Category Archives: Szuflada.

Beatka na majówce. Część 2 z Babią Górą tle.

IMG_20180502_150432

Babia Góra – Diablak.

Po pożegnaniu z chłopakami zahaczyliśmy o sklep, zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy przed siebie. To znaczy ruszyliśmy tam, gdzie Yanosik podpowiadał… Przez dłuższy czas mieliśmy widok na Babią Górę.

Po jakimś czasie dotarliśmy do Zubrzycy Górnej i odnaleźliśmy Camping.

SONY DSC

Nasz camping.

 

Pospacerowaliśmy chwilę po terenie campingu, by znaleźć odpowiednie miejsce na rozbicie namiotu. Przez ten czas uparcie oszczekiwał nas mały piesek z przyczepy campingowej. Od razu zapowiedziałam, że nie chcę blisko tej przyczepy mieszkać, bo ten pies nie da nam żyć. Dostrzegliśmy, że jego właścicielami są państwo w wieku emerytalnym, co wzbudziło w nas tym większą niechęć, bo „pewnie piesek jest oczkiem w  głowie”. Nawet nie wiecie jak się pomyliliśmy!

Gdy rozpoczęliśmy wypakowywanie bagażnika, podszedł do nas właściciel małego szczekacza i doradził, gdzie się nie rozbijać, żeby w razie deszczu nas nie spłukało. Okazało się, że pan Piotr wraz z małżonką przyjeżdżają na ten konkretny camping od 30 lat z małymi przerwami. Ich przyczepa stoi tam cały rok i przyjeżdżają co jakiś czas. I tak z małej niechęci zrodziła się pełna ciekawych historii i wskazówek znajomość.

SONY DSC

Nasz dom 😀

Było dość wcześnie, więc mieliśmy sporo czasu na relaks. Była kawka i była książka…

…ale też było po „maluszku” z państwem z przyczepy 🙂 Pies okazał się być zabawnym zwierzakiem reagującym na wszystko szczekaniem. Można było się do tego przyzwyczaić. Podzieliliśmy się swoimi planami na następny dzień, a mili państwo opowiedzieli nam o swoich podróżach. Zaprezentowali nam nawet jeden z filmów z wyprawy sprzed 10 lat. Pan Piotr doradził nam, którym szlakiem najlepiej wchodzić na Diablak, by było ciekawiej. Przekazał nam też sporo ciekawych informacji na co w tej okolicy zwracać uwagę i gdzie warto się wybrać.

Wieczór spędziliśmy na kocu gapiąc się w piękne gwiazdy, które rozświetlały niebo. Noc, jak na maj przystało, nie była bardzo ciepła, ale śpiwory załatwiły sprawę. Spałam jak zabita, chyba odsypiałam tę fatalną noc ze schroniska. Rano obudziłam się wypoczęta i zadowolona. Przygotowaliśmy się do wyjścia, zjedliśmy śniadanie i wypiliśmy gorącą herbatę.

IMG_20180503_081638

Nasz „stół”.

Od wejścia na szlak dzieliło nas kilka kilometrów. Wiedzieliśmy, że na Przełęczy Krowiarki jest parking, więc pojechaliśmy samochodem. Okazało się, że Babia była majówkowym celem dużej grupy turystów… Parking był wypełniony po brzegi a i wzdłuż drogi stało ze sto samochodów!

dsc06934.jpg

Ani końca, ani początku nie widać.

Analogicznie, przy wejściu na szlak, nie było wcale lepiej…

SONY DSC

O ile dobrze pamiętam, wstęp to koszt 5 zł. Otrzymujemy nie tylko paragon ale i pocztówkę. Przy budynku Informacji Przyrodniczej i Turystycznej Izbie Edukacyjnej (budynek ze zdjęcia powyżej) można jeszcze bezpłatnie przybić sobie pieczątkę w trzech wzorach z symbolami Babiogórskiego Parku Narodowego.

Po wystaniu odpowiedniej ilości czasu i zakupieniu wejściówek można śmiało wkraczać na szlak.

SONY DSC

No i z tego miejsca mamy dwie opcje: szlak czerwony i niebieski. Pierwotnie planowaliśmy wejście czerwonym i zejście najpierw czerwonym a potem niebieskim. Szlak czerwony rozpoczynający się w Przełęczy Krowiarki prowadzi na szczyt Babiej Góry, potem przez Przełęcz Brona (na mapce poniżej jest to chorągiewka najbardziej wysunięta na zachód)  i przez Schronisko Markowe Szczawiny (chorągiewka w lewym górnym rogu), gdzie spotyka się właśnie ze szlakiem niebieskim, którym można wrócić do punktu na zdjęciu powyżej (szlak czerwony ze schroniska ciągnie się jeszcze dalej w kierunku przeciwnym do kierunku szlaku niebieskiego).

Przechwytywanie

Źródło: mapa-turystyczna.pl

Na szczęście, jak już wspominałam, pan Piotr podsunął nam lepszy pomysł i ruszyliśmy szlakiem niebieskim. Początek wędrówki był bardzo spokojny i przyjemny. Można było wyczuć, że ciągle idzie się pod górę, jednak nie było to ani strome ani trudne podejście. Porównywalne nawet do naszego Roztocza. Ten etap wędrówki był stosunkowo nieciekawy, szlak niebieski na tym odcinku (nie wiem jak w dalszej części) nie jest eksponowany, widoki w przewadze zasłaniają drzewa. Po drodze woda przyjemnie szumi w małych strumyczkach i mini wodospadach. Ale muszę przyznać, że z tego położenia szczyt wydaje się być tak odległy, że niemalże nieosiągalny…

IMG_20180503_110521

To tam jest szczyt.

Szliśmy spokojnie pod górę, aż do żółtego szlaku (tego ze strzałeczkami na grafice, którą zamieściłam). I tu nagle się zaczęła zabawa! Od razu siup! Pod górę!

SONY DSC

Nie obijamy się! Szczyt czeka.

SONY DSC

Niewinne początki żółtego szlaku.

Bardzo istotna kwestia!!! Szlak żółty – Perć Akademików – jest jednokierunkowy! Stąd strzałki na mapie. Na tych schodach to jeszcze pół biedy – łatwo byłoby się minąć, ale w dalszych odcinkach nie ma na to szans.

  Szlak żółty w większości jest już eksponowany. Miejscami nie da się przejść bez przytrzymania się łańcuchów. Jest też fragment z klamrami, tam ściana jest praktycznie pionowa. Nie udało nam się zrobić zdjęcia, ponieważ zebrało się tam trochę ludzi i trzeba było sprawnie się przemieszczać, by nie powodować zatorów. Jak widzicie, był też śnieg. Prawdziwy, zimny i…brudny. Uczucie jest świetne! Pot cieknie Wam po plecach, dyszycie jak stara lokomotywa, słonce opala aż piecze, a tu śnieg, który oddaje zimno i czujecie jak uderza w Was ta fala chłodu. Najzabawniejsze jest to, że przez moment instynktownie starałam się wspinać bez użycia rąk, żeby się nie pobrudzić, ale szybko zmieniłam zdanie, gdy odruchowo złapałam za najbrudniejszą skałę, jaka była pod ręką.

