Beatka na Roztoczu.

IMG_20180817_100419

Z okazji możliwości przedłużenia weekendu, 15 sierpnia ruszyliśmy z namiotem i rowerami na Roztocze.

Przechwytywanie

Niełatwe było to pakowanie…

Nocleg zarezerwowaliśmy na polu namiotowym przy Karczmie nad Szumem w Górecku Kościelnym. Z kilku miejsc, do których dzwoniłam, tu było bardzo korzystnie cenowo – zapłaciliśmy po 10 złotych za osobodobę. Tym razem zacznę od miejsca noclegu, później opiszę Wam nasze trasy (do tego potrzebuję konsultacji z Kapitanem wycieczki :-P).

Sama Karczma oferuje całkiem dobre jedzenie, ciepłe napoje, alkohol i niezbyt ogarniętą obsługę. Co prawda byłam w środku tylko kilka razy w czasie naszego czterodniowego pobytu, ale za każdym razem czegoś ktoś nie ogarniał. Raz poszłam po kawę i wróciłam po 25 minutach – ekspres się zapchał, pani próbowała go reanimować, znikała co chwilę na zapleczu aż w końcu przyszła i zapytała, czy może mi kawę zaparzyć w kubku albo podać rozpuszczalną… Odechciało mi się tej kawy całkiem, ale szkoda mi było te 4 zł wydać tylko na czekanie.

Do dyspozycji jest łazienka: dwa pomieszczenia z prysznicami i dwie toalety. Nie wiem czy sprzątane, trudno stwierdzić. Raczej rzadko. Ale nie było tak źle, aby nie dało się skorzystać. Woda gorąca, półeczka, lustro. Można było się doprowadzić do ładu. W pomieszczeniach z prysznicami gniazdka, więc nawet suszarkę można sobie odpalić, o ile ktoś pomyśli o zabraniu jej pod namiot.

Pole znajduje się za Karczmą, stoi tam też kilka domków, które również można wynająć. Plac dostępny do rozstawienia namiotu jest całkiem spory, można wybrać dowolne miejsce i zaparkować przy namiocie. No i tu trzeba uważać. My oczywiście wybraliśmy miejsce odległe od Karczmy i niechcianych przechodniów (przez pole prowadziła ścieżka do Kapliczki na wodzie). Ale po pierwszej nocy wzięliśmy cały namiot pod pachy i przenieśliśmy dalej.

IMG_20180815_134605

Miejsce, które najpierw wybraliśmy było osłonięte przed słońcem przez większą część dnia, nam szczególnie zależało na poranku – chcieliśmy się wysypiać po wysiłku na rowerach. Wszystko fajnie, ale już wieczorem podczas kolacji wyczuliśmy coś niepokojącego… Śmietnik! Tak, stał niedaleko, ale też nieblisko. Natomiast myty na pewno nie był nigdy. Najlepsze jest to, że śmierdział „dorywczo”. Czasami się koło niego przechodziło i nic, zupełnie nic. Czuć było wszędzie lasem. Innym razem z daleka było czuć…no śmietnikiem. Natomiast przy namiocie pojawiały się znikąd takie prądy smrodu. Czasami też jakimś szambem zaleciało, ale to tak jakby od rzeki, która płynęła w lesie poniżej.

W związku z tym, że nieprzyjemnie jadło nam się kolację przy napływających co jakiś czas aromatach, postanowiliśmy namiot przestawić. Przenieśliśmy go w miejsce też pod drzewami, przy płocie, który widać na powyższym zdjęciu. Tam już było lepiej. Jedynie po deszczu czasami szambowy zapach gdzieś się na chwilę pojawiał i znikał.

Nasz namiot był przez środę i czwartek jedynym na polu, w piątek dojechały cztery osoby, które się rozbiły obok nas.

Już pierwszego dnia wybraliśmy się na przejażdżkę – rozgrzewkę. Właściwie prawie od roku oboje nie mieliśmy okazji albo możliwości do korzystania z roweru. Zrobiliśmy tylko 27 kilometrów, ale tyłek zdążył mnie rozboleć.

