Gdańsk – relacja.

Zaczęło się od tego, że zaspaliśmy… Zerwaliśmy się z łóżka o 5:18, a autobus na dworzec mieliśmy mieć 5:48 (trzeba wyjść 10 minut wcześniej). Pełna mobilizacja, wszystko było na szczęście przygotowane dzień wcześniej i nawet udało nam się zjeść śniadanie!
Do Warszawy dotarliśmy pół godziny przed planowanym przyjazdem, kilka stacji metra od Placu Defilad i byliśmy na Dworcu Metro Młociny skąd odjeżdżał autobus do Gdańska.

20171101_085807
Do samego Gdańska dojechaliśmy bez problemu, ruch poza Warszawą był znikomy. Od razu też udało nam się złapać tramwaj łączący bezpośrednio Dworzec z Brzeźnem. Chwilę po wyjściu z niego zobaczyłam błękit. Było już szaro więc nie miałam pewności, czy to już TO,więc „ochy” i „achy” powstrzymywałam do samego końca. Zanim ruszyliśmy w stronę miejsca gdzie mieliśmy spać, chciałam przywitać się z morzem. Było bardzo spokojne, wiatr minimalny. Buzia sama mi się uśmiechnęła ale poczułam też lekkie rozczarowanie – morze w Zatoce praktycznie milczało. Nie usłyszałam tego szumu, którego z utęsknieniem wyczekiwałam.

20171101_161424
Z bagażami ruszyliśmy w poszukiwaniu domu, w którym mieliśmy spędzić kolejne 3 noce. Wiedziałam, że ma być blisko plaży, ale w rzeczywistości byłam i tak zaskoczona, że to tylko 3 minuty spaceru! Przywitała nas bardzo sympatyczna pani. Pokazała nam „Pokój miłości”, który wywołał na naszych twarzach niemałe uśmiechy.

SONY DSC

Ale i tak nic nie pobije łazienki, w której ciepła woda pod prysznicem była dostępna po wrzuceniu żetonu do timera (muszę podkreślić, że pokój wynajęliśmy w prywatnym domu). Cały pobyt nas to bawiło, bardzo ekonomiczne rozwiązanie. 1 żeton = 5 minut ciepłej kąpieli, jeśli chcesz dłużej – wyskakuj z 2 zł. 20171101_164954

Po wstępnym rozpakowaniu się ruszyliśmy na spacer wzdłuż brzegu i portu.

Poszliśmy na kolację do przybrzeżnego baru z klimatycznym, morskim wystrojem (nie można było robić zdjęć, więc Wam nie pokażę), po czym ruszyliśmy pod żetonowy prysznic.

Na czwartek zaplanowaliśmy zwiedzanie Latarni Morskiej w Nowym Porcie. Szliśmy tam przez wspaniale pachnący park, kryjący pośród swoich jesiennych barw bunkry. Tak więc „były bunkry i było zajebiście”*.

SONY DSC

Do samej latarni mieliśmy kawałek do przejścia. Chciałam ją zwiedzić z kilku powodów. Do wycieczki przygotowałam się wcześniej i trochę o tej latarni poczytałam. Jest to jedna z niewielu prywatnych latarni udostępnionych zwiedzającym, ale to co mnie w niej najbardziej zainteresowało, to kula czasu. Miała za zadanie wskazywanie godziny 12, 14, 16 oraz 18 wedle niemalże doskonałego wzorca. Kapitanowie niegdyś ustalali kurs statku według wskazań chronometru, czyli takiego pokładowego zegarka. Dlatego też musiał wiedzieć dokładnie, która jest godzina. Nawet najmniejsze opóźnienie mogło spowodować zejście z kursu o kilka mil morskich. Dlaczego taki chronometr mógł się „rozregulować” po jednym nastawieniu? Było wiele powodów, między innymi wilgoć stale panująca na statku, lub łodzi a także wstrząsy, które mogły wpływać na niedoskonałe urządzenia. Więcej o kuli można przeczytać na przykład TUSONY DSC

Na latarni zależało mi też ze względu na widoki. Co prawda tego dnia pogoda była raczej niesprzyjająca podziwianiu pięknych widoków, bo kropił deszcz i unosiła się lekka mgła ale nie chcieliśmy rezygnować z okazji. Google nas oszukało, bo twierdziło, że latarnia jest czynna, jednakże po przejściu kilku kilometrów pocałowaliśmy klamkę… Sezon na zwiedzanie skończył się z ostatnim dniem września. Jedyne co nam pozostało, to pogapić się na port, pomnik na Westerplatte i ruszyć dalej.