Po wyjściu z lasu człowiek wspina się, zieje i sapie, widzi czubki swoich butów i kamienie, które musi właściwie ocenić przed postawieniem na nich stopy i zastanawia się, dlaczego to sobie robi…aż w końcu brakuje mu tchu i musi, po prostu musi się zatrzymać. Prostuje się, odwraca i widzi coś, co notabene nie ułatwia mu oddychania, bo zapiera dech w piersiach. Wyobraźcie to sobie… czujecie się jednocześnie tacy malutcy – przed Wami przestrzeń, której nie jesteście w stanie ogarnąć wzrokiem – a z drugiej strony wielcy – bo udało się wejść tak wysoko, pokonać swoje demony i słabości. Coś pięknego. Polecam 😉 Poniżej próbka tych widoków, ale zdjęcia nie oddają tego, co widzi się tam na żywo.

Szczyt był już blisko, a ja myślałam, że już nie dam rady! Byłam wyczerpana. Szlak Percią Akademików według mapy ma długość ok. 1,7 km – całe nic! Dość istotne jest to, że na tej długości pokonujemy w górę 511 m i tylko 1 m w dół (dla niedowiarków link do mapy).

Ostatecznie  Około 14:00 stanęliśmy wraz z dzikimi tłumami na szczycie. Szybkie zdjęcie na dowód i uciekliśmy, tam gdzie mogliśmy w ciszy i spokoju odpocząć.

IMG_20180503_135504

I nawet udało nam się znaleźć kawał drogi od szczytu, ale wciąż na górze, bardzo przyjemne miejsce.

Mieliśmy mnóstwo czasu, żeby zejść, więc nie spieszyliśmy się i podziwialiśmy widoki, faunę i florę.

SONY DSC

Sasanka alpejska.

SONY DSC

SONY DSC

Homosapiensus butelkus idiotus.

SONY DSC

Butom też się należy odpoczynek.

SONY DSC

Zjedliśmy kanapki, poleżeliśmy, pstryknęliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy w drogę powrotną. I wtedy doceniliśmy jeszcze bardziej radę pana Piotra. Szlak czerwony to straszna nuuuuuuuudaaaaaa! Najpierw fajnie, przez 5 minut, skały, potem wchodzi się do tunelu między kosodrzewiną i tak się idzie i idzie aż się wejdzie do lasu… Ciągle schodkami w dół.

Po drodze jeszcze szczyty: Gówniak, Kępa i Sokolica.

SONY DSC

Gówniak – 1617 m n.p.m.

SONY DSC

Kępa – 1521 m n.p.m.

SONY DSC

Widok z Kępy na Sokolicę.

SONY DSC

Sokolica – 1367 m n.p.m.

Jak widzicie na zdjęciach, zaczęła się zmieniać pogoda. Nie wiem, czy wiecie, ale Diablak znany jest z tego, że tam pogoda może załamać się w każdej chwili. W naszym przypadku działo się to w miarę stopniowo. Powoli niebo zasłaniało się chmurami, później te chmury ciemniały coraz bardziej aż zaczęły pomrukiwać i grzmieć coraz to częściej i głośniej.

Trzeba tu być gotowym na wszystko. A widziałam ludzi z malutkimi plecaczkami,w  których jak sądzę, było tylko jakieś małe picie i baton. To jakaś pomyłka… I to właśnie po takich ludzi coraz częściej muszą ruszać ratownicy. Nasze plecaki wypchane były piciem, jedzeniem, długimi spodniami na zmianę, dodatkowymi parami skarpet, kurtkami przeciwdeszczowymi, ciepłymi bluzami, apteczką, która niestety przydała się pierwszy raz w niezbyt jeszcze długiej historii naszych wypraw. Na szczęście to nie my jej potrzebowaliśmy. Schodząc natknęliśmy się na zator. Okazało się, że kuśtyka tam pani w butkach nieosłaniających kostki (tak wiem, wredna uwaga). Jedyne, czym mogłam ją w tej sytuacji poratować, to bandaż. Później widzieliśmy też dziewczynkę (na oko 10-12 lat) z opatrzoną już kostką, podpierającą się kijem – też w niskim obuwiu… Inni z kolei mimo deszczu, który zaczynał już padać, grzmotów i pojedynczych błyskawic, parli do przodu pod górę. Babia Góra ma bardzo rozległy szczyt, nie ma tam ani jednego drzewa ani innego punktu wyższego niż człowiek… Resztę dopowiedzcie sobie sami.

 Gdy zeszliśmy już do Przełęczy Krowiarki deszcz zaczął już padać całkiem intensywnie. Szliśmy szybkim krokiem, mijając auta z jakimiś kartkami za wycieraczkami. Po kolei, praktycznie każdy miał kartkę! Jak się domyślacie i nas to nie ominęło…

IMG_20180503_171003

Wezwanie… Dane wymazane przeze mnie w sposób zupełnie nieprofesjonalny.

Wszyscy staliśmy oczywiście na zakazie… Można było się domyślić. Nic nas nie usprawiedliwia, ale nie mieliśmy gdzie stanąć. Tam droga wygląda tak na długości kilku kilometrów. Także naszą wyprawę zakończyliśmy wizytą na komisariacie i pouczeniem, jak wielu innych kierowców, którzy przyjechali tam albo chwilę przed albo chwilę po nas.

Wróciliśmy do naszej bazy wypadowej, wykąpaliśmy się i zasiedliśmy do przepysznej kolacji.

SONY DSC

Grill jednorazowy z Biedronki za złotych 5.

Już dawno kiełbasa z grilla mi tak nie smakowała, jak tamtego wieczoru…

IMG_20180503_205323

Żubr też był na kolacji. „Trop dalej…” 🙂

Najedzeni, trochę zmęczeni ale bardzo zadowoleni poszliśmy spać. Jeszcze nie byliśmy zdecydowani, czy następnego dnia wracamy do domu, czy jednak jeszcze gdzieś powędrujemy.

Jaką decyzję podjęliśmy?

Dowiecie się w kolejnej części…

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Beatka na majówce. Część 1, czyli o tym, jak przestałam marzyć o wędrówkach od schroniska do schroniska.

Dłuuugi majówkowy weekend, a właściwie tydzień, spędziliśmy (a jakże!) w górach. Już od dłuższego czasu wiedzieliśmy, że jedziemy w jakieś góry, ale do samego końca, dosłownie, nie wiedzieliśmy gdzie.

Decyzja zapadła w poniedziałek koło południa. Kilka telefonów i K. ogarnął nocleg na nadchodzącą noc. Do Rabki nie jechaliśmy zbyt długo, o ile dobrze pamiętam, około 4,5 godziny.

IMG_20180430_175046.jpg

Moje spostrzeżenia z podróży? Ludzie nie potrafią jeździć po drogach ekspresowych i autostradach… Proszę Państwa! Lewy pas nie służy do toczenia się. Na autostradzie nie wyprzedza się ze stałą prędkością zbliżoną do 70 km/h. Patrzy się w lusterka!!! Ooo, to było najgorsze! Wyprzedzasz sobie spokojnie jadąc z prędkością dozwoloną na autostradzie a tu nagle wyskakuje Ci jakiś bziuk na lewy pas. Nie mógł Cię nie widzieć! A właściwie mógł, bo przecież lusterko jest zbędne… Po drodze zagotowałam się kilka razy, ale w końcu dotarliśmy.