Ogólnie większość szlaków rowerowych swój początek ma w Józefowie. Nasze wyprawy głównie tam się zaczynały, więc najpierw jakieś 10 km z Górecka do Józefowa, większość lasem, a później dopiero na konkretny szlak.

W środę (pierwszy dzień) pojechaliśmy do Józefowa asfaltówką – od kościoła w Górecku Kościelnym w prawo – czego nie polecamy. Jest to droga, gdzie ruch pojazdów jest na tyle zagęszczony, by być trochę upierdliwym dla rowerzysty. Przejechaliśmy się trochę po Józefowie, objechaliśmy kamieniołomy i wróciliśmy do namiotu.

Dzień drugi, czyli czwartek, był dla mnie dniem próby. Zrobiliśmy 70 km. Zapomniałam utrwalić ten wynik na zdjęciu. To poniżej zrobiłam przy Biedronce w Józefowie (a wspominałam już, że mieliśmy około 10 km na trasie namiot-Józefów).

IMG_20180816_190416

Przejechaliśmy najpierw właśnie do Józefowa, ale już przez las – od kościoła jest to droga na wprost do lasu szlakiem zielonym. Z Józefowa wyprawę kontynuowaliśmy szlakiem zielonym. Część tego szlaku to droga, która obecnie jest zamknięta ze względu na położoną nową nawierzchnię. Cudo! Tylko my, niemalże idealny asfalt i co najpiękniejsze… Z GÓRKI bardzo duży odcinek. Tym fragmentem jechaliśmy ogólnie dwa razy i spotkaliśmy tam w sumie siedem osób.

IMG_20180816_132202

Zamknięta droga…ale nie dla nas! 🙂

Nie wiem nawet kiedy zaczęło mnie wszystko boleć (później K. powiedział mi, że to było w okolicy 25 kilometra o ile dobrze pamiętam). Nie miałam siły jechać, byłam wściekła, zmęczona i miałam ochotę rzucić rowerem. Serio, wyobrażałam sobie jak się zatrzymuję i resztkami sił biorę rower w ręce i zza głowy wykonuję rzut rowerem w dal, albo w K., który to obrał taką trasę. Na szczęście trzymałam się wtedy w pewnej odległości od niego, a właściwie to wlekłam się potwornie na tyłach, więc nic mu nie groziło. Poza tym byliśmy w środku lasu, nie miałabym co ze sobą tam zrobić… Zastanawiałam się po co ja to sobie robię, dlaczego w ogóle przyszło mi to do głowy – przecież już raz tak cierpiałam, albo i bardziej (możecie sobie TU o tym przypomnieć). Ogólnie robiłam sobie niesamowite pranie mózgu. Warknęłam nawet do K. coś w stylu „Jutro sam sobie jedź! Ja będę pilnować namiotu.”. Przekonywałam sama siebie „Jutro nigdzie nie jedź! Zapamiętaj sobie te słowa, bo na pewno po nocy będziesz czuła się lepiej, może nawet jeszcze nie będzie za bardzo bolało. Jak się będziesz czuła dobrze to pojedziesz i uznasz, że głupio sobie myślałaś. A potem będzie to samo, zobaczysz!”. I tak jechałam powolutku prowadząc chory dialog wewnętrzny i przekonując samą siebie, że ktoś ucierpi za te moje udręki. Po którymś postoju z kolei chyba dostarczyłam sobie odpowiednią ilość słodyczy, bo wszystko minęło. To znaczy bolały mnie trochę kolana, kark i tyłek, ale było to na tyle znośne, że przestałam zwracać na to uwagę. Ale myślę, że miałam za sobą najgorsze 5 lub 10 kilometrów z całego wyjazdu. Jak to K. później określił „po 20 kilometrach stwierdziłam, że nigdzie nie jadę po czym przejechałam jeszcze 50, chyba  na złość… złości”.  Zdjęć prawie nie robiłam – najpierw uznałam, że nie chcę takich pamiątek, później już za bardzo przejęłam się samą jazdą.

