Category Archives: Roztocze

Beatka na Roztoczu.

IMG_20180817_100419

Z okazji możliwości przedłużenia weekendu, 15 sierpnia ruszyliśmy z namiotem i rowerami na Roztocze.

Przechwytywanie

Niełatwe było to pakowanie…

Nocleg zarezerwowaliśmy na polu namiotowym przy Karczmie nad Szumem w Górecku Kościelnym. Z kilku miejsc, do których dzwoniłam, tu było bardzo korzystnie cenowo – zapłaciliśmy po 10 złotych za osobodobę. Tym razem zacznę od miejsca noclegu, później opiszę Wam nasze trasy (do tego potrzebuję konsultacji z Kapitanem wycieczki :-P).

Sama Karczma oferuje całkiem dobre jedzenie, ciepłe napoje, alkohol i niezbyt ogarniętą obsługę. Co prawda byłam w środku tylko kilka razy w czasie naszego czterodniowego pobytu, ale za każdym razem czegoś ktoś nie ogarniał. Raz poszłam po kawę i wróciłam po 25 minutach – ekspres się zapchał, pani próbowała go reanimować, znikała co chwilę na zapleczu aż w końcu przyszła i zapytała, czy może mi kawę zaparzyć w kubku albo podać rozpuszczalną… Odechciało mi się tej kawy całkiem, ale szkoda mi było te 4 zł wydać tylko na czekanie.

Do dyspozycji jest łazienka: dwa pomieszczenia z prysznicami i dwie toalety. Nie wiem czy sprzątane, trudno stwierdzić. Raczej rzadko. Ale nie było tak źle, aby nie dało się skorzystać. Woda gorąca, półeczka, lustro. Można było się doprowadzić do ładu. W pomieszczeniach z prysznicami gniazdka, więc nawet suszarkę można sobie odpalić, o ile ktoś pomyśli o zabraniu jej pod namiot.

Pole znajduje się za Karczmą, stoi tam też kilka domków, które również można wynająć. Plac dostępny do rozstawienia namiotu jest całkiem spory, można wybrać dowolne miejsce i zaparkować przy namiocie. No i tu trzeba uważać. My oczywiście wybraliśmy miejsce odległe od Karczmy i niechcianych przechodniów (przez pole prowadziła ścieżka do Kapliczki na wodzie). Ale po pierwszej nocy wzięliśmy cały namiot pod pachy i przenieśliśmy dalej.

IMG_20180815_134605

Miejsce, które najpierw wybraliśmy było osłonięte przed słońcem przez większą część dnia, nam szczególnie zależało na poranku – chcieliśmy się wysypiać po wysiłku na rowerach. Wszystko fajnie, ale już wieczorem podczas kolacji wyczuliśmy coś niepokojącego… Śmietnik! Tak, stał niedaleko, ale też nieblisko. Natomiast myty na pewno nie był nigdy. Najlepsze jest to, że śmierdział „dorywczo”. Czasami się koło niego przechodziło i nic, zupełnie nic. Czuć było wszędzie lasem. Innym razem z daleka było czuć…no śmietnikiem. Natomiast przy namiocie pojawiały się znikąd takie prądy smrodu. Czasami też jakimś szambem zaleciało, ale to tak jakby od rzeki, która płynęła w lesie poniżej.

W związku z tym, że nieprzyjemnie jadło nam się kolację przy napływających co jakiś czas aromatach, postanowiliśmy namiot przestawić. Przenieśliśmy go w miejsce też pod drzewami, przy płocie, który widać na powyższym zdjęciu. Tam już było lepiej. Jedynie po deszczu czasami szambowy zapach gdzieś się na chwilę pojawiał i znikał.

Nasz namiot był przez środę i czwartek jedynym na polu, w piątek dojechały cztery osoby, które się rozbiły obok nas.

Już pierwszego dnia wybraliśmy się na przejażdżkę – rozgrzewkę. Właściwie prawie od roku oboje nie mieliśmy okazji albo możliwości do korzystania z roweru. Zrobiliśmy tylko 27 kilometrów, ale tyłek zdążył mnie rozboleć.

Ogólnie większość szlaków rowerowych swój początek ma w Józefowie. Nasze wyprawy głównie tam się zaczynały, więc najpierw jakieś 10 km z Górecka do Józefowa, większość lasem, a później dopiero na konkretny szlak.

W środę (pierwszy dzień) pojechaliśmy do Józefowa asfaltówką – od kościoła w Górecku Kościelnym w prawo – czego nie polecamy. Jest to droga, gdzie ruch pojazdów jest na tyle zagęszczony, by być trochę upierdliwym dla rowerzysty. Przejechaliśmy się trochę po Józefowie, objechaliśmy kamieniołomy i wróciliśmy do namiotu.

Dzień drugi, czyli czwartek, był dla mnie dniem próby. Zrobiliśmy 70 km. Zapomniałam utrwalić ten wynik na zdjęciu. To poniżej zrobiłam przy Biedronce w Józefowie (a wspominałam już, że mieliśmy około 10 km na trasie namiot-Józefów).

IMG_20180816_190416

Przejechaliśmy najpierw właśnie do Józefowa, ale już przez las – od kościoła jest to droga na wprost do lasu szlakiem zielonym. Z Józefowa wyprawę kontynuowaliśmy szlakiem zielonym. Część tego szlaku to droga, która obecnie jest zamknięta ze względu na położoną nową nawierzchnię. Cudo! Tylko my, niemalże idealny asfalt i co najpiękniejsze… Z GÓRKI bardzo duży odcinek. Tym fragmentem jechaliśmy ogólnie dwa razy i spotkaliśmy tam w sumie siedem osób.

