Beatka na majówce. Część 3 – jednak zostajemy.

Już myślałam, że nie napiszę tej notki… Im człowiek ma więcej wolnego czasu, tym mniej z niego korzysta – tak więc wakacje zawładnęły mną w pełni, ale walczyłam dzielnie i oto jest trzecia część Beatkowego urlopu.

Tak, jak pisałam na końcu poprzedniej części, zastanawialiśmy się, jakie działania podjąć w kolejnym dniu naszego pobytu w Zubrzycy Górnej. Postanowiliśmy jednak zostać dzień dłużej. K. opracował wstępnie trasę, miało to być spokojne wędrowanie po pobliskim lesie. Czy takie było? Zaraz się wszystkiego dowiecie.

Nawet drzewo nabijało się z mojej naiwności, a ja nie odczytałam sygnałów...

Nawet drzewo nabijało się z mojej naiwności, a ja nie odczytałam sygnałów…

Las był bardzo blisko naszego campingu, a od razu po wejściu na leśną drogę ujrzeliśmy pokaźnie „wieże strażnicze”. Zobaczcie sami:

SONY DSC

Wieeeeelkieee mrowisko (jedno z bardzo wielu).

Próbowałam zrobić zdjęcie mrówkom, ale poruszały się niesamowicie szybko. Miały dosłownie wydeptane ścieżki i były w nieustannym ruchu. Miały też pokaźne rozmiary.

W tym lesie dowiedzieliśmy się i zaobserwowaliśmy problem, z jakim borykają się górskie lasy. Spotkaliśmy pana, który zajmował się wywozem drewna i opowiedział nam o stopniowo pogarszającej się gospodarce wodnej tamtejszych lasów. Pokazywał nam miejsce, w którym jeszcze 5 lat temu płynął potoczek a teraz poza wgłębieniem w ziemi nie było po nim śladu.

Początkowo wędrówka faktycznie prowadziła po w miarę równym terenie. Trochę jak nasze Roztocze. Ale z czasem zaczęłam odczuwać coraz większe zmęczenie. Mój organizm wkładał dziwnie sporo wysiłku w każdy kolejny krok. Fakt, że poprzedniego dnia zaliczyliśmy Babią Górę (1725 m n.p.m.) dawał się moim mięśniom we znaki. Szybko okazało się, że niemalże od samego początku szliśmy cały czas trochę pod górę. W wyższych partiach ciężko było się odnieść do tego, na jakiej wysokości możemy być, bo weszliśmy w gęstą mgłę. Ale sama stromizna podejścia mi wystarczyła, by wypomnieć K., że miał to być zwykły spokojny spacer a nie kolejna wspinaczka.
Ciekawostka: przez większą część trasy w powietrzu unosił się zapach młodych ziemniaczków z koperkiem – nie wiemy skąd się unosił, dookoła było mnóstwo jagodowych krzaczków, ale kopru nie widziałam żadnego 😉

Gdzie ja jestem???

Mgła jak mleko…bez laktozy 😛

Idąc tak przez las napotkaliśmy grupkę mężczyzn, którzy także pracowali przy drewnie. Z nimi też nawiązaliśmy krótką pogawędkę. Jeden z górali nakazał K. dobrze mnie pilnować, coby mnie wilki nie porwały – do tej pory nie wiem czy żartował. Zapytał nas też jak się tam znaleźliśmy – zapomniałam dodać, że w między czasie K. znalazł na mapie ciekawsze przejście niż po szlaku – i podpowiedział nam którędy iść mniej więcej tak: „Idźcie tu w górę i cały czas prosto przez [tu podał jakąś odległość, która wydała nam się bardzo niewielka-nie pamiętam ile to było dokładnie], aż wyjdziecie na chatę. Taka mała, ładna. Siądziecie, odpoczniecie, zjecie, pokochacie się i pójdziecie dalej!”. Wszystko ładnie się rysowało, więc zachęceni ruszyliśmy stromą drogą leśną w górę. Było tak stromo, że miałam wrażenie, że jak się lekko pochylę to dotknę nosem ziemi… Oczywiście to wrażenie było spotęgowane zmęczeniem i złością, że nie byłam przygotowana na taką wyprawę. Miałam tak silny moment zwątpienia, że zaplanowałam, że siądę i zostanę tam na zawsze. Szłam, ha dobre, wlekłam się trochę z tyłu i gadałam sama do siebie – wierzcie mi, że nie wiedziałam, że znam tyle przekleństw…
Mieliśmy iść cały czas prosto, no i trafiliśmy na rozwidlenie – trochę w lewo jakaś taka bardziej wygnieciona droga, w prawo jakby zapomniana. Hm… Uznaliśmy, że prosto po góralsku oznacza w lewo. I poszliśmy. Zrobiliśmy długi, około 40 minutowy postój. Ja już zwątpiłam, że poszliśmy w dobre prosto i uznałam, że chaty raczej nie odwiedzimy. Aż tu nagle wychodzimy z lasu i jest!