Przywitała nas bardzo sympatyczna pani, zaprowadziła do pokoju, który miał być naszym schronieniem na tę noc i właściwie więcej się nie wtrącała. W związku z tym, że zbliżał się wieczór, postanowiliśmy ruszyć na krótkie zwiedzanie. Rabka Zdrój to niewielkie miasteczko z urokliwym parkiem.

Wywarło na mnie wrażenie spokojnego i leniwego uzdrowiska. Być może gdybym pobyła tam dłużej, miałabym bogatsze spostrzeżenia.

To, co rzuciło mi się w oczy, to wiele zabytkowych, drewnianych budynków. Niestety w przewadze popadających w ruinę.

Zabytkowy budynek.

Zabytkowy budynek.

W trakcie spaceru kupiliśmy mapy i leki – dopadło mnie potworne zapalenie gardła. Postawiłam na dużą dawkę ibuprofenu i chyba najdroższe z możliwych tabletki do ssania… Tabletki tak znieczulały, że drętwiał mi język, a ulotka ostrzegała przed zadławieniem z powodu możliwości braku czucia w jamie ustnej. Po zakupach niosących nadzieję na lepsze jutro udaliśmy się do naszego pokoiku, przepakowaliśmy plecaki i czekaliśmy na nadchodzące przygody.

Dzień zaczęłam od tabletki Ibupromu Max, około 9:00 pożegnaliśmy się z gospodynią i ruszyliśmy na spotkanie z chłopakami. Panowie dołączyli do nas jakieś 20 minut później, zaparkowaliśmy samochody i ruszyliśmy na szlak. Wystartowaliśmy ok. 9:40, od razu pod górę. Ja jedna i ich czterech – zapowiadało się dosyć ciekawie. Oczami wyobraźni widziałam, jak ciągnę się kilka kilometrów za nimi… Jednak okazało się, że to chłopaki na początku nie mogli się rozgrzać i przynajmniej na starcie byłam na dobrej pozycji. Tak, tak…później uległo to zmianie. Ogólnie rzecz biorąc, całkiem zabawnie być jedyną kobietą w męskim towarzystwie – uwierzcie, że po 3 godzinach sama zaczęłam oglądać się za dziewczynami!

Wędrówkę zaczęliśmy z ulicy Dietla szlakiem czerwonym. Jest to ścieżka prowadząca na Turbacz po mało urozmaiconym terenie. W przewadze szło się jak po polnej drodze, wokół dużo zieleni, co jakiś czas panorama Tatr.

Muszę przyznać, że nie był to najpiękniejszy ze szlaków, jakie do tej pory widziałam. Nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Beatka ze wzruszeniem patrzyła na swojskie krajobrazy.

IMG_20180501_104114

Beatka w rodzinnych stronach.

Pierwszy dłuższy postój zrobiliśmy przy Schronisku na Maciejowej. Tam usiedliśmy, wypiliśmy, ja rozłożyłam się z moją kuchnią polową, zjedliśmy żelki i poszliśmy dalej. Niestety żadne ze zdjęć z tego postoju nie nadaje się do upublicznienia…

Nie wiem, czy to przez to, że tylko ja pochłonęłam kanapki, czy przez to, że chłopaki się rozruszali, od tej pory robiłam już za ogonek stada. Ibuprom był moim najlepszym przyjacielem, bez niego ból sprawiało mi nawet ruszanie językiem.

Około 12:30 kolejny postój przy Schronisku PTTK Stare Wierchy. Trochę czekolady, trochę żelek, Beatka uzupełniła płyny i ruszyliśmy w dalszą wędrówkę.

received_1232255426909445b

Beatka woli z sokiem.

Zajrzeliśmy na Halę Turbacz, gdzie stoi ołtarz i pamiątkowy kamień.

IMG_20180501_145525

To tutaj, jeszcze jako ksiądz, Karol Wojtyła odprawił w 1953 roku mszę po raz pierwszy zwrócony twarzą do wiernych.

IMG_20180501_145444

Pamiątkowy kamień.

IMG_20180501_145427

Ołtarz.

Gdy schodziliśmy z hali, naszym oczom ukazały się ostatnie krokusy w tym sezonie! Nie liczyłam nawet na takie szczęście.

SONY DSC

Krokusiki!

I w końcu, po 6 godzinach marszu z obciążeniem, o 15:30 zdobyliśmy szczyt Turbacza – 1310 m n.p.m.

SONY DSC

Turbacz – szczyt.

Sam szczyt…eee…no cóż. Powiem krótko – szału nie ma. Dużym plusem jest panorama Tatr. Dowiedziałam się, że Turbacz od grani Tatr Wysokich dzieli jedynie 40 km. Dzięki temu przy w miarę dobrej pogodzie można wypatrzeć gołym okiem mnóstwo szczytów.

Ze szczytu widać także Jezioro Czorsztyńskie, a nawet wypatrzyłam ukochane Trzy Korony. I widać Babią Górę, którą mieliśmy z K. zaplanowaną na czwartek.

IMG_20180501_190200

Takie zdjęcie wysyłałam wieczorem do przyjaciół i rodziców – a niech wiedzą.

10 minut spaceru i… niemalże Jasna Góra w Częstochowie – serio, takie było moje pierwsze wrażenie. Przypomniała mi się pielgrzymka maturzystów. Jechałam z myślą, że to miejsce wyciszenia i zadumy – brutalna rzeczywistość wprawiła mnie w osłupienie. Pamiętam mój szok, kiedy zobaczyłam kolorowe neony i masę ludzi. Wydało mi się to bardzo komercyjnym miejscem. Identycznie poczułam się, gdy weszliśmy na teren schroniska.

SONY DSC

Schronisko Turbacz.

Była połowa dnia, większość ludzi była tu na obiedzie – weszli na szczyt, przyszli zjeść i schodzili. Ale i tak moje wyobrażenie o schronisku zostało zmasakrowane i porzucone jak dziurawy but. To miał być mój pierwszy raz w schronisku, zawsze kojarzyło mi się to z niesamowitą atmosferą, kontaktowymi ludźmi i w ogóle, że to jest takie WOW. A tu się okazuje, że nie zrobiliśmy wystarczająco wcześnie rezerwacji, więc śpimy na podłodze, stanie w kolejce po obiad to trochę polowanie – obiady są wydawane w tym samym miejscu, w którym się za nie płaci, więc ludzie ciągle się tłoczą, poza tym musisz rozpoznać, czy dany posiłek stawiany na blacie jest Twój, czy właśnie komuś go podbierasz. Ceny są takie „knajpkowe” – obiad ze schabowego i ziemniaków to 27 zł. Noclegi są droższe, niż sądziłam. My za podłogę zapłaciliśmy po 20 zł każdy, natomiast pokój 2-osobowy to kwota rzędu 50 zł/os., a miejsce w pokoju wieloosobowym (od 10 do 15 łóżek) to 38 zł za głowę.

Po względnie smacznym posiłku i krótkim odpoczynku, zanieśliśmy swoje rzeczy na górę budynku, gdzie rozłożyliśmy się na klatce schodowej. Nasz Gospodarz Wycieczki zorganizował nam nawet materiałowe materace.

DSC06829.JPG

Zaczęły wychodzić opalenizny. Panom upiekły się nosy i karki, ja czułam trochę ramiona. Dzień był upalny, zupełnie niemajowy. Natomiast wieczorem zrobiło się bardzo zimno. Korzystając z okazji, że jesteśmy ciut bliżej nieba, wybraliśmy się na szczyt obserwować zachód słońca.