IMG_20180816_132202

Zamknięta droga…ale nie dla nas! 🙂

Nie wiem nawet kiedy zaczęło mnie wszystko boleć (później K. powiedział mi, że to było w okolicy 25 kilometra o ile dobrze pamiętam). Nie miałam siły jechać, byłam wściekła, zmęczona i miałam ochotę rzucić rowerem. Serio, wyobrażałam sobie jak się zatrzymuję i resztkami sił biorę rower w ręce i zza głowy wykonuję rzut rowerem w dal, albo w K., który to obrał taką trasę. Na szczęście trzymałam się wtedy w pewnej odległości od niego, a właściwie to wlekłam się potwornie na tyłach, więc nic mu nie groziło. Poza tym byliśmy w środku lasu, nie miałabym co ze sobą tam zrobić… Zastanawiałam się po co ja to sobie robię, dlaczego w ogóle przyszło mi to do głowy – przecież już raz tak cierpiałam, albo i bardziej (możecie sobie TU o tym przypomnieć). Ogólnie robiłam sobie niesamowite pranie mózgu. Warknęłam nawet do K. coś w stylu „Jutro sam sobie jedź! Ja będę pilnować namiotu.”. Przekonywałam sama siebie „Jutro nigdzie nie jedź! Zapamiętaj sobie te słowa, bo na pewno po nocy będziesz czuła się lepiej, może nawet jeszcze nie będzie za bardzo bolało. Jak się będziesz czuła dobrze to pojedziesz i uznasz, że głupio sobie myślałaś. A potem będzie to samo, zobaczysz!”. I tak jechałam powolutku prowadząc chory dialog wewnętrzny i przekonując samą siebie, że ktoś ucierpi za te moje udręki. Po którymś postoju z kolei chyba dostarczyłam sobie odpowiednią ilość słodyczy, bo wszystko minęło. To znaczy bolały mnie trochę kolana, kark i tyłek, ale było to na tyle znośne, że przestałam zwracać na to uwagę. Ale myślę, że miałam za sobą najgorsze 5 lub 10 kilometrów z całego wyjazdu. Jak to K. później określił „po 20 kilometrach stwierdziłam, że nigdzie nie jadę po czym przejechałam jeszcze 50, chyba  na złość… złości”.  Zdjęć prawie nie robiłam – najpierw uznałam, że nie chcę takich pamiątek, później już za bardzo przejęłam się samą jazdą.

Zielonym szlakiem dotarliśmy do Suśca. Chwilę wcześniej posiedzieliśmy chwilę nad Szumami na Tanwi.

Z Suśca ruszyliśmy szlakiem czerwonym do Oseredka, tam skręciliśmy w prawo ku Rezerwatowi Nowiny. I cały czas czerwonym szlakiem, aż dotarliśmy do Józefowa, gdzie wstąpiliśmy na zakupy do Biedronki. Oczekując na K. dojrzałam, że mam dodatkowe obciążenie w rowerze.

IMG_20180816_192033

Pani Szyszka Obieżyświat.

Kupiliśmy grilla jednorazowego, mięcho i worek bułek. Jechaliśmy jak cyrk obwoźny – K. z wypchaną grillem i mięsem materiałową siatką przy kierownicy, w której pourywały się po jednej stronie uszy (siatce się pourywały, nie kierownicy) i ja – z wypchanym plecaczkiem, do którego przywiązałam worek z bułkami – majtały się na lewo i prawo. Śmialiśmy się z siebie wzajemnie. Było warto, pyszne było wszystko nawet jak się trochę oprószyło piachem, a nawet następnego dnia na śniadanie już na zimno (mimo, że zgrzytało jakoś bardziej niż w nocy).

Noc upłynęła całkiem spokojnie, nawet wygodnie i dość długo. Wyspaliśmy się, podłoże było równe, a wokół cisza no i słońce nie grzało.

Poranek nie był całkiem porankiem, bo trochę pospaliśmy, zjedliśmy śniadanie, a ja stworzyłam arcydzieło modowej sztuki – spodenki rowerowe a’la Żelka. Nie wspomniałam o tym, ale poza wielkim kryzysem, jaki mnie dopadł dzień wcześniej miałam też problem z udem, które mi się obtarło od siodełka – dlaczego jedno, tego nie wiem, ale jeździłam przez pół dnia z zawiązaną na nodze apaszką. Musiałam więc założyć jakieś dłuższe spodenki, a takich nie miałam i sobie musiałam zrobić.

Jak już jechałam i z uśmiechem przypominałam sobie swoje myśli, to stwierdziłam, że czasami musi boleć. Po prostu czasami musi boleć choćby po to, byś mógł poczuć, że żyjesz. Ale w tym stwierdzeniu słowo czasami miało dużą moc i strategiczne znaczenie. Po czwartkowej wyprawie czułam całkiem naprawdę, że żyję i podjęłam decyzję, że w najbliższym czasie żaden ból nie musi mi już o tym przypominać. W związku z powyższym wzięłam przed wyjazdem tabletkę Ibupromu Max! Słuchajcie, co to była za przyjemna wycieczka!!! 50 kilometrów? A co to dla mnie?! Nawet tyłek mnie prawie nie bolał. Lekomanka, powiecie. A właśnie, że nie! Rzadko biorę leki przeciwbólowe, więc sobie mogę pozwolić na wycieczki z małym dopingiem 😉

Piątek był dniem wyprawy do Zwierzyńca. I tu swoisty „start” był w Górecku Kościelnym, więc nie ruszaliśmy spod strategicznego punktu przy Kościele tylko od razu w kierunku Górecka Starego szlakiem żółtym / Green Velo. Po drodze pogłasialiśmy koniki, w Zwierzyńcu posiedzieliśmy chwilę nad Stawami Echo, zjedliśmy „obiad” i uciekliśmy przed burzą.

IMG_20180817_133908

Trasa na tym szlaku jest bardzo przyjemna i łatwa. Było tam dużo ludzi pieszo i na rowerach, wyprawy całymi rodzinami. Spokojnie można zabrać tam dziecko, poradzi sobie na pewno.

