Samotna podróż do ziemi ukochanej, czyli o tym, jak przestać w siebie wątpić i zacząć żyć. Część 1.

Bez zbędnych wstępów i wyjaśnień. Chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o swojej pierwszej w życiu, wymarzonej samotnej podróży. „Samotnej” to słowo klucz, które do mnie nie przemawia, ale określenie „w pojedynkę” odbiera całości ten wyniosły ton. Pozostanie, więc „Samotna”, ale umówmy się, że rozumiana jako: ja we własnej osobie (no i owca Beatka).

Będąc na pierwszych latach studiów, przy okazji odwiedzin u koleżanki, odbyłam rozmowę z jej ówczesnym współlokatorem. Opowiedział mi jak to wybrał się w Bieszczady, sam. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, ale i wywołało totalne zdziwienie. Czy to nie jest brawura? Czy to nie jest głupota? Najlepsze było to, że wędrował, tak jak pojechał, czyli też sam. I skręcił kostkę na szlaku. I wtedy już całkiem urósł w moich oczach do rangi bohatera. Nie był to turysta rodem z bryczki z Morskiego Oka, tylko chłopak, który góry kocha i szanuje i wie jak się przed nimi kłaniać. No i wypadek zdarzył się i jemu. Miał kawał drogi przed sobą, ale oczywiście jakoś dał radę z tą skręconą kostką. Kiedy usłyszałam całą tą historię, początkowo nie wiedziałam, czy mam zacząć o nim myśleć jak o wariacie, czy pogratulować mu odwagi. Oczywiście nie przyznałam się do tych mniej uprzejmych uwag.

On do tej pory nie wie, że opowiadałam jego historię jeszcze przez kilka lat znajomym. O, niby nic, taki tam wypad w Bieszczady latem. Wydaje mi się, że wykorzystałam ,bez zgody autora, historię Radka do wybadania postaw opinii społecznej wobec samotnych wyjazdów w góry… Tak, rozgorzało we mnie marzenie takiego wyjazdu. Ale! Gdzie tam, ja, kobieta. Zginę tam, zgubię się, zjedzą mnie wilki albo wiewiórki, urwie mi nogę, odwodnię się, lub dostanę zapalenia pęcherza, bo nie będzie miał kto stać na czatach, żebym mogła się wysikać.

I tak sobie przez lata spało to moje marzenie, a ja praktycznie każdego roku zaliczałam z kimś kolejne (lub ponownie te same) górskie szlaki. Jeśli czytaliście jakieś wcześniejsze moje relacje, to wiecie, że moim miejscem na ziemi jest Szczawnica. Zapoznałyśmy się jakieś 13 lat temu. Od tego czasu byłam tam 7 lub 8 razy. I na pewno wrócę tam jeszcze nie jeden raz.

Początek roku 2019 mogę scharakteryzować krótko – „byle dotrwać do końca”. Wydaje mi się, że to był jeden z najgorszych styczniów w moim dotychczasowym życiu. Dużo stresu, przeciągająca się infekcja i wiele niewiadomych na horyzoncie. W końcu połowa lutego przyniosła czas urlopu „przymusowego”, ale i wyczekiwanego – ferie zimowe. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, wiedziałam, że wolny czas zmarnuję, bo nie miałam zbyt wielu możliwości, a chęci było jeszcze mniej.

Pierwszy weekend to był czas odsypiania i zupełnego „nicmisięniechciejstawa-i-nicnierobieństwa”. W poniedziałek zaczęłam odczuwać wyrzuty sumienia, no bo jak to?! Wolne, a ja będę leżeć do góry brzuchem? Zaobserwowałam, że jak mi źle w życiu w danym momencie, to nie obejrzę żadnego filmu z zainteresowaniem od deski do deski, nie jestem też w stanie przeczytać więcej niż 3 strony książki. To pogarsza stan samokrytyki wobec potwornego lenistwa i marnotrawienia cennych minut życia.