Zmarzliśmy tam porządnie. Jeden ze stada z powodu braku kurtki, musiał ewakuować się do schroniska, drugi robił pompki, żeby się rozgrzać. Czego się nie robi dla pięknych widoków…

SONY DSC
Rozgrzewka na Turbaczu.

Tak jak się spodziewaliśmy, słońce ostatecznie zaszło, a my sobie poszliśmy. Zachód był ładny, ale to co było najpiękniejsze pojawiło się po tym jak pomarańczowa kula ukryła się za górami, a my…zdążyliśmy sobie pójść. Między drzewami widzieliśmy tylko piękne różowo-pomarańczowo-błękitne smugi na niebie. No cóż, nie można mieć wszystkiego.

SONY DSC

Tak zachodzi słońce na Turbaczu.

Wieczór spędziliśmy na „legowisku”, nawiązaliśmy krótką, ale ciekawą znajomość i dzięki niej zmieniliśmy plany na powrót do Rabki. Chłopak, którego K. zaczepił, podpowiedział nam kilka możliwości i wybraliśmy zejście do Nowego Targu.

Poszliśmy spać jak śledzie. I tylko jedno z nas się wyspało. Ja (co do mnie nie podobne) nie spałam praktycznie wcale, myślałam, że ta noc się nie skończy. Nie wiem, czy było mi za gorąco, czy za ciasno, czy gdzieś w głębi duszy bałam się, że ktoś ukradnie mi w nocy buty i będę wracać jak stereotypowa „Polka na wczasach” w japonkach… Chyba to niewyspanie zaowocowało tym, że droga powrotna stała się dzikim pędem. Na początku trochę padało, zrobiło się delikatnie ślisko, a ja i tak nie miałam czasu się porozglądać, bo faceci tak pędzili… Ostatecznie dałam upust swoim negatywnym emocjom, powiedziałam kilka słów, których nie ma potrzeby cytować i w ramach buntu po prostu sobie stanęłam.

IMG_20180502_093310

Jest pięknie.

IMG_20180502_093301

Nie ma to jak herbatka na szlaku.

Niestety w górach spotyka się też takie widoki:

img_20180502_094436.jpg

Kontenerowy bar z wysypiskiem śmieci…

W tym pędzie udało mi się na szczęście wychwycić też widoki skłaniające do pozytywnych przemyśleń. Niecałe 5 minut od tego śmietniska wypatrzyłam to:

Przed samym południem dotarliśmy do Nowego Targu. Powędrowaliśmy w poszukiwaniu przystanku, skąd bus zabrałby nas do Rabki. W sklepie chłopaki dowiedzieli się, że za chwile miał być miejski autobus do centrum, skąd na pewno łatwo można się dostać tam, gdzie chcieliśmy. Kupili bilety, pani sklepowa chciała zarobić i próbowała ich naciągnąć na dodatkowe bilety za duże plecaki. Właściwie do tej pory nie wiem, czy to był taki chwyt marketingowy, czy nasze plecaki faktycznie pojechały na gapę…

IMG_20180502_115134

Niezbędna pamiątka z wyjazdu.

Posiedzieliśmy trochę na Rynku, o 12:00 wysłuchaliśmy hejnału, którym jest melodia pieśni pod tytułem „Idzie Jasiek na zbój”. Można go posłuchać i więcej się o nim dowiedzieć TU. Następnie ruszyliśmy na busa, który już na nas czekał. Podróż trwała chyba pól godziny. Chyba, ponieważ większą część przespałam…

Dotarliśmy do samochodów i tam nasze drogi się rozeszły. Chłopaki wrócili do Krakowa, a ja i K. wyszukaliśmy pole namiotowe i otworzyliśmy się na kolejne doświadczenia. Przed nami było jeszcze wiele kilometrów szlaku i jeszcze więcej metrów w górę do pokonania.

Ale o tym w następnej części…

 

 

 

 

1 komentarz

Filed under Szuflada.

Gdańsk – relacja.

Zaczęło się od tego, że zaspaliśmy… Zerwaliśmy się z łóżka o 5:18, a autobus na dworzec mieliśmy mieć 5:48 (trzeba wyjść 10 minut wcześniej). Pełna mobilizacja, wszystko było na szczęście przygotowane dzień wcześniej i nawet udało nam się zjeść śniadanie!
Do Warszawy dotarliśmy pół godziny przed planowanym przyjazdem, kilka stacji metra od Placu Defilad i byliśmy na Dworcu Metro Młociny skąd odjeżdżał autobus do Gdańska.

20171101_085807
Do samego Gdańska dojechaliśmy bez problemu, ruch poza Warszawą był znikomy. Od razu też udało nam się złapać tramwaj łączący bezpośrednio Dworzec z Brzeźnem. Chwilę po wyjściu z niego zobaczyłam błękit. Było już szaro więc nie miałam pewności, czy to już TO,więc „ochy” i „achy” powstrzymywałam do samego końca. Zanim ruszyliśmy w stronę miejsca gdzie mieliśmy spać, chciałam przywitać się z morzem. Było bardzo spokojne, wiatr minimalny. Buzia sama mi się uśmiechnęła ale poczułam też lekkie rozczarowanie – morze w Zatoce praktycznie milczało. Nie usłyszałam tego szumu, którego z utęsknieniem wyczekiwałam.

20171101_161424
Z bagażami ruszyliśmy w poszukiwaniu domu, w którym mieliśmy spędzić kolejne 3 noce. Wiedziałam, że ma być blisko plaży, ale w rzeczywistości byłam i tak zaskoczona, że to tylko 3 minuty spaceru! Przywitała nas bardzo sympatyczna pani. Pokazała nam „Pokój miłości”, który wywołał na naszych twarzach niemałe uśmiechy.

SONY DSC

Ale i tak nic nie pobije łazienki, w której ciepła woda pod prysznicem była dostępna po wrzuceniu żetonu do timera (muszę podkreślić, że pokój wynajęliśmy w prywatnym domu). Cały pobyt nas to bawiło, bardzo ekonomiczne rozwiązanie. 1 żeton = 5 minut ciepłej kąpieli, jeśli chcesz dłużej – wyskakuj z 2 zł. 20171101_164954

Po wstępnym rozpakowaniu się ruszyliśmy na spacer wzdłuż brzegu i portu.

Poszliśmy na kolację do przybrzeżnego baru z klimatycznym, morskim wystrojem (nie można było robić zdjęć, więc Wam nie pokażę), po czym ruszyliśmy pod żetonowy prysznic.

Na czwartek zaplanowaliśmy zwiedzanie Latarni Morskiej w Nowym Porcie. Szliśmy tam przez wspaniale pachnący park, kryjący pośród swoich jesiennych barw bunkry. Tak więc „były bunkry i było zajebiście”*.