Ze Zwierzyńca ruszyliśmy w kierunku Obroczy szlakiem niebieskim. Następnie Guciów, Bondyrz, Kaczórki, Hutki, tu skręciliśmy na szlak zielony. Przejechaliśmy przez Malewszczyznę, Hucisko, Senderki i niebiesko-zielonym szlakiem do skrzyżowania, gdzie szlaki się rozchodzą, a w lewo prowadzi już chyba tylko zielony – nim pojechaliśmy  – chyba, ponieważ w tej chwili nie pamiętam czy był tam szlak, a oznaczenie na mapie nie jest jednoznaczne. Dotarliśmy do Górecka Starego i wróciliśmy do Górecka Kościelnego.

W sobotę miał być już taki krótszy wypad (wyszło 49 km). Ruszyliśmy tą samą drogą, co dnia drugiego (czwartek), czyli do Józefowa i cały czas zielonym szlakiem, także drogą, która oficjalnie jest zamknięta. Tą drogą dotarliśmy do skrzyżowania, gdzie szlak się rozdziela na dwie strony, tym razem pojechaliśmy w lewo. Trasa prowadzi do Czartowego Pola. Tam trochę odpoczęliśmy, zjedliśmy coś i ruszyliśmy dalej.

IMG_20180818_152716

Postój na Czartowym Polu.

Dalsza droga to także szlak zielony (niemalże równoległy do torów kolejowych) w kierunku Nowin, stąd już przez las. Trasa bardzo fajna, w dużej części mało uczęszczana, a na pewnym odcinku praktycznie wcale. Oczywiście trafił nam się taki odcinek, gdzie po prostu przedzieraliśmy się przez chaszcze. Gdybym wiedziała wcześniej jak to wygląda, to za żadne pieniądze bym tam nie polazła. Nogi całe poparzone pokrzywami, podrapane jeżynami a o pajęczynach to już nie będę wspominać w ogóle…

IMG_20180818_163821

Taka mała niebieska plamka to K.

Za tymi krzakami wyłoniła się już cywilizacja. Od tej pory do samego Józefowa jechaliśmy już ścieżką rowerową przy ulicy.

Wypad naprawdę nam się udał, mimo kilku niedogodności. Mieliśmy lekkie zakwasy, ale o wiele lżejsze niż te, których się spodziewaliśmy. Ogólnie polecam trasy, które my przejechaliśmy – no może z pominięciem tych krzaków (z Czartowego Pola wystarczy po prostu jechać asfaltem w stronę Hamerni). Pokonałam wiele swoich lęków i słabości, między innymi: przedarłam się przez krzaki pełne robali, pokrzyw, jeżyn, które jak złapały to nie chciały puścić ale także pajęczaków – nie wykluczone, że i kleszczy (na szczęście żadnego nie przywieźliśmy), uskuteczniałam też zjazdy ze stromych pagórków (pierwszego dnia rower sprowadzałam, ostatniego zdarzało mi się już nawet nie korzystać z hamulca).

Wiele szlaków, którymi jechaliśmy pokrywało się ze szlakami Green Velo, które polecam szczególnie osobom, którym nie chce się jeździć po dłuższych odcinkach piachu, kamieni, czy przez krzaczki. Trasy oznaczone znaczkiem Green Velo są świetnym rozwiązaniem dla rowerzystów chcących się zrelaksować w sposób aktywny, dla rodzin z dziećmi i wszystkich chętnych do przejażdżek rowerowych. Na Roztoczu szlaki te ciągną się kilometrami i aż żal ich nie wypróbować, więc polecam tym bardziej!

 

Jeszcze taka ciekawostka dotycząca pogody. Codziennie padło. Ale ani razu nie zmokliśmy. Mieliśmy wielkie szczęście. Prawie cały czas, gdy byliśmy w trasie, dookoła grzmiało, nawet błyskało i widać było, że gdzieś tam pada. Wiele razy wjeżdżaliśmy do jakiejś miejscowości i nagle kałuże i chłód. Ciągle gdzieś nas omijał ten deszcz. Jak wracaliśmy do namiotu to też praktycznie za każdym razem było bezpośrednio po deszczu. Jedynie w sobotę przed samym wyjazdem udało się tak, że spadło tylko kilka kropel jak już składaliśmy namiot, a nasi „sąsiedzi” zmokli wtedy na szlaku.

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Roztocze, Szuflada.

Roztocze latem.

Wędrowny weekend 1-2 lipca 2017 r.

Zamość – Krasnobród – Susiec

 

            Wszystko od samego rana było na „nie”. Gdy wstawaliśmy, niebo w Lublinie było zachmurzone, było chłodno. Nie mogliśmy się wyrobić, szybkim marszem ruszyliśmy na przystanek. Autobus odjechał nam sprzed nosa. Okazało się, że nie zaktualizowano rozkładu jazdy MPK na wakacyjny… Biegaliśmy od przystanku do przystanku przez 30 minut, żeby dotrzeć na Bla Bla Car aż w końcu facet sam po nas przyjechał. Podróż do Zamościa upłynęła bardzo szybko i sympatycznie, ale im bliżej celu, tym gorsza pogoda.

            W Zamościu padał już regularny deszcz. Koczowaliśmy trochę na przystanku, K kupił worki na śmieci, w które wsadziliśmy nasze karimaty, by nie nasiąkły całkiem wodą. Okazało się, że najbliższy bankomat był nieczynny, więc jeszcze jakiś kwadrans zajęło wypłacenie pieniędzy. W końcu ruszyliśmy z ulicy Lipskiej.

            K w pełnej irytacji na aurę ale jeszcze większej na swój beznadziejny foliowy płaszcz przeciwdeszczowy kroczył z naburmuszoną miną, a mnie jakoś tak wszystko to bawiło. W końcu udało się wyjść z miasta. Droga polna na Lipsko przywitała nas gęstym błotem, które nieprzerwanie przyklejało się grubymi warstwami do butów. Ale nie tylko my byliśmy takimi wariatami. Wyprzedziło nas trzech rowerzystów, którzy…niestety po kilkudziesięciu metrach musieli zawrócić z powodu błota, które obkleiło im całe koła, amortyzatory, błotniki, zębatkę, łańcuchy…

20170701_142811

            Przy małej kapliczce zamieniliśmy się na płaszcze, przynajmniej wtedy oboje pod nimi mieściliśmy też plecaki. Stwierdziłam, że K. wygląda jak chodzący stragan. Deszcz raz był silniejszy, raz słabszy, ale morale zaczęło wzrastać proporcjonalnie do pokonywanych kilometrów.

