Wygrzebane z archiwalnej szuflady.

Chciałam Wam dzisiaj napisać o moich wczesnojesiennych przemyśleniach, weszłam na bloga i zobaczyłam, że mam 10 szkiców wpisów, których nie opublikowałam. W tym jeden, do którego wróciłam z uśmiechem i jakieś takie ciepełko poczułam na sercu. Wpis jest także wczesnojesienny, ale sprzed dwóch lat. Podzielę się nim z Wami, a o swoich dzisiejszych przemyśleniach opowiem Wam następnym razem.

„Za oknem już prawie jesień. Lato upłynęło szybko, aczkolwiek dla mnie bardzo przyjemnie. Weekend wydłużony przez Boże Ciało spędziłam w ukochanej Szczawnicy z Ka., którą zaraziłam miłością do tego cudownego zakątka. To był jeden z lepszych wyjazdów w moim życiu. Pojechałyśmy we dwie, mimo, że planowałyśmy zebrać większą grupę ludzi. Nic lepszego nie mogło nam się przytrafić. Plan zrealizowałyśmy w pełni, wyrobiłyśmy 200% normy.
W dniu przyjazdu, a dotarłyśmy na 6.00, już o 11.00 zaliczyłyśmy pierwszy szczyt. Pogodę miałyśmy cudowną. Słońce nas przyrumieniło, a w dniu wejścia na Trzy Korony i Sokolicę akurat wyjątkowo jeden dzień było chłodniej, co umożliwiło nam wejście na szczyt, na który polowałam od kilku lat. Duma nas rozpierała jak już schodziłyśmy po tym morderczym dla naszych mięśni wysiłku. Ciała marzyły o zemście na nas, ale umysły i dusze były zachwycone 😀 Po tej wspinaczce poszłyśmy na obiad bezpośrednio, po czym wykąpałyśmy się i zaległyśmy na łóżkach. Od 18:00 do 3:00 spałyśmy jak zabite po uprzednich jękach i stękaniach „Masażu…masażu…euhhh…”. O 3 obudziło nas coś strasznego.. To jest coś, czego o tej porze doby po prostu nie da się ani przegonić ani oszukać. To taka bestia, którą po prostu trzeba nakarmić… Jest nią… GŁÓD!!! Lodówka była 2 piętra niżej, więc założyłam czołówkę i heja po pasztety i warzywa. K. zajęła się przygotowywaniem stołu do kolacjo-śniadania i herbatą. Najadłyśmy się i szczęśliwe poszłyśmy spać, ja aż do 10.00. Było mnóstwo zabawnych momentów, których nie będę tutaj przytaczać z jednego jedynego powodu – Was by nie śmieszyły, ponieważ były to takie sytuacyjne żarty.
Podczas urlopu z kolei odbyłam długą, fascynującą podróż pociągiem na drugi koniec kraju – do Kostrzyna nad Odrą. Przystanek Woodstock. Niesamowite miejsce. Pozytywne nastawienie ludzi do siebie, uśmiechnięte twarze, fantazyjne przebrania i pomysłowe sposoby na „zarobienie” na piwo, które rozbawią nie jednego przechodnia. Tekturowe zamki, okopy i fosy – mnóstwo przeróżnych rodzajów miejsc noclegowych na tych kilka ładujących pozytywną energią dni. Tego nie da się opisać i uwierzcie mi, że nie wyobrazicie sobie tego wszystkiego słuchając opowieści. To trzeba przeżyć. I uwierzcie, zwłoki nie walają się wszędzie, nie wszyscy są pijani lub naćpani do granic możliwości. Można tu zjeść danie, którego łatwo nie dostaniecie wszędzie indziej. Jest mnóstwo warsztatów i ciekawych przedsięwzięć – każdy moim zdaniem znajdzie coś dla siebie. O koncertach nie będę nawet wspominać, bo chyba tylko fani wyłącznie muzyki poważnej nie mieliby na co pójść.
Po Woodstocku namiot tak się nam spodobał, że zaliczyliśmy jeszcze weekend w Piasecznie. Polecam tamtejsze pole namiotowe. Warunki świetne na wypad kilkudniowy. Odpocząć można przebywając już na terenie samego ośrodka – polecam byczenie się na kocu obok namiotu -tylko bez jedzenia, bo osy żyć nie dają… à propos os… Ja byłam dzielna i cierpliwa – pozwalałam im zjadać pasztet z knapek, karmiłam pomidorkiem i dżemorem… Natomiast M.K. przeganiał je nieustannie, rzucał klapkami i czym popadło. Nie uwierzycie co się stało dnia ostatniego?!?!?! Tak…dokładnie…przy samym pośladku!”

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s