Dzienniczek rajdowy, czyli Roztocze śniegiem i błotem malowane…

12-14 kwietnia 2013 r. Rajd Roztocze Wiosną, mój trzeci.

Dzień pierwszy: 30 km

W piątek wyjechaliśmy z Lublina busem (Watson też)2013-04-12-179 i około godziny 11 znaleźliśmy się w Horyńcu. Wszyscy pełni energii, zgięci w pół od ciężkich plecaków ale chętni do drogi. Najpierw spacer po parku horynieckim, potem droga przed siebie i szosą i lasem.

Szło się…hm…ciężko. Pełno błota i śniegu.

2013-04-12-182

Było dyszenie i przekleństwa, wydawało się, że gorzej być nie może… A JEDNAK! Ale o tym zaraz. Deszcz padał mniej więcej od momentu, w którym ruszyliśmy i przestał około 17tej, zaraz PO ognisku, które było przerwą obiadową. Miałam na szczęście świetne ponczo przeciwdeszczowe, które zresztą nazwałam  mobilną toaletą, bo wyglądałam w nim jak w namiocie i właściwie gdzie bym nie przysiadła to wystawała mi tylko głowa 🙂 Plecak też świetnie zabezpieczyłam!

2013-04-13-206

Można było na nim spokojnie siadać 😀 Jak przestał padać deszcz to zaczął mnie boleć mały palec u lewej nogi…-teraz jest trochę siny. 

O godzinie 19.52 ktoś się zorientował, że idziemy w złym kierunku i skutecznie oddalamy się od Werchraty, gdzie była baza noclegowa. Ustalenie prawidłowego kierunku zajęło plus-minus 3o minut, przez które zdążyło zrobić się całkiem ciemno, co widać na zdjęciu portretowym Kamki:

2013-04-12-183

Ruszyliśmy więc z powrotem do skrzyżowania, które sobie 4 km wcześniej zignorowaliśmy i najzwyczajniej w świecie ominęliśmy…Po tak długim postoju moje nogi, które znajdowały się w mokrych butach (nawet mi nie przemokły, górą nasypało się do nich sporo śniegu przez cały dzień…) strasznie mi zmarzły i zimno poszło w górę.

2013-04-12-180

 Zanim się rozgrzałam minęły chyba ze 2 km. Szliśmy na szczęście asfaltem, więc przynajmniej nie po śniegu i błocie, ale od równej powierzchni szybko zaczynają boleć stopy. Przed nami było jakieś 8-10 km drogi… Wokół ciemno i mgła jak mleko (śnieg, który topniał musiał się gdzieś podziać, wiec zamienił się w mgłę…) a moja wyobraźnia w ogóle się nie męczyła tylko pracowała na pełnych obrotach. Miałyśmy tylko małą latareczkę, którą Kamka pożyczyła od Michasia, bździła ledwo co więc strasznie trzeba było wysilać wzrok, żeby widzieć co ma się pod nogami. Strasznie bałam się rozglądać na boki a już nie wspomnę o obróceniu się i skontrolowaniu co za mną się dzieje. Wszystkie horrory jakie w życiu obejrzałam właśnie wtedy musiały mi się przypomnieć. Pocieszałam się tylko tym, że szły z nami dwa psy, które na pewno w razie niebezpieczeństwa pierwsze by zareagowały. Jeden był całkiem duży i całkiem nie nasz, ale ochrzczony został Stanleyem i szedł z nami całe dwa dni (przypuszczam, że w niedzielę rano się zmył, bo już nie mógł wytrzymać z naszymi aromatami).

2013-04-13-191

Na niewiele się to zdawało, bo i tak czułam, słyszałam i widziałam niestworzone rzeczy… 

Szłam i stawałam się coraz bardziej głodna, a kanapki już zjadłam. Poratował mnie jakiś dobry człowiek – nie wiem kto, bo za ciemno było. Kanapka była z fajnym chlebem, sałatą i jakąś wędliną, której na pewno nie tknęłabym w normalnych warunkach, ale wtedy to była NAJLEPSZA KANAPKA, jaką jadłam w życiu!