Góral prawdę ci powie. Faktycznie chata daje wszystkie te możliwości, o których pan wspomniał. Z odpowiednim przygotowaniem można spokojnie spędzić tam noc – są drewniane leżanki, stół i ławki. Widoki przy odpowiednich warunkach muszą być nieziemskie.

Byliśmy już bardzo blisko szczytu Policy. Ja oczywiście nie zaprzyjaźniłam się z mapą i nie wiedziałam, że na jakiś konkretny szczyt się wspinam… Jakby wilki porwały K. a mnie jakimś cudem oszczędziły – może i nie cudem, kto z instynktem przetrwania czepia się wściekłej kobiety – to bym pewnie nie umiała nawet określić, gdzie mniej więcej jestem na tej mapie. Ostatnie podejście przywitało nas kikutami uschniętych drzew, powalonymi pniami i naroślami na martwych iglakach.

Sam szczyt nie robi jakiegoś powalającego wrażenia, teren jest tam obszerny. Ale powiem Wam, że mimo zmęczenia i irracjonalnej złości byłam z siebie zadowolona. Założyłam, że idę pospacerować po lesie, kilka godzin „na płasko” – a weszłam (przy nieocenionej pomocy K.) na szczyt o wysokości 1369 m n.p.m. To tylko 365 metrów mniej niż Diablak!

Polica związana jest z pewną tragedią. 2 kwietnia 1969 r. na stokach Policy rozbił się samolot PLL LOT. W katastrofie zginęli wszyscy obecni na pokładzie – 53 osoby, w tym znany językoznawca Zenon Klemensiewicz. Zdarzenie to upamiętnia krzyż ze stosownym napisem. Przyczyną katastrofy najprawdopodobniej był błąd nawigacji spowodowany brakiem odpowiedniego wyposażenia lotniska w Krakowie. (Źródło: Wikipedia)

SONY DSC

Na krzyżu umieszczono dodatkową tabliczkę wykonaną z resztek poszycia samolotu z informacją o oddziale partyzanckim działającym w tym rejonie. (Źródło: Wikipedia)

Pomnik na Policy

W 2009 r. na szczycie umieszczono pomnik poświęcony ofiarom katastrofy. Uroczystość odsłonięcia odbyła się 20 sierpnia 2009 r. (Źródło: Wikipedia)

Schodząc ze szczytu mijaliśmy wiele powalonych drzew – widok naprawdę bardzo przykry i uświadamiający jak krucha jest przyroda.

SONY DSC

Drzewa powywracane z powodu suszy i silnych wiatrów.

Zejście było szybkie i trochę strome. Słońce przeciskające się pomiędzy koronami drzew przygrzewało, w cieniu robiło się dosyć chłodno. Napotkaliśmy też na tropy różnych zwierząt – były i kopytka i łapki. Była też Wielka Łapa…

SONY DSC

Wielka Łapa!

SONY DSC

Nie wiem czyj to odcisk stopy, ale też całkiem spory.

SONY DSC

Raciczka

 

Na pole namiotowe udało nam się wrócić przed zmrokiem. Z daleka widzieliśmy Babią Górę ukrytą we mgle i cieszyliśmy się, że nam udało się na nią wejść przy przejrzystym powietrzu. Dla nas Diablak był łaskawy i uprzejmy.

SONY DSC

Babia Góra w chmurze – podobno cały dzień się pod nią kryła.

Prysznic, kolacja i poszliśmy spać. Następnego dnia rano zaczęliśmy się pakować i ruszyliśmy w bardzo długą drogę powrotną – zajęła nam więcej czasu niż przyjazd. Już niedaleko Zamościa okazało się, że część dróg jest zamkniętych ze względu na jakieś wyścigi rowerowe i kręciliśmy się po bocznych drogach nie wiedząc jaka jest trasa przejazdu tych zawodów. Wróciliśmy zadowoleni i wbrew pozorom wypoczęci.

 

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s