Zielonym szlakiem dotarliśmy do Suśca. Chwilę wcześniej posiedzieliśmy chwilę nad Szumami na Tanwi.

Z Suśca ruszyliśmy szlakiem czerwonym do Oseredka, tam skręciliśmy w prawo ku Rezerwatowi Nowiny. I cały czas czerwonym szlakiem, aż dotarliśmy do Józefowa, gdzie wstąpiliśmy na zakupy do Biedronki. Oczekując na K. dojrzałam, że mam dodatkowe obciążenie w rowerze.

IMG_20180816_192033

Pani Szyszka Obieżyświat.

Kupiliśmy grilla jednorazowego, mięcho i worek bułek. Jechaliśmy jak cyrk obwoźny – K. z wypchaną grillem i mięsem materiałową siatką przy kierownicy, w której pourywały się po jednej stronie uszy (siatce się pourywały, nie kierownicy) i ja – z wypchanym plecaczkiem, do którego przywiązałam worek z bułkami – majtały się na lewo i prawo. Śmialiśmy się z siebie wzajemnie. Było warto, pyszne było wszystko nawet jak się trochę oprószyło piachem, a nawet następnego dnia na śniadanie już na zimno (mimo, że zgrzytało jakoś bardziej niż w nocy).

Noc upłynęła całkiem spokojnie, nawet wygodnie i dość długo. Wyspaliśmy się, podłoże było równe, a wokół cisza no i słońce nie grzało.

Poranek nie był całkiem porankiem, bo trochę pospaliśmy, zjedliśmy śniadanie, a ja stworzyłam arcydzieło modowej sztuki – spodenki rowerowe a’la Żelka. Nie wspomniałam o tym, ale poza wielkim kryzysem, jaki mnie dopadł dzień wcześniej miałam też problem z udem, które mi się obtarło od siodełka – dlaczego jedno, tego nie wiem, ale jeździłam przez pół dnia z zawiązaną na nodze apaszką. Musiałam więc założyć jakieś dłuższe spodenki, a takich nie miałam i sobie musiałam zrobić.

Jak już jechałam i z uśmiechem przypominałam sobie swoje myśli, to stwierdziłam, że czasami musi boleć. Po prostu czasami musi boleć choćby po to, byś mógł poczuć, że żyjesz. Ale w tym stwierdzeniu słowo czasami miało dużą moc i strategiczne znaczenie. Po czwartkowej wyprawie czułam całkiem naprawdę, że żyję i podjęłam decyzję, że w najbliższym czasie żaden ból nie musi mi już o tym przypominać. W związku z powyższym wzięłam przed wyjazdem tabletkę Ibupromu Max! Słuchajcie, co to była za przyjemna wycieczka!!! 50 kilometrów? A co to dla mnie?! Nawet tyłek mnie prawie nie bolał. Lekomanka, powiecie. A właśnie, że nie! Rzadko biorę leki przeciwbólowe, więc sobie mogę pozwolić na wycieczki z małym dopingiem 😉

Piątek był dniem wyprawy do Zwierzyńca. I tu swoisty „start” był w Górecku Kościelnym, więc nie ruszaliśmy spod strategicznego punktu przy Kościele tylko od razu w kierunku Górecka Starego szlakiem żółtym / Green Velo. Po drodze pogłasialiśmy koniki, w Zwierzyńcu posiedzieliśmy chwilę nad Stawami Echo, zjedliśmy „obiad” i uciekliśmy przed burzą.

IMG_20180817_133908

Trasa na tym szlaku jest bardzo przyjemna i łatwa. Było tam dużo ludzi pieszo i na rowerach, wyprawy całymi rodzinami. Spokojnie można zabrać tam dziecko, poradzi sobie na pewno.

