Roztocze latem.

Wędrowny weekend 1-2 lipca 2017 r.

Zamość – Krasnobród – Susiec

 

            Wszystko od samego rana było na „nie”. Gdy wstawaliśmy, niebo w Lublinie było zachmurzone, było chłodno. Nie mogliśmy się wyrobić, szybkim marszem ruszyliśmy na przystanek. Autobus odjechał nam sprzed nosa. Okazało się, że nie zaktualizowano rozkładu jazdy MPK na wakacyjny… Biegaliśmy od przystanku do przystanku przez 30 minut, żeby dotrzeć na Bla Bla Car aż w końcu facet sam po nas przyjechał. Podróż do Zamościa upłynęła bardzo szybko i sympatycznie, ale im bliżej celu, tym gorsza pogoda.

            W Zamościu padał już regularny deszcz. Koczowaliśmy trochę na przystanku, K kupił worki na śmieci, w które wsadziliśmy nasze karimaty, by nie nasiąkły całkiem wodą. Okazało się, że najbliższy bankomat był nieczynny, więc jeszcze jakiś kwadrans zajęło wypłacenie pieniędzy. W końcu ruszyliśmy z ulicy Lipskiej.

            K w pełnej irytacji na aurę ale jeszcze większej na swój beznadziejny foliowy płaszcz przeciwdeszczowy kroczył z naburmuszoną miną, a mnie jakoś tak wszystko to bawiło. W końcu udało się wyjść z miasta. Droga polna na Lipsko przywitała nas gęstym błotem, które nieprzerwanie przyklejało się grubymi warstwami do butów. Ale nie tylko my byliśmy takimi wariatami. Wyprzedziło nas trzech rowerzystów, którzy…niestety po kilkudziesięciu metrach musieli zawrócić z powodu błota, które obkleiło im całe koła, amortyzatory, błotniki, zębatkę, łańcuchy…

20170701_142811

            Przy małej kapliczce zamieniliśmy się na płaszcze, przynajmniej wtedy oboje pod nimi mieściliśmy też plecaki. Stwierdziłam, że K. wygląda jak chodzący stragan. Deszcz raz był silniejszy, raz słabszy, ale morale zaczęło wzrastać proporcjonalnie do pokonywanych kilometrów.

20170701_114408

            Kroczyliśmy szlakiem zielonym im. Władysławy Podobińskiej, który prowadzi z Zamościa do Suśca. Ewidentnie jest on bardzo rzadko uczęszczany (albo w ogóle w tym roku). Miejscami trawa sięgała do pasa, czasami prawie nie było widać ścieżki w lesie. Szlak określiłabym jako bardzo zróżnicowany i słabo oznaczony. Nie polecam wyprawy bez mapy – można się zgubić. Na prostej drodze co kilka drzew oznaczenie, właściwie momentami w zasięgu wzroku ma się nawet trzy znaczki. Sytuacja zmienia się, kiedy trafiamy na rozstaj dróg. Kierując się logiką zazwyczaj wybieraliśmy tą drogę, która była na wprost, jednak okazało się, że nie wszystko jest takie logiczne jakby się mogło wydawać. Zaczęliśmy praktykować rozchodzenie się w różnych kierunkach (za każdym razem miałam nadzieję, że to moja droga jest właściwą i to nie ja będę musiała wracać, hi hi).

20170701_134519_Richtone(HDR).jpg

Wielokrotnie szukaliśmy szlaku, co znacznie wydłużyło naszą wyprawę. Jednak dopisywał nam humor (dbała o to cytrynóweczka własnej produkcji i kabanosy) i wędrówka w przeważającej części upływała pod znakiem uśmiechu i zadowolenia.

20170701_130015.jpg

            Bardzo nie lubimy tłumów, ten szlak był dla nas idealny. Poza wioskami, sklepem – nie spotkaliśmy nikogo na szlaku. W jednej z miejscowości przed samym Krasnobrodem spotkaliśmy na swojej drodze dwóch lekko podchmielonych panów. Jeden z nich okazał się niezwykle radosny i zachwycony spotkaniem z nami. Chciał zrobić nam zakupy, zapas wody, jedzenia, chciał nam załatwiać transport do Krasnobrodu a nawet oddać loda, którego chwilę wcześniej kupił sobie w sklepie. Oferował łóżko u siebie w salonie jakbyśmy już nie mieli siły iść. Niesamowicie pozytywne doświadczenie! Jak się już pożegnaliśmy to krzyczał jeszcze za nami, że bardzo trzyma kciuki i życzy nam powodzenia. Spełniliśmy jego marzenie na spotkanie wędrowców.