Długo jednak nie wytrzymałam. W poniedziałkowy wieczór skontaktowałam się z przyjaciółmi ze Szczawnicy, u których zawsze wynajmuję pokój, kiedy tam jestem. Następnego dnia miałam już kupione bilety w obie strony. Miałam wyjeżdżać w czwartek, ale już od poniedziałkowej nocy śniły mi się koszmary o tym, jak gubię się na szlaku, słońce zachodzi, przykrywając jednocześnie cały świat tak gęstą mgłą, że nie widzisz własnych kolan. Na szczęście nie zdążyłam w żadnym z tych snów zamarznąć, spaść w przepaść, czy zostać pożartą przez Yeti, ale do tej pory czuję lekki dreszczyk jak sobie te sny przypominam.

W czwartek rano K. podrzucił mnie na PKS w Lublinie, skąd miałam już bezpośredni autobus do Szczawnicy. Odjazd o 8:25. Przede mną miało być około 9 godzin jazdy. Ruszyliśmy zgodnie z planem, ale ten plan szybko się posypał, bo już na najbliższym przystanku MPK. Przez około 20 minut kierowca gasił i uruchamiał silnik na przemian. Wśród pasażerów coraz większe poruszenie, nikt nie wie co się właściwie dzieje. W końcu kierowca wstał i ogłosił, że za pół godziny podstawią nam drugi autokar… Wpadłam w lekką panikę. Toż to na pewno jakiś zły znak!!! Ale ja, jak to ja. Szybko się wszystkim nudzę, więc i panikowanie znudziło mi się po kilku minutach… Zebrałam manatki i wraz z towarzyszami niedoli opuściłam ten niezbyt czysty i na pewno nie pachnący różami, ale za to w miarę ciepły pojazd. Kiedy ujrzałam, co nam podstawili, zachciało mi się płakać. Kiedy weszłam do środka, gorzko zapłakałam w duchu. A już na pewno szlochały moje wnętrzności, które czując unoszący się w autobusie aromat wielodniowego kaca, zaczęły podejmować próby ucieczki. I tak to rozpoczęła się moja podróż w znane-nieznane z godzinnym opóźnieniem.

Muszę Wam powiedzieć, że kiedy człowiek jeździ zawsze z kimś, zupełnie inaczej na wszystko patrzy. Podróż zwykle mija dosyć szybko, trochę się śpi, trochę rozmawia. Ja już wcześniej jeździłam sama w dalsze trasy (np. do Krakowa), ale zawsze gdzieś tam, ktoś na mnie czekał. Pierwszy raz pojechałam sama ze sobą – do siebie samej w pewnym sensie – bo okazała się to być podróż poniekąd do wnętrza mojej głowy. Jednak całą drogę miałam wrażenie, że jadę do kogoś.

Do Szczawnicy dotarliśmy jeszcze przed 18:00, nawet nie było całkiem ciemno. Pogoda nie była szałowa, ale widoczność była na wysokim poziomie, co umożliwiło mi mentalne przywitanie się ze szczawnickimi wzgórzami.

Szybko się rozpakowałam i ruszyłam po podstawowe zakupy. Oczywiście wybrałam okrężną drogę w celu przywitania się z potokiem Grajcarkiem. Zapoczątkowałam tak cowieczorny spacer wzdłuż jego brzegu.

IMG_20190218_175657.jpg

Pierwszy dzień na szlaku.

Piątek rozpoczęłam w miarę rano, bo miałam obawy, że mój sen się ziści i złapie mnie noc na szlaku. Plan miałam taki, że pojadę do Krościenka nad Dunajcem i spróbuję wejść na Sokolicę, ale jak wyszłam z domu to jakoś tak poszłam w stronę Słowacji… Ruszyłam w kierunku Czerwonego Klasztoru. Byłam tam już kiedyś, cała trasa drogą wzdłuż Dunajca, w miarę bezpiecznie i nie ma możliwości aby się zgubić. Plan był taki, że idę, robię zdjęcie na miejscu i wracam. O samej Trasie Pienińskiej można tutaj przeczytać kilka słów.

