Samotna podróż do ziemi ukochanej, czyli o tym, jak przestać w siebie wątpić i zacząć żyć. Część 2.

Jak sobie człowiek coś zaplanuje, to sami wiecie jak to bywa…

W związku z tym, że chciałam odpocząć, nie wstałam w sobotę zbyt wcześnie, a co za tym idzie, nie zaplanowałam jakiejś wymagającej i odległej trasy. Mój plan obejmował przejście od strony Schroniska Orlica na Palenicę. Pogoda przepiękna, słońce świeciło jak w środku lata, temperatura jeszcze rano całkiem zimowa – poniżej zera. Powietrze przejrzyste, widoki niesamowite. Ruszyłam z zapałem. Najpierw chwilka na tarasie widokowym przy schronisku.

IMG_20190218_175530.jpg

Po kilku głębszych wdechach górskiego, niestety lekko zatrutego smogiem, powietrza ruszyłam w las. Słychać było jak za sprawą promieni słonecznych kapie to, co zamarzło na gałęziach drzew. I niestety okazało się, że to, co kapało z góry z powodu ciepła, na dole zamarzało z powodu zimna bijącego z zamarzniętej ziemi. Efekt był taki, że wszystko wyglądało jak polane cienką warstwą lukru i sami się domyślacie, że było praktycznie nie do przejścia. Podjęłam małą próbę, weszłam po pierwszych schodkach szlaku i od razu pożałowałam… Nie miałam kijków, które choć trochę pomogłyby mi w zejściu, nawet na tyłku się nie dało. Przytulając się do kolejnych drzew i licząc na siłę ich gałęzi zsuwałam się w dół.

IMG_20190216_101112.jpg

Fragment szlaku – za mną były schodki.

Na zdjęciu tego nie widać, ale nawet śnieg pokryty był śliską i twardą warstwą lodu. Pozostało mi podjąć decyzję o odwrocie. Przykro mi było, ale z drugiej strony byłam z siebie dumna, że umiałam mądrze postąpić, ha, ha, ha.

Zeszłam do Orlicy i stanęłam przed pytaniem: „Cóż począć z tak pięknie rozpoczętym dniem?”. Było już za późno, żeby iść na jakiś dalszy szlak, poza tym byłam prawie pewna, że większość jest tak oblodzona, jak ten na zdjęciu powyżej. Postanowiłam więc poświęcić czas na shopping i może bierny odpoczynek. No i ruszyłam eksplorować zakątki Szczawnicy.

Zrobiłam sobie drobne zakupy pamiątkowe, oczywiście pantofle góralskie. W końcu, po tylu wędrówkach, zebrałam się w sobie i zakupiłam kijki trekingowe! I mam! I okazało się, że jestem zachwycona tym, jak ułatwiają marsz. Początkowo nie wiedziałam, czy się dogadamy, jak to się z tym chodzi i w ogóle. Okazało się, że zasada ich użytkowania jest bardzo intuicyjna i praktycznie od razu się polubiliśmy.

Bierny wypoczynek okazał się aktywnym, bo nawet po samej Szczawnicy udało mi się chodzić przez 4 godziny…

Ponieważ przygotowana byłam na szlak, miałam na sobie spodnie narciarskie i kilka warstw ubrań. Górę łatwo było zdejmować, gorzej ze spodniami, nie miałam ochoty od razu wchodzić do jakiejś knajpki tylko po to, by zmienić galoty. Pod spodniami miałam getry, całkiem wyjściowe (pod względem turystycznym), więc gdy już poczułam, że jak zaraz się nie rozbiorę, to po prostu umrę – usiadłam na pierwszej lepszej ławce i zaczęłam je zdejmować. Och… jaka to była ulga! Było co najmniej 10 stopni na plusie, a ja szłam w słońcu w tych spodniach (czarnych na dodatek). Wzbudziłam zainteresowanie kilku osób, ale gdy zobaczyły, że nie zaświecę żadną golizną, przestałam być interesującym obiektem obserwacji.