SONY DSC

Do samej latarni mieliśmy kawałek do przejścia. Chciałam ją zwiedzić z kilku powodów. Do wycieczki przygotowałam się wcześniej i trochę o tej latarni poczytałam. Jest to jedna z niewielu prywatnych latarni udostępnionych zwiedzającym, ale to co mnie w niej najbardziej zainteresowało, to kula czasu. Miała za zadanie wskazywanie godziny 12, 14, 16 oraz 18 wedle niemalże doskonałego wzorca. Kapitanowie niegdyś ustalali kurs statku według wskazań chronometru, czyli takiego pokładowego zegarka. Dlatego też musiał wiedzieć dokładnie, która jest godzina. Nawet najmniejsze opóźnienie mogło spowodować zejście z kursu o kilka mil morskich. Dlaczego taki chronometr mógł się „rozregulować” po jednym nastawieniu? Było wiele powodów, między innymi wilgoć stale panująca na statku, lub łodzi a także wstrząsy, które mogły wpływać na niedoskonałe urządzenia. Więcej o kuli można przeczytać na przykład TUSONY DSC

Na latarni zależało mi też ze względu na widoki. Co prawda tego dnia pogoda była raczej niesprzyjająca podziwianiu pięknych widoków, bo kropił deszcz i unosiła się lekka mgła ale nie chcieliśmy rezygnować z okazji. Google nas oszukało, bo twierdziło, że latarnia jest czynna, jednakże po przejściu kilku kilometrów pocałowaliśmy klamkę… Sezon na zwiedzanie skończył się z ostatnim dniem września. Jedyne co nam pozostało, to pogapić się na port, pomnik na Westerplatte i ruszyć dalej.

Pojechaliśmy do centrum zwiedzać Śródmieście. Oczywiście zaliczyliśmy Fontannę Neptuna, Żurawia, zobaczyliśmy Bazylikę Mariacką (ale tylko z zewnątrz, bo cała była pozasłaniana ze względu na prace konserwatorskie). Mamy zdjęcie z Filharmonią Bałtycką w tle. Pooglądaliśmy wielobarwne kamienice, kupiliśmy magnesik na lodówkę i wróciliśmy późnym popołudniem do domu.

Na kolację poszliśmy zjeść rybkę, którą kończyłam na śniadanie, bo porcja była ogromna. Zarówno przed jak i po kolacji odbyliśmy spacer wzdłuż linii brzegowej, morze pięknie szumiało, dostałam w końcu to, co chciałam. Przeszliśmy się po molo, choć linia horyzontu była ledwo dostrzegalna w nocnych ciemnościach, mogliśmy poobserwować rodzinkę łabędzi. Podkładanie dialogów pod obserwowaną scenkę sprawiło, że długo będę wspominać te ptaki. Mama, tata i dzieci. Niektórzy spali, znalazł się taki, który potrzebował odrobinę czułości od rodzica. Było dosyć ciepło i prawie bezwietrznie. Gwiazdy miejscami spoglądały na nas przez dziury w chmurach.

Piątek. Po śniadaniu ruszyliśmy prosto na plażę. Zrealizowaliśmy plan przejścia na sopockie molo. Szum fal był kojący i przyjemny, a na plaży leżało mnóstwo meduz wyrzuconych przez morze.

20171103_114817SONY DSC

Taki spacer zajmuje sporo czasu, tym bardziej jeśli robi się mnóstwo zdjęć… Po drodze widzieliśmy „naszą” rodzinkę łabędzi.

dsc06178.jpg

Na chwilę zeszliśmy też z plaży i przeszliśmy kawałek trasy przez park. Zapach stuprocentowego lasu, czyli to, co lubimy najbardziej. SONY DSC

Zebrałam kilka muszelek, a było w czym wybierać…

Wstęp na molo o tej porze roku jest bezpłatny. Dzięki terminowi, w jakim się wybraliśmy, ludzi było na szczęście niewiele. Przeszliśmy całe molo, pogoda była świetna. Co kilka minut chmury się rozstępowały a spośród nich zaglądało rozpromienione słońce.

Molo jak molo. Szału nie ma. Byliśmy, zobaczyliśmy. Przeszliśmy się jeszcze Rynkiem w Sopocie, zobaczyliśmy Krzywy Domek i zjedliśmy bardzo niesmacznego Sopockiego Kebaba (zdecydowanie nie polecam, małe to i niezbyt dobre – nie najesz się tym).

Wracaliśmy już trochę zmęczeni, zrobiliśmy nawet postój.

image-20171103_124543

Widoki i szum morza relaksujące, jod poprawiający nastrój zrobił swoje. Zaliczyliśmy też wschód…Księżyca 😉

SONY DSC

Cała wyprawa to około 6-7 godzin spaceru. Nogi trochę bolą, bo jednak ciągle idzie się plażą, gdzie miejscami piasek zachowuje się jak błoto pośniegowe. Ale naprawdę warto!

Sobota była dniem wyjazdu. Spakowaliśmy się, podziękowaliśmy naszej Gospodyni za gościnę i ruszyliśmy pożegnać się z morzem, które znów było spokojne i niewzruszone.

20171104_110603

Podróż do Warszawy upłynęła nam pod znakiem książek i snu. Mi szczególnie pod znakiem snu. W Warszawie drobne przeboje i trochę kasy w plecy… Powiem tylko tyle: zawsze sprawdzajcie skąd ma odjechać Wasz autokar 😉 Ale dotarliśmy szczęśliwie do Lublina i około 22:00 byliśmy w domu.

 

*parafraza wypowiedzi z filmu „Chłopaki nie płaczą”

1 komentarz

Filed under Szuflada.

Rzucamy wszystko i jedziemy…nad morze!

1264650_691582640871522_2018262685_o

Przedłużyliśmy sobie weekend z powodu zaplanowanego jakiś czas temu wyjazdu w bliżej nieokreślone góry. Jednak zarówno pogoda jak i niedyspozycja obuwia pokrzyżowały nasze plany. Już mieliśmy zrezygnować z wojaży, gdy pojawił się pomysł wyjazdu do Gdańska.

Ogarnęliśmy już transport i noclegi – swoją drogą w pasie przybrzeżnym wskazywanym jako bogaty w jod (podobno do 300 m od linii brzegowej stężenie w powietrzu o tej porze roku jest spore). Zaczęliśmy planować co i kiedy zwiedzimy, a że jedziemy na dosłownie parę dni, trudno zaplanować jakieś wielogodzinne wycieczki.

Ostatni i jak do tej pory jedyny raz spotkałam się z Bałtykiem podczas kolonii, na których byłam wychowawcą. Wtedy to zakochałam się (o czym wspomniałam tu) i wracam do tego z ciepłem na sercu. Czuję też lekką „tremę”, jak nastolatka, która ma zamienić kilka słów z obiektem swoich westchnień, czuję, że znów zachwyci mnie ten szaro-niebieski bezkres a ja (tym razem) tym zachwytem będę się dzielić z Nim. To trochę jak przedstawienie kochanka swojemu mężowi z próbą ukrywania uczuć – tak mi się skojarzyło dziwnie. To będzie ciekawe doświadczenie dla mojego nadwrażliwego wnętrza – nie mogę się doczekać!

Prawdę mówiąc tym razem przytrafiła mi się rzecz niesłychana – nie mam potrzeby planowania. Chcę pojechać, poczuć ten silny wiatr i słuchać szumu i zawodzenia morza. Tak naprawdę nie miałabym nic przeciwko siedzeniu w jakiejś budce na plaży w zimowym okryciu, pod kocykiem i jeszcze z grzanym winem w termosie. Z drugiej strony ta turystyczna część mojej duszy bardzo nie lubi „marnować” czasu na wyjazdach. W związku z tym nie potrafię powiedzieć co nam z tego urlopu ostatecznie wyjdzie… Liczę na to, że wrócę z nową energią do podejmowania nowych przedsięwzięć i rozwijania swoich najnowszych pasji, której owocami planuję podzielić się z Wami w niedalekiej przyszłości.