20170701_114408

            Kroczyliśmy szlakiem zielonym im. Władysławy Podobińskiej, który prowadzi z Zamościa do Suśca. Ewidentnie jest on bardzo rzadko uczęszczany (albo w ogóle w tym roku). Miejscami trawa sięgała do pasa, czasami prawie nie było widać ścieżki w lesie. Szlak określiłabym jako bardzo zróżnicowany i słabo oznaczony. Nie polecam wyprawy bez mapy – można się zgubić. Na prostej drodze co kilka drzew oznaczenie, właściwie momentami w zasięgu wzroku ma się nawet trzy znaczki. Sytuacja zmienia się, kiedy trafiamy na rozstaj dróg. Kierując się logiką zazwyczaj wybieraliśmy tą drogę, która była na wprost, jednak okazało się, że nie wszystko jest takie logiczne jakby się mogło wydawać. Zaczęliśmy praktykować rozchodzenie się w różnych kierunkach (za każdym razem miałam nadzieję, że to moja droga jest właściwą i to nie ja będę musiała wracać, hi hi).

20170701_134519_Richtone(HDR).jpg

Wielokrotnie szukaliśmy szlaku, co znacznie wydłużyło naszą wyprawę. Jednak dopisywał nam humor (dbała o to cytrynóweczka własnej produkcji i kabanosy) i wędrówka w przeważającej części upływała pod znakiem uśmiechu i zadowolenia.

20170701_130015.jpg

            Bardzo nie lubimy tłumów, ten szlak był dla nas idealny. Poza wioskami, sklepem – nie spotkaliśmy nikogo na szlaku. W jednej z miejscowości przed samym Krasnobrodem spotkaliśmy na swojej drodze dwóch lekko podchmielonych panów. Jeden z nich okazał się niezwykle radosny i zachwycony spotkaniem z nami. Chciał zrobić nam zakupy, zapas wody, jedzenia, chciał nam załatwiać transport do Krasnobrodu a nawet oddać loda, którego chwilę wcześniej kupił sobie w sklepie. Oferował łóżko u siebie w salonie jakbyśmy już nie mieli siły iść. Niesamowicie pozytywne doświadczenie! Jak się już pożegnaliśmy to krzyczał jeszcze za nami, że bardzo trzyma kciuki i życzy nam powodzenia. Spełniliśmy jego marzenie na spotkanie wędrowców.

20170701_191812

            Do Krasnobrodu dotarliśmy około 21:00. Nogi już domagały się odpoczynku a tu przed nami jeszcze walka o kawałek trawki, na której można rozbić namiot. Zaczęliśmy wydzwaniać po różnych punktach, ale okazało się, że sobota jest dniem balowania i ciężko było się z kimkolwiek porozumieć. Ostatecznie udało się nam ustalić, że mamy się rozbić pod konkretnym adresem a rano zjawi się właściciel. Jeszcze tylko znaleźć adres i rozłożyć namiot… W okolicach 23:00 mieliśmy w końcu szansę rozprostować plecy i wyciągnąć nogi. Wtedy dopiero poczułam jak bardzo zmęczona się czuję.

            W niedzielny poranek obudziło nas… hm… obudziły nas dziwne dźwięki. Okazało się, że jakiś mały ptaszek wlazł nam między tropik a sypialnię! Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Były tam owady a on za wszelką cenę chciał się do nich dobrać! Szaleństwo.

20170702_101428

 Przyjechał właściciel pola namiotowego i pensjonatu.

Wziął od nas kasę i zaproponował podwózkę. Przewiózł nas na drugi koniec Krasnobrodu, co dało nam godzinę zapasu (ta godzina bardzo się później przydała). Pogoda była idealna na wędrówkę, słońce za chmurkami, temperatura optymalna dla krótkich rękawów i spodenek. Ruszyliśmy w las.

20170702_110458

Najpierw Szur, mnóstwo kapliczek i krzyży. Jedna z kapliczek urzekła nas najbardziej – mini kościółek pokryty gontem. Coś wspaniałego.

            Mieliśmy drobne trudności ze szlakiem między Łasochami a Kunkami, ale dopiero między Kunkami a Suścem zaczęła się zabawa. Szlak w ogóle nie przetarty. Trawa, pokrzywy, pole. Najciekawszy moment nastąpił gdy musieliśmy podjąć decyzję czy szlak idzie naprawdę przez pole, czy może jednak nie.

20170702_153358

W pobliżu ŻADNYCH oznaczeń, z mapą jakoś chwilowo nie mogliśmy się dogadać. Pole mniej więcej hektarowe lub trochę większe, miedza prawie zaorana. Decyzja zapadła – IDZIEMY! Przedzieraliśmy się przez trawę, polne kwiaty i pszenicę – za wszelkie straty Pana Rolnika przepraszamy! W końcu dotarliśmy na drugi koniec i tam, w lesie odnaleźliśmy oznaczenie szlaku.

20170702_132011_Richtone(HDR)

            Do Suśca dotarliśmy o 18:00, co oznaczało, że mamy godzinę do odjazdu pociągu do Lublina. Tyle zajęło nam kupowanie biletów przez internet. Strasznie dużo nerwów nam to zjadło, bo strona intercity nawaliła. Mi udało się kupić bilet, K. już nie. Kombinowaliśmy na milion sposobów. Pociąg przyjechał, a my nadal z jednym biletem. Jest jakaś aplikacja! Bilet kupiony w 3 minuty, jest, uff… Przychodzi konduktor, skanuje i coś długo się zastanawia, poszedł po okulary. Czuję, że coś będzie nie tak. Bilet z datą dnia następnego. Przeoczenie spowodowane pośpiechem. Co teraz? Nie mamy tyle gotówki, żeby kupić u konduktora. Przekonaliśmy go, żeby może z następnej stacji  niestety aplikacja nie umożliwia zakupu na ostatnią chwilę. To z kolejnej – brak zasięgu internetu. Liczymy wszystkie drobne, jakie mamy – 20,31 zł. „Tyle mamy. I piwo. Może chce pan piwo?” no i pan chciał. Sprzedał nam bilet z pierwszej stacji (taki jest tańszy, ten wart 22 zł) za 20 złotych 31 groszy i Warkę w puszce! Przesyłam pozdrowienia dla pana konduktora, mam nadzieję, że piwko po pracy smakowało.