20170701_191812

            Do Krasnobrodu dotarliśmy około 21:00. Nogi już domagały się odpoczynku a tu przed nami jeszcze walka o kawałek trawki, na której można rozbić namiot. Zaczęliśmy wydzwaniać po różnych punktach, ale okazało się, że sobota jest dniem balowania i ciężko było się z kimkolwiek porozumieć. Ostatecznie udało się nam ustalić, że mamy się rozbić pod konkretnym adresem a rano zjawi się właściciel. Jeszcze tylko znaleźć adres i rozłożyć namiot… W okolicach 23:00 mieliśmy w końcu szansę rozprostować plecy i wyciągnąć nogi. Wtedy dopiero poczułam jak bardzo zmęczona się czuję.

            W niedzielny poranek obudziło nas… hm… obudziły nas dziwne dźwięki. Okazało się, że jakiś mały ptaszek wlazł nam między tropik a sypialnię! Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Były tam owady a on za wszelką cenę chciał się do nich dobrać! Szaleństwo.

20170702_101428

 Przyjechał właściciel pola namiotowego i pensjonatu.

Wziął od nas kasę i zaproponował podwózkę. Przewiózł nas na drugi koniec Krasnobrodu, co dało nam godzinę zapasu (ta godzina bardzo się później przydała). Pogoda była idealna na wędrówkę, słońce za chmurkami, temperatura optymalna dla krótkich rękawów i spodenek. Ruszyliśmy w las.

20170702_110458

Najpierw Szur, mnóstwo kapliczek i krzyży. Jedna z kapliczek urzekła nas najbardziej – mini kościółek pokryty gontem. Coś wspaniałego.

            Mieliśmy drobne trudności ze szlakiem między Łasochami a Kunkami, ale dopiero między Kunkami a Suścem zaczęła się zabawa. Szlak w ogóle nie przetarty. Trawa, pokrzywy, pole. Najciekawszy moment nastąpił gdy musieliśmy podjąć decyzję czy szlak idzie naprawdę przez pole, czy może jednak nie.

20170702_153358

W pobliżu ŻADNYCH oznaczeń, z mapą jakoś chwilowo nie mogliśmy się dogadać. Pole mniej więcej hektarowe lub trochę większe, miedza prawie zaorana. Decyzja zapadła – IDZIEMY! Przedzieraliśmy się przez trawę, polne kwiaty i pszenicę – za wszelkie straty Pana Rolnika przepraszamy! W końcu dotarliśmy na drugi koniec i tam, w lesie odnaleźliśmy oznaczenie szlaku.

20170702_132011_Richtone(HDR)

            Do Suśca dotarliśmy o 18:00, co oznaczało, że mamy godzinę do odjazdu pociągu do Lublina. Tyle zajęło nam kupowanie biletów przez internet. Strasznie dużo nerwów nam to zjadło, bo strona intercity nawaliła. Mi udało się kupić bilet, K. już nie. Kombinowaliśmy na milion sposobów. Pociąg przyjechał, a my nadal z jednym biletem. Jest jakaś aplikacja! Bilet kupiony w 3 minuty, jest, uff… Przychodzi konduktor, skanuje i coś długo się zastanawia, poszedł po okulary. Czuję, że coś będzie nie tak. Bilet z datą dnia następnego. Przeoczenie spowodowane pośpiechem. Co teraz? Nie mamy tyle gotówki, żeby kupić u konduktora. Przekonaliśmy go, żeby może z następnej stacji  niestety aplikacja nie umożliwia zakupu na ostatnią chwilę. To z kolejnej – brak zasięgu internetu. Liczymy wszystkie drobne, jakie mamy – 20,31 zł. „Tyle mamy. I piwo. Może chce pan piwo?” no i pan chciał. Sprzedał nam bilet z pierwszej stacji (taki jest tańszy, ten wart 22 zł) za 20 złotych 31 groszy i Warkę w puszce! Przesyłam pozdrowienia dla pana konduktora, mam nadzieję, że piwko po pracy smakowało.

            Dotarliśmy około 22 do Lublina, wyjątkowo szybko udało się złapać MPK. Gdy wsiadaliśmy na swoim przystanku, drzwi zamknęły się K. przed nosem. Coś nawaliło. Kierowca ręcznie otworzył drzwi. Tak zakończył się nasz wędrowny weekend z cieniem pecha w tle. Było cudownie, wesoło, cicho i relaksująco. Mimo, że ból w nogach czuję nadal – chcę jak najszybciej wrócić na jakiś pieszy szlak.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Roztocze, Szuflada.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s