Czekajcie na relację. Bałtyku, nadciągamy!

841154_691583904204729_1972197393_o

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Wygrzebane z archiwalnej szuflady.

Chciałam Wam dzisiaj napisać o moich wczesnojesiennych przemyśleniach, weszłam na bloga i zobaczyłam, że mam 10 szkiców wpisów, których nie opublikowałam. W tym jeden, do którego wróciłam z uśmiechem i jakieś takie ciepełko poczułam na sercu. Wpis jest także wczesnojesienny, ale sprzed dwóch lat. Podzielę się nim z Wami, a o swoich dzisiejszych przemyśleniach opowiem Wam następnym razem.

„Za oknem już prawie jesień. Lato upłynęło szybko, aczkolwiek dla mnie bardzo przyjemnie. Weekend wydłużony przez Boże Ciało spędziłam w ukochanej Szczawnicy z Ka., którą zaraziłam miłością do tego cudownego zakątka. To był jeden z lepszych wyjazdów w moim życiu. Pojechałyśmy we dwie, mimo, że planowałyśmy zebrać większą grupę ludzi. Nic lepszego nie mogło nam się przytrafić. Plan zrealizowałyśmy w pełni, wyrobiłyśmy 200% normy.
W dniu przyjazdu, a dotarłyśmy na 6.00, już o 11.00 zaliczyłyśmy pierwszy szczyt. Pogodę miałyśmy cudowną. Słońce nas przyrumieniło, a w dniu wejścia na Trzy Korony i Sokolicę akurat wyjątkowo jeden dzień było chłodniej, co umożliwiło nam wejście na szczyt, na który polowałam od kilku lat. Duma nas rozpierała jak już schodziłyśmy po tym morderczym dla naszych mięśni wysiłku. Ciała marzyły o zemście na nas, ale umysły i dusze były zachwycone 😀 Po tej wspinaczce poszłyśmy na obiad bezpośrednio, po czym wykąpałyśmy się i zaległyśmy na łóżkach. Od 18:00 do 3:00 spałyśmy jak zabite po uprzednich jękach i stękaniach „Masażu…masażu…euhhh…”. O 3 obudziło nas coś strasznego.. To jest coś, czego o tej porze doby po prostu nie da się ani przegonić ani oszukać. To taka bestia, którą po prostu trzeba nakarmić… Jest nią… GŁÓD!!! Lodówka była 2 piętra niżej, więc założyłam czołówkę i heja po pasztety i warzywa. K. zajęła się przygotowywaniem stołu do kolacjo-śniadania i herbatą. Najadłyśmy się i szczęśliwe poszłyśmy spać, ja aż do 10.00. Było mnóstwo zabawnych momentów, których nie będę tutaj przytaczać z jednego jedynego powodu – Was by nie śmieszyły, ponieważ były to takie sytuacyjne żarty.
Podczas urlopu z kolei odbyłam długą, fascynującą podróż pociągiem na drugi koniec kraju – do Kostrzyna nad Odrą. Przystanek Woodstock. Niesamowite miejsce. Pozytywne nastawienie ludzi do siebie, uśmiechnięte twarze, fantazyjne przebrania i pomysłowe sposoby na „zarobienie” na piwo, które rozbawią nie jednego przechodnia. Tekturowe zamki, okopy i fosy – mnóstwo przeróżnych rodzajów miejsc noclegowych na tych kilka ładujących pozytywną energią dni. Tego nie da się opisać i uwierzcie mi, że nie wyobrazicie sobie tego wszystkiego słuchając opowieści. To trzeba przeżyć. I uwierzcie, zwłoki nie walają się wszędzie, nie wszyscy są pijani lub naćpani do granic możliwości. Można tu zjeść danie, którego łatwo nie dostaniecie wszędzie indziej. Jest mnóstwo warsztatów i ciekawych przedsięwzięć – każdy moim zdaniem znajdzie coś dla siebie. O koncertach nie będę nawet wspominać, bo chyba tylko fani wyłącznie muzyki poważnej nie mieliby na co pójść.
Po Woodstocku namiot tak się nam spodobał, że zaliczyliśmy jeszcze weekend w Piasecznie. Polecam tamtejsze pole namiotowe. Warunki świetne na wypad kilkudniowy. Odpocząć można przebywając już na terenie samego ośrodka – polecam byczenie się na kocu obok namiotu -tylko bez jedzenia, bo osy żyć nie dają… à propos os… Ja byłam dzielna i cierpliwa – pozwalałam im zjadać pasztet z knapek, karmiłam pomidorkiem i dżemorem… Natomiast M.K. przeganiał je nieustannie, rzucał klapkami i czym popadło. Nie uwierzycie co się stało dnia ostatniego?!?!?! Tak…dokładnie…przy samym pośladku!”

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

O 23 Woodstocku słów kilka po raz drugi.

20170801_090423

Dzisiaj słów kilka o podróży i tym, co warto ze sobą mieć w woodstockowym pociągu.

Z Lublina pociąg miał odjechać o 7:20. W Łukowie zgodnie z planem miał być o 8:39. Ja, jako typowa panikara, bałam się, że spóźnimy się i nie zdążymy przesiąść do pociągu do Kostrzyna(9:01). Moja panika wzrosła, kiedy odjazd pociągu z zupełnie nie znanych przyczyn opóźnił się o całe (!) 3 minuty! Już widziałam siebie stojącą na łukowskim peronie, całą zapłakaną i machającą białą chusteczką… eeee…. kolorową chusteczką (taką dysponowałam) za oddalającym się pociągiem o wdzięcznej nazwie „Wschód słońca”. W Lublinie nie było praktycznie żadnych woodstockowiczów, poza nami może jeszcze ze 4 lub 5 osób. Do Łukowa dotarliśmy na szczęście o czasie. Tam też nie było jakichś dzikich tłumów. A konkretnie była nas garstka. Gdy zapakowaliśmy się do pociągu, ja i K. mieliśmy cały przedział dla siebie! Cały duży przedział, nie taki malutki na te 8 miejsc. Sytuacja utrzymywała się przez dwie kolejne stacje, ale gdy dotarliśmy do Warszawy… o Panie!!! Tutaj to się dopiero zaczęła zabawa.

Do pociągu wtoczyła się kolorowa masa ludzi, niektórzy bardzo młodzi, większość młodsza od nas. I nagle zrobiło się ciasno. Do toalety trzeba było już się przepychać lub przechodzić po siedzeniach. Ktoś rozwiesił sobie też hamak. Nawet przez jakiś czas toaleta reprezentowała wysoki poziom kultury i klasy, potem było już gorzej, ale do samego końca można było znaleźć toaletę, z której normalnie dało się skorzystać.

Było potwornie gorąco. Polecam jazdę w nocy – w aspekcie temperatury jest o wiele przyjemniej. Myślę, że były momenty, kiedy podczas naszej podróży temperatura przekroczyła 40 stopni Celsjusza. Było to niemiłosiernie męczące. Pomocny był koc, którym zasłoniliśmy okno, na przewiew nie można było liczyć. Prędkość z jaką jechał pociąg doskonale przysłużyła się wraz z opływowym kształtem pociągu do utworzenia swego rodzaju korytarza powietrznego, przez który pędziliśmy. Przez okno wpadały tylko jakieś zagubione na zakręcie powiewy, ale niewiele zmieniały. Wszyscy byliśmy zgrzani, kleiliśmy się i dzieliliśmy wodą z osobami, które nie zadbały o prowiant.