Do bazy dotarliśmy o 22.10. Szybka „toaleta wieczorna” wilgotnymi chusteczkami, bo pomimo że była tam łazienka i nawet ciepła woda, nie mogłam jej używać, bo strasznie śmierdziała żelazem i jak umyłam w niej pierwszy raz ręce miałam wrażenie, że myję je we krwi – więcej tego nie zrobiłam. Po chwili byłam już w śpiworku z gorącą herbatą, dżemem truskawkowym i waflami ryżowymi 🙂 Szybko zasnęłam i mimo, że do 4 rano w sali, którą zajmowaliśmy, grano na gitarze i  śpiewano, obudziłam się tylko kilka razy.

2013-04-13-184b

Dzień drugi: 25 km

W  sobotę rano wszystko mnie bolało. Wszystko też było mokre. Chyba nawet bardziej, niż w piątek wieczorem. Tak parowaliśmy my i rozwieszone przez nas rzeczy, że po szybach płynęło jak z wodospadu i w efekcie nawet to co jakimś cudem było jeszcze poprzedniego dnia suche, przestało takie być po nocy…

2013-04-13-186

Ruszyliśmy powoli i ospale około 11. Nie mogłam w ogóle się „rozejść”. Ściskałyśmy się z Kamką za ręce z nadzieją, że ból ustąpi, ale marnie nam to szło. Mijaliśmy masę rozjechanych i żywych żab. Pierwszy postój był dosyć wcześnie, ale ja się nie za bardzo ucieszyłam, bo postój oznacza potrzebę kolejnego rozruszania się… Stanley korzystał pełną gębą i elegancko z gracją sobie odpoczywał przy każdej nadarzającej się okazji…

2013-04-13-187b

Potem było znowu błoto i śnieg, potem posiad na ognisko i odpoczynek. Na szczęście przez cały dzien padało tylko dwa razy i niedużo. Pierwszy raz właśnie na ognisku, ale mieliśmy je pod daszkiem, więc mogło sobie spokojnie padać.

2013-04-13-195

Po ognisku ruszyliśmy przez śnieg i błoto do Hrebennego aby zobaczyć kolejkę przy granicy (dłuuuuga była), przejście widzieliśmy z daleka za dużą wodą

2013-04-13-207

i cerkiew, ale tylko  z zewnątrz 😛

2013-04-13-208

Stamtąd kierując się już do szkoły-noclegu szliśmy kawałek asfaltem i tam złapał nas deszcz, który pojawił się niespodziewanie i niespodziewanie się skończył, nadrobił za to intensywnością. Potem znów przez las, błoto i śnieg, podziwiając piękne mgły spowodowane topniejącym śniegiem, o czym już wspomniałam.

2013-04-13-209

Okazało się, że się zaczyna ściemniać i widzieliśmy zachód słońca, pojawił się też księżyc. Powtórka z rozrywki. Zrobiło się ciemno całkiem a my szliśmy już teraz nie asfaltem a przez las. Morale grupy zaczęło lekko mówiąc gasnąć co objawiło się śpiewami religijnymi: bożonarodzeniowymi kolędami, pieśniami wielkopostnymi i pogrzebowymi… Ciemny las, kilka latarek na 20 osób i w tle Anielski Orszak… Aż gęsia skórka pojawiała się na ciele. Ale szliśmy, bo jaki mieliśmy wybór.