Wędrówkę rozpoczęłam około 8:30. Żadnych ludzi, cisza, spokój, szum wody. Napykałam sobie kilka portretów z ręki w różnych pozycjach. Kiedy robiłam sobie zdjęcie z durną minął, wyciągniętą ręką nieudolnie wskazującą na drogowskaz, o godzinie 10:47 spotkałam pierwszych ludzi na szlaku! I to grupkę kilku osób, mówiących w jakimś obcym języku – miałam wrażenie, że to była mutacja angielskiego z niemieckim. Dziesięć minut później spotkałam jeszcze polską parę, a potem już do samego Klasztoru nikogo.

IMG_20190215_102702.jpg

Chmury szybko płynęły na niewielkich wysokościach.

Okazało się, że trasa nie jest tak na 100% bezpieczna, bo po drodze napotykałam na wiele osuniętych kamieni i pozostałość po małej lawince śnieżnej.

IMG_20190215_093044.jpg

Śnieg, który „spłyną” ze stromego zbocza.

IMG_20190215_092740.jpg

Kamienie, które spadły ze skalnej ściany.

O 11:18 nagrałam notatkę głosową – „zobaczyłam Czerwony Klasztor, ale jeszcze tam nie idę. Siadłam sobie na ławeczce, gdzie widzę Trzy Korony, które co chwilę chowają się w chmurze. Jest pięknie.” a w tle słychać szum Dunajca.

IMG_20190215_112209.jpg

Kanapka z parówką na ławeczce nieopodal Czerwonego Klasztoru.

IMG_20190215_114033.jpg

No i Czerwony Klasztor, żeby nie było, że jednak nie dotarłam.

Po ponad dwóch i pół godzinach marszu lekko oblodzoną, ale jednak trochę nudnawą trasą, podjęłam decyzję, że nie wrócę tak, jak przyszłam. Rozłożyłam mapę i spróbowałam odtworzyć trasę sprzed kilku lat (wtedy byliśmy we troje i zastała nas noc – jest co wspominać…). Obawiałam się trochę, ponieważ ja i mapa to raczej trudne połączenie. Zawsze, kiedy K. na szlakach pokazywał mi gdzie jesteśmy, to dla mnie było zupełnie nie zrozumiałe, skąd on wie po tych liniach, że to akurat tu… Zwykle jednak kiwałam ze zrozumieniem głową i robiłam mądrą minę. Nie powiem, strach mnie trochę obleciał, że zgubię się gdzieś w lesie, ale skoro odważyłam się sama przyjechać, to muszę się odważyć sama wejść na prawdziwy szlak (czyt. taki ze skrzyżowaniami, a nie, że prosta droga pomiędzy skalistą ścianą a rzeką…). Przeanalizowałam mapę, poobracałam ją kilka razy w rękach, udając przez pierwsze trzy minuty sama przed sobą,  że wiem, co robię.

IMG_20190215_114938.jpg

Włóczykij byłby dumny…

W końcu, po dłuższych medytacjach wszystko wydawało mi się jasne i już wiedziałam, jak iść. Ruszyłam z zapałem i tylko z lekkim cieniem lęku. „Lesie, nadciągam!”. No i wlazłam do tego lasu i od razu nie mogłam znaleźć szlaku… Drogowskaz wskazywał, że 30 m, ale skąd ja mam niby wiedzieć, że ten zakręt to jest 30 metrów ode mnie, czy mam iść dalej, więc ruszyłam pierwszym w lewo i zapociłam się niemiłosiernie podczas wspinaczki od razu ostro w górę w poszukiwaniu oznakowania. Szlak miał być czerwono-niebieski, później miał się rozdzielić, a później miał od niebieskiego odchodzić żółty – jakoś tak wynikało z mojej analizy. Ale ja zgubiłam już ten pierwszy! Na szczęście zaraz za mną wgramoliła się na górę grupka młodych ludzi – nie tylko ja nie wiem ile to 30 metrów. Na moje szczęście wysłali kogoś na zwiady i okazało się, że za TYM zakrętem w lewo, był następny z pięknym, wyraźnym oznakowaniem.

