Wewnętrzny trener

20160723_173404

Wybraliśmy się z moim K. na „wycieczkę” rowerową. Nie uważam osobiście, iż to była tylko wycieczka, gdyż 80 km jednego dnia okazało się niemalże ponad moje siły… Niemniej dumna jestem z tego, że mi się udało w sumie przejechać 100 km na rowerze w ciągu dwóch dni. Sądzę, że normalnie taki dystans pokonywałam do tej pory w miesiąc…

20160723_132248

Zdjęć mam niewiele, niewiele też pamiętam z powodu przeszywającego bólu…rąk. Tak, nie bolało mnie NIC poza rękoma. I to tak bardzo, że nie potrafię tego opisać, ale potrafię sobie teraz wyobrazić sytuację kiedy człowiek jest w stanie uciąć sobie kończyny. Kiedy zeszliśmy już z rowerów musiałam trzymać ręce skrzyżowane na klatce piersiowej, bo jak po prostu zwisały, to bolały jeszcze bardziej.

W okolicach 47 km napotkaliśmy spory podjazd. Górka może nie była stroma, ale za to ciągnęła się w nieskończoność. K. zaprawiony w boju, zostawił mnie w tyle (dzięki Bogu, bo raczej nie chciałabym aby widział moje miny) a w mojej głowie nagle pojawił się głos. Tak, zaczęłam słyszeć głos!!! Jeden, mój. Szybko się z nim zaprzyjaźniłam i nazwałam go wewnętrznym trenerem. Motywował mnie do pedałowania i bardzo wychwalał. Wtedy bardzo mi to pochlebiało, czułam się taka dzielna i silna – teraz myślę, że byłam u progu obłędu… Ha, ha, ha! Później trener przestał być przekonywujący i ujawniło się moje alter ego – jak na rajdach roztoczańskich – co oznaczało skrajny wysiłek. Góra się skończyła, po jakimś czasie udało mi się dogonić K. (sądzę, że tylko dlatego, że na mnie czekał)
-Jak się czujesz, kochanie?
-Spoko, tam pod górę, ujawniło się moje alter-ego.
-Czyli?
-No moje drugie ja.
-No ale co chciało?
-Rozmawialiśmy.
-I co mówiło?
-Chwaliło mnie i podziwiało.
-A Ty?
-A ja słuchałam i dziękowałam za komplementy…

W końcu dotarliśmy do lasu, w miejscu wyznaczonym na biwak, ognisko, parking itp. rozbiliśmy namiot i trochę doprowadziliśmy się do ładu.

20160723_173350

Poszliśmy jeszcze na spacer ścieżką przyrodniczą, chyba mnie nie zachwyciła – nie pamiętam…

W środku nocy obudziło nas COŚ. COŚ intensywnie łaziło w okolicy namiotu i rowerów przez dłuższą chwilę. Udawaliśmy, że nas nie ma, ale moje walące serce chyba i tak zdradziło naszą obecność. Możliwe, że był to kot grzebiący w śmietniku, ale mógł to być też dzik, złodziej, sarna albo seryjny zabójca. Rowery stały jednak nienaruszone, my obudziliśmy się żywi a śmieci nie były rozrzucone – więc obstawiam jeża, jeże w końcu głośno tupią…

Dojazd do Parczewa z centrum lasu też ledwo pamiętam, bo ręce dawały o sobie znać ze zdwojoną siłą. Jechaliśmy przez piękne pola – tyle pamiętam – i wzięłam tam tabletki przeciwbólowe, które zaczęły działać dopiero na stacji PKP, gdzie spędziliśmy następne 4 godziny w oczekiwaniu na pociąg do Lublina. Czekanie było całkiem przyjemne, Pan Dyżurny poopowiadał nam trochę o okolicy i okolicznych, przespałam się na peronie jak bezdomny i wróciliśmy do domu.

20160724_131003

Mimo bólowych niedogodności – WARTO BYŁO! 🙂

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Podsłuchane., Szuflada.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s