Po tych męczących spacerach osiadłam na ławeczce na terenie Hotelu Budowlani – jest to hotel ze spa, stojący w wyższych partiach terenu Szczawnicy. Widok bardzo przyjemny, a taras widokowy wystawiony wspaniale do słońca. Zażywałam tam kąpieli słonecznych prawie 2 godziny, a pewnie trwałoby to dłużej, gdyby nie fakt, że zrobiłam się głodna, a zapasy z plecaka już wyjadłam.

Ruszyłam więc w dół, w kierunku Parku Dolnego, niedaleko którego mieszkałam. Przy parku jest niesamowicie klimatyczny lokal „Chatka”. Kilka lat temu od kolegi dowiedziałam się, że nazywają to miejsce „Barchatką” i w moim słowniku też ta nazwa od razu się przyjęła. W knajpce przesiedziałam chyba kolejne dwie godziny. Zjadłam placki ziemniaczane, a po nich ciasto firmowe w postaci przepysznej szarlotki na gorąco. Serdecznie polecam! Porcja jest naprawdę duża, a sama szarlotka smakuje nieziemsko. Do tego oczywiście herbatka z cytryną.

IMG_20190218_143833-1.jpg

Wieczorem oczywiście spacer wzdłuż Grajcarka i wylegiwanie się w łóżku przy „Przyjaciołach” i krzyżówkach. Na kolejny dzień zaplanowałam próbę zdobycia Sokolicy, ale oczywiście też nie wyszło… A dlaczego? Historia jest pełna grozy…

Wstałam wcześnie rano (kierowana paniką, że ta noc na szlaku i tak dalej…) i pomaszerowałam do łazienki. Muszę tu wspomnieć, że w tej niewielkiej, ale ładnie i wygodnie urządzonej łazience są dwa niezależne światła – mniejsze nad lusterkiem i większe normalne, takie na suficie. To górne działa jednocześnie z wiatraczkiem w wentylacji i użyłam go raz (bo trochę ten dźwięk mi przeszkadzał jak tak sama byłam). Poprzedniego dnia wieczorem włączyłam, bo brałam dłuższy prysznic i nie chciałam zostawić zbyt wiele wilgoci w pomieszczeniu. Dlaczego to istotne? Sami się pewnie później domyślicie, jak ta wentylacja wpłynęła na mój dzień, a nawet psychikę. Posłuchajcie…

Tak, jak wspomniałam, wstałam wcześnie rano, jeszcze było szarawo na dworze. Poszłam do łazienki, żeby się zacząć ogarniać i po jakichś 2/3 minutach dokonałam makabrycznego dla mnie odkrycia. Nie dość, że było to odkrycie ogromne, żywe, czarne i lekko włochate, to miało straszliwie i przerażająco osiem nóg…

IMG_20190217_072416.jpg

Potwór! Gigant! Aaaaaaaaa!!!

W tempie ekspresowym wycofałam się i stanęłam w progu łazienki. Zupełnie nie wiedziałam, co robić. Sama do siebie na głos powiedziałam: „No i masz, całe Twoje poczucie niezależności i samodzielności właśnie szlag trafił!”. Zimny pot spłynął mi po plecach… Mało jest rzeczy, których boję się bardziej niż pająków. Do tej pory sama myślałam, że może się trochę pieszczę, że może tylko tak sobie korzystam z tego, że ktoś może odwalić za mnie brudną robotę. Ale nie. Nie!!! Stanęłam w obliczu wyzwania, to było moje być albo nie być – przecież nie możemy żyć w jednym pokoju razem. Mimo to, nie potrafiłam podejść i go ćwiachnąć klapkiem. Uświadomiłam sobie, że mój lęk jest prawdziwy, realny, ogromny i…prawdziwy (przyp. red. celowe powtórzenie). Kolejne akapity będą opowieścią o mojej walce z wieloma wykrzyknikami i wielokropkami – przeżycie szalenie emocjonujące. Można sobie odpuści, bo raczej niewiele wnosi, ewentualnie stawia MNIE w słabym świetle, ale co tam!