            Dotarliśmy około 22 do Lublina, wyjątkowo szybko udało się złapać MPK. Gdy wsiadaliśmy na swoim przystanku, drzwi zamknęły się K. przed nosem. Coś nawaliło. Kierowca ręcznie otworzył drzwi. Tak zakończył się nasz wędrowny weekend z cieniem pecha w tle. Było cudownie, wesoło, cicho i relaksująco. Mimo, że ból w nogach czuję nadal – chcę jak najszybciej wrócić na jakiś pieszy szlak.

Dodaj komentarz

Filed under Roztocze, Szuflada.

Roztocze zalane słońcem :)

45 Rajd Studencki Roztocze Wiosną przeszedł do historii. Mój już 5ty!

20150413_201212

Tym razem tylko dwie noce i dwa dni, ale i tak uważam ten rajd za najfajniejszy.

20150411_133234

W piątek dotarłyśmy dopiero na ognisko, gdzie wytrzymałam po raz pierwszy aż prawie do końca i nawet śpiewałam.

20150410_224533

Pogoda była przednia, towarzystwo jeszcze lepsze.

20150411_164836

Nocleg był w domkach – trochę utrudniło to integrację, ale przynajmniej do wc nie było takich wielkich kolejek. Za to zimno było potwornie!

20150412_091041

I tradycyjnie kilka żartów sytuacyjnych i tekstów niekoniecznie poważnych.

-Zastanawialiśmy się, czy was zaczepić, ale myśleliśmy, że jesteście z liceum. Potem doszliśmy do wniosku, że to taka prowokacja – my Was zaczepimy a potem trafimy na pierwszą stronę Fakttu „Pod przykrywką krajoznawstwa – pedofilia, orgie i pijaństwo”

K.: Wy nawet nie wiecie ile mnie kosztowało dotarcie tutaj z Warszawy! Wydałam dzisiaj 5 zł na toaletę!
Chyba Ojciec Mateusz: Przyjechałaś tu toaletą???

Ojciec Mateusz: A gdzie Żelka pracuje?
K.: E… Ona to jest takim dnem społecznym…

Ja: Ale mnie podrapały te róże…
Ktoś zza pleców: Tańczyłaś na rurze?

B. proszę kojarzyć z kobietą wędrującą nierozłącznie w towarzystwie tamponów 😛
A.: Odprysnął mi lakier z paznokcia…
B.: Popatrz na mnie… (pokazuje zdrapane do połowy pazury) Zdrapałabym jeszcze, ale cholera nigdzie mi nie odstaje żaden lakier.
A.: Weź to zostaw, po co tam dłubiesz?
B.: Oj, bo mam potrzebę sobie pogrzebać!
A.: To w nosie sobie pogrzeb.
B.: No właśnie nic tam nie mam…
A.: Ja nawet też, to chyba to powietrze roztoczańskie. Możesz jeszcze pogrzebać w uchu, ale ryzykujesz, że coś stamtąd wygrzebiesz… Ja bym się zastanowiła…
B.: No tak, lepiej to zawieźć do domu.
A.: To zostaje Ci d*pa!
B.: Dziękuję, tam już grzebałam…
…na postoju.

J.: Kobieta jak ma pieniądze a nie ma czego kupić, to kupi nawet dwie metalowe kulki, po czym jedną i tak zgubi a drugą zepsuje.

Rajdy, tak jak i dzieci na koloniach, uczą bezpośredniości, otwartości i sprawiają, że człowiek robi rzeczy, których poza rajdem by nie robił. Każdy może tu sobie dopisać własny scenariusz i sądzę, że ponad 90% z nich albo już zostało zrealizowanych, albo będzie na kolejnych rajdach.

20150411_155127 (2)
Jest się brudnym, śpi się obok obcych ludzi, pije się wszystko z tej samej butelki (nikt po sobie nie wyciera, bo wszyscy mają brudne ręce) i je kto co ma. Śmierdzi się dymem z ogniska i ma się piach w zębach, a po powrocie z rajdu „mam gluty jak po żniwach”. Mimo, że każdy ma swój bagaż i swoje wszystko, dzieli się tym wszystkim z innymi – nieważne czy to z potrzeby serca czy dlatego, że już ciężko mu to nieść – ważne, że akurat o tobie pomyślał, ewentualnie ty byłeś najbliżej…

20150411_110422

I to jest piękne, że nikt nikomu wilkiem, że codzienność ma zakaz wstępu do lasu, że możesz pogadać o wszystkim i o niczym, że zdecydowaną większość wędrowców widzisz kolejny raz, ale w rocznych odstępach a i tak czujesz, że już dobrze się znacie.
I to jest piękne!

Rajd to stan umysłu! Nie zrozumie tego nikt, kto sam tego nie przeżyje.
Polecam!

A w zeszłym roku było tak: https://apyzrks.wordpress.com/2014/04/09/no-i-po-rajdzie/

Dodaj komentarz

Filed under Roztocze, Szuflada.

No i po RAJDZIE!!!

Kochani! Poszłam, wiele kilometrów przemierzyłam i wróciłam!

Jak zawsze było super! Mówią, że przeszliśmy około 100 km przez te trzy dni, ale trochę w to nie wierze. Chociaż, z drugiej strony, patrząc na moje stopy, które dopiero dzisiaj zaczęły wystawać spod opuchlizny to zaczynam w to wierzyć.