W pociągu poznaliśmy wiele nowych osób, dokarmialiśmy zagubionych wędrowców naszymi pysznymi kanapkami. Jak to powiedział nasz nowy kolega Adrian: „Samotność kończy się w woodstockowym pociągu” – tutaj każdy Ci pomoże, wesprze, podzieli się jedzeniem, piciem, ubraniem. Znajdzie się ktoś, kto Cię uczesze lub zrobi masaż.

20170801_123340

Kostrzyn nad Odrą powitał nas lekko zachmurzonym niebem. Dojście na pole zajęło nam jakoś wyjątkowo dużo czasu. Przyznaję, że po tym ukropie w pociągu nie dość, że czułam od siebie jego zapach to jeszcze byłam wykończona. A plecak nie był lekki. Jednak wszystkie bolączki minęły gdy naszym oczom ukazał się ten o to widok:

20170801_204217

Zdjęcie tak ostre, jak moje widzenie w tamten wtorkowy wieczór, więc chociaż trochę możecie poczuć się, jak ja. To, co widzicie powyżej to Duża Scena, wtedy jeszcze podczas ostatnich prac konstrukcyjnych. Jedyne, co sprawiło, że poczuliśmy się nieswojo to płotki. Już we wtorek pod scenę nie dało się podjeść. Nie było na niej flag, które pojawiły się dopiero przed pierwszym oficjalnym koncertem. Poza tym poczułam się jak u siebie. Mimo, że ludzi było już całkiem sporo, nie miałam w sobie takiej paniki, że jak się zgubię mojemu K. to sytuacja będzie niemalże dramatyczna. Odwiedzałam swoje stare kąty i tego uczucia nie można słowami opisać. Tak samo czuję się w Szczawnicy. Tam też jestem u siebie. Te dwa miejsca na Ziemi, jak na razie są moimi najpiękniejszymi, mimo że każde ma swoje własne inne piękno w sobie.

20170802_081513-e1502877127649.jpg

Od razu po dotarciu na Pole Malinowskiego, gdzie zaprowadził nas kolega R., a powitał Minionek ze zdjęcia, staraliśmy się jak najszybciej rozbić namiot. Zmęczenie dawało się we znaki, ale mi bardziej dokuczały komary. Nie mogłam się od nich odpędzić! Tu próbuję przytrzymać jakiś element namiotu a tu mnie gryzie krwiopijca jeden! Ba! Nawet nie jeden, a kilku! Pochylanie się przy rozstawianiu naszego „domu tymczasowego” ujawniło u nas silne bóle głowy a’la zmęczenie totalne. Zanim postawiliśmy całą konstrukcję do pionu, zrobiło się ciemno. Posiedzieliśmy trochę, żeby odpocząć, ja poszłam umeblować mieszkanko, wszystko powyciągałam z plecaków, pościeliłam nasze arcykrzywe i nierówne łoże – podłoże. Karimata, prześcieradło, jeden śpiwór pod plecki, drugi do nakrycia. Dzielna Beatka (to też był jej drugi Woodstock) posłużyła mi za poduszkę. Podjęliśmy decyzję, że idziemy zmyć z siebie ten pociągowy smród. Zebraliśmy manatki i ruszyliśmy. Ledwie ciągałam nogami, ale przeszłam dzielnie przez leśną dróżkę, Pokojową Wioskę Kryszny aż dotarliśmy do wodotrysków. Krany nie były jeszcze oblegane, do wyboru do koloru. Umyliśmy się tą lodowatą wodą – zimna woda skuteczniej zabija różnego pochodzenia zapachy – i odżyliśmy. Ja jeszcze przy namiocie padnięta, byłam przekonana, że prosto spod prysznica wrócę do namiotu i padnę. W związku z tym założyłam tylko strój kąpielowy i zawinęłam się w ręcznik. I w takim właśnie stroju siedziałam na jeszcze zielonej, nie zdeptanej trawie w wiosce Kryszny i jadłam ich ryż z kulkami mocy! Wiecie co jest bardziej intrygujące w tej historii? A to, że zupełnie nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Siedziałam zawinięta w ręcznik, na szyi zarzucony ręcznik K. i jeszcze przepasana jak kołczanem, szlauchem z końcówką do kranów. Aż żałuję, że mi nikt zdjęcia nie zrobił! Przysiadła się do nas para. Facet nie mówił po polsku, ale nie miał kiedy się odzywać, bo dziewczyna dużo mówiła. Są autostopowiczami, jeżdżą po całej Europie i dalej. Opowiedziała nam trochę. Chwilę później dosiadł się do nas Wiking.

Wyglądał niemalże jak Ragnar z „Wikingów”, tylko szczuplutki. Na głowie tatuaże, dłuuuga broda i strój też zupełnie odbiegający od tych widywanych na ulicach. Facet na oko był młodszy od nas. Okazało się, że nigdy w życiu nie miał w ustach mięsa. Powiedział, że jego rodzice są krysznowcami i on po prostu urodził się już w takim otoczeniu, jest to naturalnie wyssane z mlekiem matki. Takich fascynujących ludzi można spotkać siedząc w negliżu na trawie…

Teraz jeszcze kilka słów o niezbędniku. Co się przyda na pewno w podróży?

  • WODA! Nawet więcej niż Ci się wydaje, że wypijesz, może być tak, że ktoś inny będzie jej potrzebował. Może być tak, że rozstawisz namiot i albo nie będziesz mieć gdzie, albo nie będziesz mieć jak, a nawet może być tak, że zwyczajnie nie będziesz mieć siły, żeby pójść i wodę kupić. W takiej sytuacji zapas przywieziony z domu jest zbawieniem. Oczywiście nikt na woodstockowym polu nie da Ci umrzeć z pragnienia, ale ja wolę mieć. Woda jest ważniejsza od jedzenia. My nie zjedliśmy prawie nic przez prawie 12-godzinną podróż z powodu wysokiej temperatury.
  • Nawilżane chusteczki i papier toaletowy. Ten zestaw uważam za obowiązkowy. Umożliwia odświeżenie się i jako takie „umycie” rąk.
  • Podręczna apteczka z lekami przeciwbólowymi, na biegunkę i od bólu gardła, oczywiście obowiązkowo woda utleniona lub podobny środek do dezynfekcji i plastry z opatrunkiem.
  • Koc lub cokolwiek czym można się przykryć / położyć pod głowę / osłonić przed słońcem – przyda się także w namiocie lub przed nim. Ja kupiłam cienki polarowy kocyk za 7 zł w ciuchlandzie.
  • Jedzenie, ale takie, które zniesie wysokie temperatury i nie spowoduje u nas skutków ubocznych. Bułki i kabanosy świetnie się sprawdzają, do tego pomidor / ogórek w osobnym woreczku.

Uważam, że  tych kilka rzeczy umożliwi bezstresowo przetrwać tę przygodę jaką jest podróż pociągiem na Przystanek Woodstock.

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

O 23 Woodstocku słów kilka po raz pierwszy.