Najpierw szłam bardzo powoli, bo jakoś nie miałam ochoty na towarzystwo. Zatrzymywałam się co kilka kroków i już zaczynało mnie to wkurzać. Jak się okazało, firmowe buty, kurtki, kijki i termoaktywne ciuchy trekingowe, nie dodają energii, ani nawet za człowieka nie idą! Wyobrażacie sobie? Ja w około 10-cio letnich butach trekingowych z wytartymi już podeszwami, kurtce i spodniach narciarskich, które też już nieraz ze mną maszerowały, w kilku podkoszulkach i bluzie, parłam do przodu jak burza. Czułam, że mam za dużo energii, żeby się za nimi wlec, ale ciężko wyprzedzić sześć, rozwleczonych na kilkudziesięciu metrach, zziajanych ludzi, kiedy idzie się ciągle pod górę.

Na szczęście na pierwszej lepszej ławeczce zrobili postój i tyle ich widziałam. Szlak całkiem łatwy do przejścia, choć w miejscach odsłoniętych, śniegu było jeszcze sporo, miejscami wpadałam po pachwinę. Był to obciążający kawałek drogi, szczególnie kolana dawały sygnały, że mają dość.

IMG_20190215_124344.jpg

Ośnieżony szlak.

IMG_20190215_123708.jpg

Piękne widoki po drodze.

W pewnym momencie natknęłam się na drogowskaz, że do Szczawnicy jeszcze 9 km. Rozłożyłam mapę, żeby zobaczyć, gdzie mogę być i kiedy mam odbić na ten żółty szlak. Dobre duchy lasu chyba mi podsunęły ten pomysł, bo się okazało, że ja w ogóle na tej mapie pomyliłam szlaki rowerowe z pieszymi i raz patrzyłam na jedną trasę, raz na drugą i skleiłam sobie jakiś nieistniejący szlak… To odkrycie tak mnie zaskoczyło, że aż na głos powiedziałam przeciągłe „Oooooo…”, po czym szybko się rozejrzałam, czy nikt mnie nie widzi. Nie wiem co się stało z tamtą grupką, ale nie słyszałam ich ani już później nie widziałam, być może poszli czerwonym szlakiem głębiej na Słowację, nie wiem. W każdym razie ja, już pewna, że wiem gdzie idę i jak idę, byłam jedynym człekokształtnym stworzeniem poruszającym się tamtędy w tym czasie. Mimo wszystko, taki obrót sprawy mnie zachwycił, chyba potrzebowałam pobyć sama, bo było mi bardzo dobrze. Co jakiś czas zatrzymywałam się i słuchałam odgłosów natury, tylko niektóre mnie niepokoiły, ale to była bardziej moja wyobraźnia.

Po dłuższym czasie wyszłam z lasu i zobaczyłam cywilizację. Dałam radę! Pokonałam szlak sama posługując się mapą. To było coś!

IMG_20190215_133546.jpg

W dolinie widoczna jest Leśnica (na Słowacji).

Odkąd weszłam na Trasę Pienińską, byłam już na terenie zasięgu słowackiego, więc nie miałam dostępu do internetu. Taki kilkugodzinny detoks sprawia, że człowiek trochę zaczyna ze sobą w głowie rozmawiać, pewne rzeczy odkrywa. Z Leśnicy do Szczawnicy miałam jeszcze kawałek, ale to już była trasa ulicą.

IMG_20190215_140716.jpg

Już wiem, skąd wzięła się „herbata z prądem”.

A cała trasa, jaką pokonałam tego dnia wyglądała mniej więcej, lub nawet tak jak ta, którą wyznaczyłam na mapie.

Zaznaczenie_003

Następny dzień spędziłam w dużej mierze na kąpielach słonecznych, ale to w kolejnej części.

 

Reklamy

2 Komentarze

Filed under Szuflada.

2 responses to “Samotna podróż do ziemi ukochanej, czyli o tym, jak przestać w siebie wątpić i zacząć żyć. Część 1.

  1. Dorota

    No, no, no, ale talent epicki😊

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s