Pojechaliśmy do centrum zwiedzać Śródmieście. Oczywiście zaliczyliśmy Fontannę Neptuna, Żurawia, zobaczyliśmy Bazylikę Mariacką (ale tylko z zewnątrz, bo cała była pozasłaniana ze względu na prace konserwatorskie). Mamy zdjęcie z Filharmonią Bałtycką w tle. Pooglądaliśmy wielobarwne kamienice, kupiliśmy magnesik na lodówkę i wróciliśmy późnym popołudniem do domu.

Na kolację poszliśmy zjeść rybkę, którą kończyłam na śniadanie, bo porcja była ogromna. Zarówno przed jak i po kolacji odbyliśmy spacer wzdłuż linii brzegowej, morze pięknie szumiało, dostałam w końcu to, co chciałam. Przeszliśmy się po molo, choć linia horyzontu była ledwo dostrzegalna w nocnych ciemnościach, mogliśmy poobserwować rodzinkę łabędzi. Podkładanie dialogów pod obserwowaną scenkę sprawiło, że długo będę wspominać te ptaki. Mama, tata i dzieci. Niektórzy spali, znalazł się taki, który potrzebował odrobinę czułości od rodzica. Było dosyć ciepło i prawie bezwietrznie. Gwiazdy miejscami spoglądały na nas przez dziury w chmurach.

Piątek. Po śniadaniu ruszyliśmy prosto na plażę. Zrealizowaliśmy plan przejścia na sopockie molo. Szum fal był kojący i przyjemny, a na plaży leżało mnóstwo meduz wyrzuconych przez morze.

20171103_114817SONY DSC

Taki spacer zajmuje sporo czasu, tym bardziej jeśli robi się mnóstwo zdjęć… Po drodze widzieliśmy „naszą” rodzinkę łabędzi.

dsc06178.jpg

Na chwilę zeszliśmy też z plaży i przeszliśmy kawałek trasy przez park. Zapach stuprocentowego lasu, czyli to, co lubimy najbardziej. SONY DSC

Zebrałam kilka muszelek, a było w czym wybierać…

Wstęp na molo o tej porze roku jest bezpłatny. Dzięki terminowi, w jakim się wybraliśmy, ludzi było na szczęście niewiele. Przeszliśmy całe molo, pogoda była świetna. Co kilka minut chmury się rozstępowały a spośród nich zaglądało rozpromienione słońce.

Molo jak molo. Szału nie ma. Byliśmy, zobaczyliśmy. Przeszliśmy się jeszcze Rynkiem w Sopocie, zobaczyliśmy Krzywy Domek i zjedliśmy bardzo niesmacznego Sopockiego Kebaba (zdecydowanie nie polecam, małe to i niezbyt dobre – nie najesz się tym).

Wracaliśmy już trochę zmęczeni, zrobiliśmy nawet postój.

image-20171103_124543

Widoki i szum morza relaksujące, jod poprawiający nastrój zrobił swoje. Zaliczyliśmy też wschód…Księżyca 😉

SONY DSC

Cała wyprawa to około 6-7 godzin spaceru. Nogi trochę bolą, bo jednak ciągle idzie się plażą, gdzie miejscami piasek zachowuje się jak błoto pośniegowe. Ale naprawdę warto!

Sobota była dniem wyjazdu. Spakowaliśmy się, podziękowaliśmy naszej Gospodyni za gościnę i ruszyliśmy pożegnać się z morzem, które znów było spokojne i niewzruszone.

20171104_110603

Podróż do Warszawy upłynęła nam pod znakiem książek i snu. Mi szczególnie pod znakiem snu. W Warszawie drobne przeboje i trochę kasy w plecy… Powiem tylko tyle: zawsze sprawdzajcie skąd ma odjechać Wasz autokar 😉 Ale dotarliśmy szczęśliwie do Lublina i około 22:00 byliśmy w domu.

 

*parafraza wypowiedzi z filmu „Chłopaki nie płaczą”

Reklamy

1 komentarz

Filed under Szuflada.

One response to “Gdańsk – relacja.

  1. Grażka

    Byłam nad morzem jakiś czas temu, ten dokładny opis poruszył wspomnienia. Dziękuję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s