W piątek wyruszyliśmy spod lubelskiego pkp. Już w drodze mpkiem miałam przygodę, bo trafiłam na bardzo rozmownego pana, który tak płynnie przechodził od tematu do tematu, że nawet nie wiem kiedy od Roztocza przeszedł przez Radwańską do swoich dwóch fakultetów i zielarstwa… Pojechaliśmy busem do Biłgoraja. Stamtąd, zaraz po zakupach w Lidlu i Biedronce, ruszyliśmy w trasę. K była trochę niezadowolona, bo nie kupiłyśmy mleka w tubce ale i tak miałyśmy tyle słodyczy, że nakarmiłybyśmy małe przedszkole.

Pogoda była doskonała! I wszystko było pięknie i cudownie aż do momentu kiedy wleźliśmy w zielone, niewidoczne na pierwszy rzut oka, bagno!!! Jedna dziewczyna wpadła po same pachy do wody… Ka miała adidaski więc się zdziwiłam, że nie zostawiła ich przypadkiem w tych moczarach… Ja wpadłam w pewnym momencie po kolana i myślałam, że o ile w ogóle wyciągnę nogę to na pewno bez buta. Wpadłam w panikę i zaczęłam się drzeć i szukać ratunku. Co ciekawsze akurat nagrywałam filmik, ale nie nadaje się on do publikacji 😛 Ka i K zamiast mi pomóc i mnie ratować, stały i się śmiały… Bagno działa jak ruchome piaski – im więcej wierzgasz tym głębiej wpadasz. Stwierdziłam, że impregnacja butów była bez sensu, bo ta woda, która nalała się górą nie miała jak wypłynąć 😛 Wszyscy mieliśmy mokro w butach… A niektórzy to i w majtkach.

2014-04-04-857b

Dotarliśmy do Kocudzy około 18, ale błądziliśmy po tej wiosce ponad godzinę zanim znaleźliśmy miejsce  naszego noclegu. Międzyczasie Ka połamała płot jednej z piosenkarek z Jarzębiny. Pomógł jej w tym kierownik. Wszystko skończyło się limem pod okiem no i rozwalonym płotem 😛

2014-04-04-862Spaliśmy w jakimś ośrodku kultury/remizie/sali weselnej – trudno powiedzieć co to konkretnie było. Nam udało się zaklepać miejscówkę na scenie 😀

2014-04-04-863b

A to nasze legowisko:

2014-04-05-870Od lewej: Ka, ja i K.

W piątek wieczorem było ognisko. Chwilkę tam posiedziałam, ale od przodu było mi gorąco, a od tyłu zimno więc sobie poszłam.

2014-04-04-869Ka obudziła mnie po jakimś czasie i wypiłyśmy sobie Reddsa gadając o życiu 😀 Koleś z grupy rowerowej zrobił taką bardachę na ognisku, że następnego dnia gospodarz chciał nas wyrzucić…

W sobotę wstaliśmy wyjątkowo wcześnie i nawet wcześnie jak na rajd wyruszyliśmy w trasę. Buty mi nie wyschły przez noc. Było strasznie zimno i niektórzy się rozgrzewali procentami z eleganckich piersiówek.

-Masz, pij.
-Nie piję dzisiaj.
-Y? Jak to?
-Tamponów mi nie wystarczy.

Nogi nawet mnie bardzo nie bolały, więc nawet nie musiałyśmy się z K ściskać za ręce.  Szliśmy dużo i lasem i asfaltem.  Obiad był w wielkim wąwozie, do którego ledwo dolazłyśmy.

2014-04-05-877Rosły tam dziwne kwiatki…

2014-04-05-876Była herbata z kociołka…

2014-04-05-880…i pyszne Zwierzaki, które w sobotni wieczór wyparowały jak przysnęłyśmy…

1.Wylosuj
2.Nie jedz jeszcze!
3.Powiedz co wylosowałeś!
4.A teraz pokaż!
5.Możesz już zjeść.

2014-04-05-882

Szliśmy i szliśmy aż zaczęło się ściemniać…
K: Ej, Ż, wzięłaś latarkę?
Ja: No ja swoją mam. A ty swojej nie wzięłaś?
K:No jakoś nie. Ale tak czy siak wszyscy nie będziemy jedną latarką świecić…
Ja: Jak się już całkiem ściemni to zdejmiesz bluzkę  i będziesz świecić… [szeptem do Ka: PUSTKAMI!]

K niosła musztardę, która się jej uzewnętrzniła w plecaku, w związku z czym niezjedzone kanapki trzeba było w czymś przechować…Dobrze, że zakosiłam kilka rękawiczek z Lidla 😛

2014-04-06-886

Wróciliśmy do bazy około 21. Cała nasza grupa po sobotniej wędrówce była tak zmęczona, że mniej więcej o 22.00 90% grupy spało… Mimo, że poza nami na sali było pewnie jeszcze z 60 osób, większość pod wpływem 😛 Wydaje mi się, że w okolicach północy obudził się w nas rajdowy duch, który obudził nasze ciała. W związku z rowerowym przypałowcem z piątku, w sobotę nie mogliśmy zrobić ogniska w sobotę, więc śpiewy odbywały się na sali. K poszła śpiewać, a ja i Ka siedziałyśmy w śpiworkach, słuchałyśmy i konsumowałyśmy prowiant przeznaczony właśnie na ten wieczór. Akurat mojej puszki nie ma na zdjęciu. Była wypełniona czymś o smaku owocowym i było to smaczne 😉

2014-04-05-885

Wieczór upłynął nam szybko, poprzebijałyśmy sobie pryszcze i poszłyśmy spać 😛

Niedziela przywitała nas niską temperaturą i deszczem, co utrzymało się cały dzień. Ogólnie było trochę ciężko, bo postoje kończyły się zamarzaniem ciała… K kupiła sobie mleko w sklepie i kończyła ja czekając na powrotnego busa z Gromady do Lublina. Każdy wziął po łyku, więc i ja spróbowałam(!)… Nie uwierzycie!!! Posmakowało mi!!! 😀

Było super! Strasznie szybko mi te trzy dni upłynęły. Wróciłam śmierdząca wilgocią, zmęczona, szczęśliwa, spuchnięta, z sinymi małymi palcami u nóg, dumna, że dałam radę i zadowolona, że zdecydowałam się pójść, mimo, że było momentami dyskomfortycznie (neologizm stworzony przez Ka). Czekam jeszcze na zdjęcia od S i J, ale nie wiem kiedy uda mi się je zdobyć więc na razie cieszę się z tych, które mam 🙂

 

2 Komentarze

Filed under Roztocze, Szuflada.

