.

Wziął od nas kasę i zaproponował podwózkę. Przewiózł nas na drugi koniec Krasnobrodu, co dało nam godzinę zapasu (ta godzina bardzo się później przydała). Pogoda była idealna na wędrówkę, słońce za chmurkami, temperatura optymalna dla krótkich rękawów i spodenek. Ruszyliśmy w las.

20170702_110458

Najpierw Szur, mnóstwo kapliczek i krzyży. Jedna z kapliczek urzekła nas najbardziej – mini kościółek pokryty gontem. Coś wspaniałego.

            Mieliśmy drobne trudności ze szlakiem między Łasochami a Kunkami, ale dopiero między Kunkami a Suścem zaczęła się zabawa. Szlak w ogóle nie przetarty. Trawa, pokrzywy, pole. Najciekawszy moment nastąpił gdy musieliśmy podjąć decyzję czy szlak idzie naprawdę przez pole, czy może jednak nie.

20170702_153358

W pobliżu ŻADNYCH oznaczeń, z mapą jakoś chwilowo nie mogliśmy się dogadać. Pole mniej więcej hektarowe lub trochę większe, miedza prawie zaorana. Decyzja zapadła – IDZIEMY! Przedzieraliśmy się przez trawę, polne kwiaty i pszenicę – za wszelkie straty Pana Rolnika przepraszamy! W końcu dotarliśmy na drugi koniec i tam, w lesie odnaleźliśmy oznaczenie szlaku.

20170702_132011_Richtone(HDR)

            Do Suśca dotarliśmy o 18:00, co oznaczało, że mamy godzinę do odjazdu pociągu do Lublina. Tyle zajęło nam kupowanie biletów przez internet. Strasznie dużo nerwów nam to zjadło, bo strona intercity nawaliła. Mi udało się kupić bilet, K. już nie. Kombinowaliśmy na milion sposobów. Pociąg przyjechał, a my nadal z jednym biletem. Jest jakaś aplikacja! Bilet kupiony w 3 minuty, jest, uff… Przychodzi konduktor, skanuje i coś długo się zastanawia, poszedł po okulary. Czuję, że coś będzie nie tak. Bilet z datą dnia następnego. Przeoczenie spowodowane pośpiechem. Co teraz? Nie mamy tyle gotówki, żeby kupić u konduktora. Przekonaliśmy go, żeby może z następnej stacji  niestety aplikacja nie umożliwia zakupu na ostatnią chwilę. To z kolejnej – brak zasięgu internetu. Liczymy wszystkie drobne, jakie mamy – 20,31 zł. „Tyle mamy. I piwo. Może chce pan piwo?” no i pan chciał. Sprzedał nam bilet z pierwszej stacji (taki jest tańszy, ten wart 22 zł) za 20 złotych 31 groszy i Warkę w puszce! Przesyłam pozdrowienia dla pana konduktora, mam nadzieję, że piwko po pracy smakowało.

            Dotarliśmy około 22 do Lublina, wyjątkowo szybko udało się złapać MPK. Gdy wsiadaliśmy na swoim przystanku, drzwi zamknęły się K. przed nosem. Coś nawaliło. Kierowca ręcznie otworzył drzwi. Tak zakończył się nasz wędrowny weekend z cieniem pecha w tle. Było cudownie, wesoło, cicho i relaksująco. Mimo, że ból w nogach czuję nadal – chcę jak najszybciej wrócić na jakiś pieszy szlak.

Dodaj komentarz

Filed under Roztocze, Szuflada.