W pierwszej chwili pomyślałam, aby go tam zamknąć i zostawić, ale po chwili stwierdziłam, że jeszcze przez całe dwa dni tu będę i naprawdę nie jestem gotowa dzielić z nim łazienki. Przez dłuższą chwilę obserwowałam go, wymyśliłam, że wszystko wyniosę z łazienki no i jednak go zostawię, szkoda było mi czasu. Zaświeciłam latarkę w telefonie, żeby lepiej go widzieć, a on (!) zaczął się ruszać!!! Uciekał za sedes. „O jejuuu stąd to już na pewno go nie wyjmę, nie wsadzę tam ręki, bo mi na bank ją zeżre, albo co gorsze skoczy na nią i zacznie tupać”.

Rozważałam, czy pójść po kogoś, ale trochę wstyd. Poza tym ogarnęłam, że nie słyszę dziecka na górze, więc nie było moich znajomych w domu, a gospodarz to trochę starszy pan i zrobiłabym z  siebie idiotkę prosząc go o latanie za pająkiem. Z drugiej strony bałam się,  że ten potwór w tym czasie zwieje. Kiedy ja tak stałam i rozważałam, co począć w tej tragicznej sytuacji, Pan Pająk znów zaczął wspinaczkę po ścianie. „No pięknie! Przecież tym bardziej go nie zabiję, jak będzie wyżej ode mnie!”. Nie powiem, miał przewagę, wręcz liczebną – wiecie, te 8 długaśnych kończyn… bleee. Zaczęłam wpadać w panikę. Po głowie krążyło mi milion myśli, a każda brzmiała tak samo „Co robić?! Co robić?!”. Te myśli tak głośno huczały mi w głowie, że aż Pan Pająk je usłyszał, bo biegusiem znalazł się na środku podłogi. Ja oczywiście wykazałam się nie mniejszym sprytem, bo w ułamku sekundy znalazłam się w bezpiecznej odległości od łazienki – ale nadal w pozycji umożliwiającej bezpieczne obserwacje.

Trochę wolniej, ale znów zaczął się poruszać i to w kierunku pokoju! Niewiele myśląc szybkim ruchem zatrzasnęłam mu drzwi przed… e… przed nim. Nie uwierzycie!!! Koleżka był tak przerażony albo wkurzony sytuacją, że wybiegł w popłochu pod tymi drzwiami… prosto pod moje łóżko. Ooo uwierzcie mi, że nawet częściowo nie potraficie sobie wyobrazić, co ja wtedy czułam. Nie było szans, żebym tak to teraz zostawiła, przecież ja tu nie zasnę wieczorem, nie spakuję plecaka, nie założę tych ubrań, które zostaną w tym pokoju, jeśli ja nie będę wiedziała, gdzie jest to stworzenie. Tak naprawdę wcale nie chciałam go zabijać, gdybym mogła, teleportowałabym go w jakieś bezpieczne miejsce. Strasznie nie lubię uśmiercać stworzonek (nie licząc komarów i much), zawsze wyobrażam sobie jego rodzinkę i to bardzo utrudnia sprawę. Pan Pająk wydał mi się bardzo zagubiony i samotny…

Oczywiście bałam się pochylić i zajrzeć pod łóżko, bo było ryzyku ataku na twarz. Włączyłam nagrywanie z lampą w telefonie i z pewnej odległości pochyliłam się przy łóżku. Zdaje się, że lampa z telefonu go wystraszyła, bo w te pędy zaczął uciekać w przeciwnym kierunku. Wybiegł spod łóżka – pewnie sukces. Nie zmienia to faktu, że ja zdezorientowana i spocona ze strachu stałam i nadal nie wiedziałam co zrobić. Pan Pająk siedział na środku dywanu i pewnie rozważał drogi ucieczki, sądzę, że już wyczuł zagrożenie.