Trafiliśmy w końcu na jakąś drogę, w miarę utwardzoną. Szliśmy w dużych odstępach. Mi się chciało płakać, Kamka pogodziła się już ze swoim końcem i było jej obojętne czy stoi czy idzie. I nagle kierownik się zatrzymał, nam kazał iść dalej a sam zaczekał na kilka osób, które kawałek za nami szły. Okazało się, że nie wiemy gdzie jesteśmy. Dookoła tylko pola, gdzieś daleko las. Nawet łuny, która mogłaby wskazywać na jakąś miejscowość, nie było widać na horyzoncie. Stanęłyśmy, 4 osoby, które szły przed nami też się zatrzymały. Zgasiliśmy latarki i czekamy. I czekamy… Czekamy… Ja zaświeciłam latarkę, bo coś sprawdzałam chyba przy szelce plecaka (już nie pamiętam dokładnie) i nagle słychać z oddali rozmowy:
-Ej, patrzcie, ktoś jedzie w naszą stronę. Zapytamy się czy dobrze idziemy.
-No, zagrodzimy całą drogę, żeby nie dał rady uciec.
Przyglądam się i zastanawiam co będzie dalej. Patrzę, ale w poprzek drogi ustawiło się 5 latarek (czyli pewnie tyle samo osób, lub więcej) i stoją. Cisza. Więc krzyczę:
-Nikt nie jedzie! To my!
-Kto?
Kamka:- No my, k…!
-Jakie my?!
-No A. i Kamka!!!
-Aaa…
Nadal więc nie było wiadomo gdzie jesteśmy. Ale szliśmy przed siebie. Ledwie żywi, ale szliśmy a była już 21. Po 30 minutach dotarliśmy do szkoły. Szybka toaleta, taka sama kolacja jak w piątek i nie wiem co było dalej, bo obudziłam się tylko raz w nocy i przytuliłam Kamkę, a potem to już rano.

Dzień trzeci: 19 km

Niedziela obudziła mnie znów bólem wszystkiego. Spakowałam się

2013-04-14-215

i poszłam do łazienki ogarnąć. Wisiały tam moje spodnie, które powiesiłam tam wieczorem, bo były mokre po kolana. Ujrzałam sztywne od błota nogawki. Ale przynajmniej wyschły. Buty niestety nadal były mokre. Niedziela była pogodna i chwilami nawet słoneczna. Było trochę zimno. Znów błoto i śnieg, dużo błota i dużo śniegu. Ale nawet udało mi się nie nasypać go sobie do butów, więc było mi w miarę ciepło. Aż do pewnego momentu, kiedy stanęła nam na drodze rzeka (dosłownie na drodze i dosłownie rzeka).

rzeka na drodze

Trzeba było ją albo przejść i pogodzić się z tym, że się naleje wody do butów, albo walczyć i próbować przeskoczyć z jednej śnieżnej skarpy na drugą. Skarpa zwilgotniała już po pierwszej osobie, ja przeskakiwałam jako czwarta, więc mało po śniegu zostało. Skończyło się tak, że cały prawy but wylądował pod wodą i zabrał jej trochę ze sobą… I dopiero wtedy ktoś wpadł na pomysł aby ułożyć tam gałęzie świerku i czegoś jeszcze iglastego i po tym przejść…

Po 17 dotarliśmy do Bełżca, tam podjechał wynajęty bus i wróciliśmy do Lublina. Mokrzy, śmierdzący, wycieńczeni i szczęśliwi.

A tu jeszcze sweet focia z Kamką:

2013-04-13-197

I mimo, że dzisiaj kolana mi się nie zginają, nadal jestem troszkę zmęczona i tak naprawdę nie zobaczyłam nic poza sarnimi bobkami, błotem i śniegiem jestem niesamowicie szczęśliwa i dumna z siebie, że podołałam. Niektórzy w sobotę zostali w bazie noclegowej, a ja poszłam. I było super mimo, że wtedy twierdziłam inaczej. Uwielbiam to i mam nadzieję, że kiedyś moi potomkowie będą tak samo szaleni jak ja, bo warto!

Reklamy

3 Komentarze

Filed under Roztocze, Szuflada.

3 responses to “Dzienniczek rajdowy, czyli Roztocze śniegiem i błotem malowane…

  1. Pingback: Pozbierałam się do kupy :) | Usiądź wygodnie i czytaj...

  2. ja

    Super! Mega zazdroszę!! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s