Dzienniczek rajdowy, czyli Roztocze śniegiem i błotem malowane…

12-14 kwietnia 2013 r. Rajd Roztocze Wiosną, mój trzeci.

Dzień pierwszy: 30 km

W piątek wyjechaliśmy z Lublina busem (Watson też)2013-04-12-179 i około godziny 11 znaleźliśmy się w Horyńcu. Wszyscy pełni energii, zgięci w pół od ciężkich plecaków ale chętni do drogi. Najpierw spacer po parku horynieckim, potem droga przed siebie i szosą i lasem.

Szło się…hm…ciężko. Pełno błota i śniegu.

2013-04-12-182

Było dyszenie i przekleństwa, wydawało się, że gorzej być nie może… A JEDNAK! Ale o tym zaraz. Deszcz padał mniej więcej od momentu, w którym ruszyliśmy i przestał około 17tej, zaraz PO ognisku, które było przerwą obiadową. Miałam na szczęście świetne ponczo przeciwdeszczowe, które zresztą nazwałam  mobilną toaletą, bo wyglądałam w nim jak w namiocie i właściwie gdzie bym nie przysiadła to wystawała mi tylko głowa 🙂 Plecak też świetnie zabezpieczyłam!

2013-04-13-206

Można było na nim spokojnie siadać 😀 Jak przestał padać deszcz to zaczął mnie boleć mały palec u lewej nogi…-teraz jest trochę siny. 

O godzinie 19.52 ktoś się zorientował, że idziemy w złym kierunku i skutecznie oddalamy się od Werchraty, gdzie była baza noclegowa. Ustalenie prawidłowego kierunku zajęło plus-minus 3o minut, przez które zdążyło zrobić się całkiem ciemno, co widać na zdjęciu portretowym Kamki:

2013-04-12-183

Ruszyliśmy więc z powrotem do skrzyżowania, które sobie 4 km wcześniej zignorowaliśmy i najzwyczajniej w świecie ominęliśmy…Po tak długim postoju moje nogi, które znajdowały się w mokrych butach (nawet mi nie przemokły, górą nasypało się do nich sporo śniegu przez cały dzień…) strasznie mi zmarzły i zimno poszło w górę.

2013-04-12-180

 Zanim się rozgrzałam minęły chyba ze 2 km. Szliśmy na szczęście asfaltem, więc przynajmniej nie po śniegu i błocie, ale od równej powierzchni szybko zaczynają boleć stopy. Przed nami było jakieś 8-10 km drogi… Wokół ciemno i mgła jak mleko (śnieg, który topniał musiał się gdzieś podziać, wiec zamienił się w mgłę…) a moja wyobraźnia w ogóle się nie męczyła tylko pracowała na pełnych obrotach. Miałyśmy tylko małą latareczkę, którą Kamka pożyczyła od Michasia, bździła ledwo co więc strasznie trzeba było wysilać wzrok, żeby widzieć co ma się pod nogami. Strasznie bałam się rozglądać na boki a już nie wspomnę o obróceniu się i skontrolowaniu co za mną się dzieje. Wszystkie horrory jakie w życiu obejrzałam właśnie wtedy musiały mi się przypomnieć. Pocieszałam się tylko tym, że szły z nami dwa psy, które na pewno w razie niebezpieczeństwa pierwsze by zareagowały. Jeden był całkiem duży i całkiem nie nasz, ale ochrzczony został Stanleyem i szedł z nami całe dwa dni (przypuszczam, że w niedzielę rano się zmył, bo już nie mógł wytrzymać z naszymi aromatami).

2013-04-13-191

Na niewiele się to zdawało, bo i tak czułam, słyszałam i widziałam niestworzone rzeczy… 

Szłam i stawałam się coraz bardziej głodna, a kanapki już zjadłam. Poratował mnie jakiś dobry człowiek – nie wiem kto, bo za ciemno było. Kanapka była z fajnym chlebem, sałatą i jakąś wędliną, której na pewno nie tknęłabym w normalnych warunkach, ale wtedy to była NAJLEPSZA KANAPKA, jaką jadłam w życiu!

Do bazy dotarliśmy o 22.10. Szybka „toaleta wieczorna” wilgotnymi chusteczkami, bo pomimo że była tam łazienka i nawet ciepła woda, nie mogłam jej używać, bo strasznie śmierdziała żelazem i jak umyłam w niej pierwszy raz ręce miałam wrażenie, że myję je we krwi – więcej tego nie zrobiłam. Po chwili byłam już w śpiworku z gorącą herbatą, dżemem truskawkowym i waflami ryżowymi 🙂 Szybko zasnęłam i mimo, że do 4 rano w sali, którą zajmowaliśmy, grano na gitarze i  śpiewano, obudziłam się tylko kilka razy.

2013-04-13-184b

Dzień drugi: 25 km

W  sobotę rano wszystko mnie bolało. Wszystko też było mokre. Chyba nawet bardziej, niż w piątek wieczorem. Tak parowaliśmy my i rozwieszone przez nas rzeczy, że po szybach płynęło jak z wodospadu i w efekcie nawet to co jakimś cudem było jeszcze poprzedniego dnia suche, przestało takie być po nocy…

2013-04-13-186

Ruszyliśmy powoli i ospale około 11. Nie mogłam w ogóle się „rozejść”. Ściskałyśmy się z Kamką za ręce z nadzieją, że ból ustąpi, ale marnie nam to szło. Mijaliśmy masę rozjechanych i żywych żab. Pierwszy postój był dosyć wcześnie, ale ja się nie za bardzo ucieszyłam, bo postój oznacza potrzebę kolejnego rozruszania się… Stanley korzystał pełną gębą i elegancko z gracją sobie odpoczywał przy każdej nadarzającej się okazji…

2013-04-13-187b

Potem było znowu błoto i śnieg, potem posiad na ognisko i odpoczynek. Na szczęście przez cały dzien padało tylko dwa razy i niedużo. Pierwszy raz właśnie na ognisku, ale mieliśmy je pod daszkiem, więc mogło sobie spokojnie padać.