Weszłam na łóżko i po nim dostałam się do drzwi. Biegiem poleciałam do kuchni po garnek. Chciałam wziąć rondel, żeby miał dłuższą rączkę, ale zapomniałam, że już się w nim moczyły moje płatki owsiane… Musiałam wziąć zwykły garnek. Opracowałam świetny plan. Licząc na to, że jest to stworzenie z gatunku, który nie ma oczu z tyłu głowy i na jej czubku, postanowiłam załatwić go od góry. Weszłam na łóżko i zaczaiłam się nad nim. Wystarczyło postawić na nim ten garnek. I wiecie co?! Nie   uwierzycie!

Wyobraźnia podpowiedziała mi jak Pan Pająk skacze w ostatniej chwili na ściankę garnka, a po niej wbiega błyskawicznie na moją rękę. Ja brzydzę się go dotknąć drugą ręką żeby go zrzucić i tak stworzenie włazi mi na głowę i we włosy i w ogóle mnie zjada. I tak o to z tym garnkiem w ręce siedziałam przygnębiona na łóżku, nie spuszczając z oka mojego towarzysza.

Kątem oka zauważyłam kijki. To była myśl! Aż się uśmiechnęłam sama do siebie. Ja się go pozbędę, a on zachowa życie. Wygonię go na korytarz, pewnie pójdzie gdzieś dalej, będę zamykać drzwi i pilnować ich, jak będę wchodzić i wychodzić, żeby nic nie przemknęło. Zresztą, czy Pan Pająk będzie na tyle głupi, żeby tu wrócić? Nie sądzę. A może… Może w tym wentylatorze czeka na niego Pani Pająkowa i małe Pajączynki? Cholera, wróci na bank – będę pilnować! Sięgnęłam po kijek, rozsunęłam go na maksimum długości i podjęłam próbę zaganiania. Szło mi całkiem  nieźle. Ośmionóg był czujny i nawet (na szczęście) nie musiałam go trycać tym kijem, wystarczyło obok niego pomachać i zaczął się powoli przemieszczać w odpowiednim kierunku. Czułam się bezpieczna, bo nadal byłam na łóżku, a kij był wystarczająco długi, żebym zdążyła go rzucić na podłogę w razie szybkiej wspinaczki Pana Pająka.

Drzwi były uchylone do połowy – sporo przestrzeni, miałam spore szanse. Ale! Ale oczywiście kolega postanowił pobiec pod ścianę za drzwi! Nosz kurczę pieczone! Zeszłam powoli z łóżka i kijem lekko przymknęłam drzwi, musiałam sprawdzić, gdzie on jest. Zaglądam… nie ma! No niemożliwe, przecież jest wielki, a ja nie jestem aż tak ślepa. I wtedy kolejne, trudne do zniesienia, odkrycie – wyszedł przy ścianie POD DRZWIAMI! „Jak ja teraz upilnuję? Papieru napcham pod drzwi?”. Moja desperacja sięgała zenitu. Pająk siedział w kąciku futryny. Popatrzyłam na niego „Przykro mi, albo ja albo ty”. Zawinęłam końcówkę kijka w kilka warstw papieru toaletowego, aby zwiększyć „powierzchnię miażdżącą”, zabezpieczyłam gumką recepturką i zrobiłam to… Po czym rozpłakałam się jak nad ukochanym pupilem. Pani Pająkowo, bardzo przepraszam!

Cała walka trwała godzinę, co przekreśliło mój plan na Sokolicę. Siadłam na łóżku i dążyłam do wyciszenia się. Sprawdzałam kilka razy zwłoki, czy na pewno są już zwłokami. Kiedy się uspokoiłam i ogarnęłam wpadłam na pomysł, że pojadę do Wąwozu Homole.

Jak się okazało, ten pomysł też nie wypalił, ale już dzisiaj nie będę Was tym męczyć 😉

Reklamy

1 komentarz

Filed under Szuflada.

One response to “Samotna podróż do ziemi ukochanej, czyli o tym, jak przestać w siebie wątpić i zacząć żyć. Część 2.

  1. Tatuś Beatki

    Pozdrów Beatkę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s