Ze Zwierzyńca ruszyliśmy w kierunku Obroczy szlakiem niebieskim. Następnie Guciów, Bondyrz, Kaczórki, Hutki, tu skręciliśmy na szlak zielony. Przejechaliśmy przez Malewszczyznę, Hucisko, Senderki i niebiesko-zielonym szlakiem do skrzyżowania, gdzie szlaki się rozchodzą, a w lewo prowadzi już chyba tylko zielony – nim pojechaliśmy  – chyba, ponieważ w tej chwili nie pamiętam czy był tam szlak, a oznaczenie na mapie nie jest jednoznaczne. Dotarliśmy do Górecka Starego i wróciliśmy do Górecka Kościelnego.

W sobotę miał być już taki krótszy wypad (wyszło 49 km). Ruszyliśmy tą samą drogą, co dnia drugiego (czwartek), czyli do Józefowa i cały czas zielonym szlakiem, także drogą, która oficjalnie jest zamknięta. Tą drogą dotarliśmy do skrzyżowania, gdzie szlak się rozdziela na dwie strony, tym razem pojechaliśmy w lewo. Trasa prowadzi do Czartowego Pola. Tam trochę odpoczęliśmy, zjedliśmy coś i ruszyliśmy dalej.

IMG_20180818_152716

Postój na Czartowym Polu.

Dalsza droga to także szlak zielony (niemalże równoległy do torów kolejowych) w kierunku Nowin, stąd już przez las. Trasa bardzo fajna, w dużej części mało uczęszczana, a na pewnym odcinku praktycznie wcale. Oczywiście trafił nam się taki odcinek, gdzie po prostu przedzieraliśmy się przez chaszcze. Gdybym wiedziała wcześniej jak to wygląda, to za żadne pieniądze bym tam nie polazła. Nogi całe poparzone pokrzywami, podrapane jeżynami a o pajęczynach to już nie będę wspominać w ogóle…

IMG_20180818_163821

Taka mała niebieska plamka to K.

Za tymi krzakami wyłoniła się już cywilizacja. Od tej pory do samego Józefowa jechaliśmy już ścieżką rowerową przy ulicy.

Wypad naprawdę nam się udał, mimo kilku niedogodności. Mieliśmy lekkie zakwasy, ale o wiele lżejsze niż te, których się spodziewaliśmy. Ogólnie polecam trasy, które my przejechaliśmy – no może z pominięciem tych krzaków (z Czartowego Pola wystarczy po prostu jechać asfaltem w stronę Hamerni). Pokonałam wiele swoich lęków i słabości, między innymi: przedarłam się przez krzaki pełne robali, pokrzyw, jeżyn, które jak złapały to nie chciały puścić ale także pajęczaków – nie wykluczone, że i kleszczy (na szczęście żadnego nie przywieźliśmy), uskuteczniałam też zjazdy ze stromych pagórków (pierwszego dnia rower sprowadzałam, ostatniego zdarzało mi się już nawet nie korzystać z hamulca).

Wiele szlaków, którymi jechaliśmy pokrywało się ze szlakami Green Velo, które polecam szczególnie osobom, którym nie chce się jeździć po dłuższych odcinkach piachu, kamieni, czy przez krzaczki. Trasy oznaczone znaczkiem Green Velo są świetnym rozwiązaniem dla rowerzystów chcących się zrelaksować w sposób aktywny, dla rodzin z dziećmi i wszystkich chętnych do przejażdżek rowerowych. Na Roztoczu szlaki te ciągną się kilometrami i aż żal ich nie wypróbować, więc polecam tym bardziej!

 

Jeszcze taka ciekawostka dotycząca pogody. Codziennie padło. Ale ani razu nie zmokliśmy. Mieliśmy wielkie szczęście. Prawie cały czas, gdy byliśmy w trasie, dookoła grzmiało, nawet błyskało i widać było, że gdzieś tam pada. Wiele razy wjeżdżaliśmy do jakiejś miejscowości i nagle kałuże i chłód. Ciągle gdzieś nas omijał ten deszcz. Jak wracaliśmy do namiotu to też praktycznie za każdym razem było bezpośrednio po deszczu. Jedynie w sobotę przed samym wyjazdem udało się tak, że spadło tylko kilka kropel jak już składaliśmy namiot, a nasi „sąsiedzi” zmokli wtedy na szlaku.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Roztocze, Szuflada.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s