2013-04-13-195

Po ognisku ruszyliśmy przez śnieg i błoto do Hrebennego aby zobaczyć kolejkę przy granicy (dłuuuuga była), przejście widzieliśmy z daleka za dużą wodą

2013-04-13-207

i cerkiew, ale tylko  z zewnątrz 😛

2013-04-13-208

Stamtąd kierując się już do szkoły-noclegu szliśmy kawałek asfaltem i tam złapał nas deszcz, który pojawił się niespodziewanie i niespodziewanie się skończył, nadrobił za to intensywnością. Potem znów przez las, błoto i śnieg, podziwiając piękne mgły spowodowane topniejącym śniegiem, o czym już wspomniałam.

2013-04-13-209

Okazało się, że się zaczyna ściemniać i widzieliśmy zachód słońca, pojawił się też księżyc. Powtórka z rozrywki. Zrobiło się ciemno całkiem a my szliśmy już teraz nie asfaltem a przez las. Morale grupy zaczęło lekko mówiąc gasnąć co objawiło się śpiewami religijnymi: bożonarodzeniowymi kolędami, pieśniami wielkopostnymi i pogrzebowymi… Ciemny las, kilka latarek na 20 osób i w tle Anielski Orszak… Aż gęsia skórka pojawiała się na ciele. Ale szliśmy, bo jaki mieliśmy wybór.

Trafiliśmy w końcu na jakąś drogę, w miarę utwardzoną. Szliśmy w dużych odstępach. Mi się chciało płakać, Kamka pogodziła się już ze swoim końcem i było jej obojętne czy stoi czy idzie. I nagle kierownik się zatrzymał, nam kazał iść dalej a sam zaczekał na kilka osób, które kawałek za nami szły. Okazało się, że nie wiemy gdzie jesteśmy. Dookoła tylko pola, gdzieś daleko las. Nawet łuny, która mogłaby wskazywać na jakąś miejscowość, nie było widać na horyzoncie. Stanęłyśmy, 4 osoby, które szły przed nami też się zatrzymały. Zgasiliśmy latarki i czekamy. I czekamy… Czekamy… Ja zaświeciłam latarkę, bo coś sprawdzałam chyba przy szelce plecaka (już nie pamiętam dokładnie) i nagle słychać z oddali rozmowy:
-Ej, patrzcie, ktoś jedzie w naszą stronę. Zapytamy się czy dobrze idziemy.
-No, zagrodzimy całą drogę, żeby nie dał rady uciec.
Przyglądam się i zastanawiam co będzie dalej. Patrzę, ale w poprzek drogi ustawiło się 5 latarek (czyli pewnie tyle samo osób, lub więcej) i stoją. Cisza. Więc krzyczę:
-Nikt nie jedzie! To my!
-Kto?
Kamka:- No my, k…!
-Jakie my?!
-No A. i Kamka!!!
-Aaa…
Nadal więc nie było wiadomo gdzie jesteśmy. Ale szliśmy przed siebie. Ledwie żywi, ale szliśmy a była już 21. Po 30 minutach dotarliśmy do szkoły. Szybka toaleta, taka sama kolacja jak w piątek i nie wiem co było dalej, bo obudziłam się tylko raz w nocy i przytuliłam Kamkę, a potem to już rano.

Dzień trzeci: 19 km

Niedziela obudziła mnie znów bólem wszystkiego. Spakowałam się

2013-04-14-215

i poszłam do łazienki ogarnąć. Wisiały tam moje spodnie, które powiesiłam tam wieczorem, bo były mokre po kolana. Ujrzałam sztywne od błota nogawki. Ale przynajmniej wyschły. Buty niestety nadal były mokre. Niedziela była pogodna i chwilami nawet słoneczna. Było trochę zimno. Znów błoto i śnieg, dużo błota i dużo śniegu. Ale nawet udało mi się nie nasypać go sobie do butów, więc było mi w miarę ciepło. Aż do pewnego momentu, kiedy stanęła nam na drodze rzeka (dosłownie na drodze i dosłownie rzeka).

rzeka na drodze

Trzeba było ją albo przejść i pogodzić się z tym, że się naleje wody do butów, albo walczyć i próbować przeskoczyć z jednej śnieżnej skarpy na drugą. Skarpa zwilgotniała już po pierwszej osobie, ja przeskakiwałam jako czwarta, więc mało po śniegu zostało. Skończyło się tak, że cały prawy but wylądował pod wodą i zabrał jej trochę ze sobą… I dopiero wtedy ktoś wpadł na pomysł aby ułożyć tam gałęzie świerku i czegoś jeszcze iglastego i po tym przejść…

Po 17 dotarliśmy do Bełżca, tam podjechał wynajęty bus i wróciliśmy do Lublina. Mokrzy, śmierdzący, wycieńczeni i szczęśliwi.

A tu jeszcze sweet focia z Kamką:

2013-04-13-197

I mimo, że dzisiaj kolana mi się nie zginają, nadal jestem troszkę zmęczona i tak naprawdę nie zobaczyłam nic poza sarnimi bobkami, błotem i śniegiem jestem niesamowicie szczęśliwa i dumna z siebie, że podołałam. Niektórzy w sobotę zostali w bazie noclegowej, a ja poszłam. I było super mimo, że wtedy twierdziłam inaczej. Uwielbiam to i mam nadzieję, że kiedyś moi potomkowie będą tak samo szaleni jak ja, bo warto!

3 Komentarze

Filed under Roztocze, Szuflada.