20170803_233101

Chciałam opisać Wam tegoroczny Woodstock. To moje drugie podejście. Wielokrotnie próbowałam sobie poukładać, co i jak chcę napisać, ale pragnę Wam opowiedzieć tak dużo, że nie mogę uporządkować myśli. Stwierdziłam, że wspomnienia podzielę na raty. Nie jestem w stanie ułożyć wydarzeń w spójną, chronologicznie skonstruowaną całość. Chyba jest jeszcze za wcześnie. Festiwal krąży jeszcze po mojej głowie, jest w różnych zakamarkach, a ja jeszcze nie potrafię go zebrać do szuflady podpisanej „Ale to już było…”. Zauważyłam, że zdecydowanie łatwiej było mi ostatnio napisać o Woodstocku sprzed 2 lat. Wspomnienia były już uporządkowane i wyselekcjonowane.

Zacznę od koncertów. Ale zanim to, ślę specjalne pozdrowienia do Adama. Adamie, żałuj, że nie dałeś się namówić na choćby jeden dzień! To byłby dzień, który zapamiętałbyś na całe życie – wiesz, ci ludzie, ta muzyka… te głośniki!

Koncerty. Słyszałam wiele, byłam na kilku – przekonałam się, że nie da się tam zobaczyć wszystkiego, harmonogram można sobie włożyć w buty. Po prostu nie jest to możliwe, żeby być w kilku miejscach jednocześnie oraz na wszystkich koncertach na Przystanku Woodstock. Wspomnę o kilku. Zapewne nie opowiem o nich chronologicznie, ale czy to ważne?

Łąki Łan – energia i moc. Zagrali mój „Pola ar”, więc było doskonale. Ponadto będę wspaniale wspominać ten koncert, bo po 9 latach spotkałam się na nim z koleżanką z liceum. 9 lat! A rozmowa, jakbyśmy się miesiąc nie widziały. Miałyśmy spotkać się jeszcze raz, ale Woodstock tak wciąga, że tracisz poczucie czasu i nagle się okazało, że już nie mam kiedy…

Romantycy Lekkich Obyczajów – koncert na Scenie Viva Kultura przy Pokojowej Wiosce Kryszny. Niewielki (stosunkowo) namiot, pod stopami piach, mnóstwo ludzi i niesamowicie pozytywna atmosfera. Bawiliśmy się świetnie. Nie wiem jak Oni to zrobili, ale nie czułam, że my jesteśmy na piachu, a zespół na scenie. Miałam wrażenie, że są pośród nas. Niesamowicie pozytywny i pełny pozytywnych emocji koncert.

20170803_223346

Wilki – No tu pan Gawliński z zespołem nie popisał się. Wepchnęliśmy się w tłum, całkiem niedaleko od sceny, pewni, że będzie świetna zabawa i dużo śpiewania. A tu klops. Zespół zagrał wiele kawałków, z czego znałam może dwa lub trzy. Tłum skandował „Baśka! Baśka! Baśka” – w odpowiedzi dostaliśmy „Będzie.” I kolejną mało znaną przeciętnemu słuchaczowi piosenkę. Zrezygnowani wyleźliśmy z tłumu. Siedliśmy sobie na wolnym kawałku ziemi – a było ich sporo w strefie pod sceną, ponieważ stało ogrodzenie – wymóg w związku z „podwyższonym ryzykiem” tere fere… – tłumy stały poza ogrodzeniem. Hitów doczekaliśmy się dopiero na bisie. Była wyczekiwana „Baśka”. Wtedy dopiero ludzie zaczęli się bawić na całego. Później pan Owsiak powiedział, że Wilki od razu zastrzegły, że nie będzie szlagierów, ale okazało się, że woodstockowa publiczność ma porządną umiejętność przekonywania.

100_4288

Hey – Kurczę, no. Najbardziej emocjonalny i poruszający koncert. Same znane piosenki. Świetna pani Kasia Nosowska ze swoimi rozbrajająco szczerymi wypowiedziami. Żeby zostawić publiczności pamiątkę, rzuciła bransoletkę w tłum. „Tylko tyle mam, ale jest dużo koralików to może uda się wam jakoś podzielić no.”. Koncert niesamowity, wzruszający i wciągający.

LemOn, Domowe Melodie – Te zespoły słyszałam spod namiotu. Bardzo fajnie zagrane, piękne wokale. Nie wiem co się działo pod sceną, bo nie widziałam. Ale bardzo przyjemnie słuchało się ich w ciemnościach.

100_4337

The Qemists – Mój faworyt! Nie dość, że gatunek muzyczny z repertuaru moich ulubionych, to jeszcze świetny kontakt z publicznością. Genialnie zagrany koncert, nie da się nie skakać. Wszystko się tam działo! Było pogo, były kręgi, rozstąpiliśmy się też jak Morze Czerwone, wszyscy też kucnęli żeby wyskoczy jak najwyżej. Wszystko w niesamowicie ciepłej atmosferze, z przesłaniem miłości i przyjaźni do drugiej osoby, z upamiętnieniem osób, których nie ma już wśród nas i na pewno jeszcze z wieloma aspektami, o których w tym momencie nie pamiętam. Bas przeszywający całe ciało, do tego efekty świetlne z Dużej Sceny – bajka! „Wiele bym dała by przeżyć to znów”, mówię Wam. Adam, podobałoby Ci się! Była TAAAKAAA moc!

100_4267

Wiecie co jest takiego niezwykłego w tych woodstockowych koncertach? Klimat, atmosfera, zachowanie ludzi i to jak artyści się do nas zwracają. Nie raz usłyszeliśmy, że nigdzie nie ma takiej publiczności jak na tym festiwalu. Zdarzyło mi się być na kilkunastu koncertach plenerowych poza Woodstockiem. Nie raz oberwałam „z łokcia” od kogoś kto pchał się pod scenę. Nie raz też widziałam jak ludzie prawie się tratują, rozdeptują, szarpią i popychają. Tutaj tego nie ma. Ktoś przechodzi przez tłum? Fakt, musi się trochę pchać, ale przeprasza Cię i jeszcze życzy udanej zabawy. I tak się pcha i po stokroć powtarza te przeprosiny i mile słowa. I uśmiecha się, większość twarzy jest uśmiechnięta, a jak nie jest, to jest zamyślona a w oczach widać zauroczenie. Bawisz się tam i nie czujesz paniki, że ktoś w Ciebie rzuci butelką, której teoretycznie nie mógł tu wnieść, że nie znajdziesz się w złym miejscu o jeszcze gorszej porze, kiedy to ktoś postanowi rozpętać jakąś bójkę. Bawisz się i po prostu bawisz, nie martwisz się o nic więcej.

To nie wszystko. Udało się uzyskać zgodę od prezydenta Kostrzyna na rozebranie ogrodzeń w ostatnim dniu Przystanku Woodstock. Pan Owsiak dał obdarzył nas ogromnym zaufaniem, bo mimo braku płotków, nadal nie można było pod scenę podchodzić z alkoholem i niebezpiecznymi przedmiotami. Pokojowy Patrol stał w miejscach gdzie były bramki, odruchowo pokazaliśmy im, że nic nie mamy – w odpowiedzi dostaliśmy szeroki uśmiech i gest uniesienia rąk symbolizujący „Nic mi do tego!”. I wiecie co? Chyba się udało!

 

1 komentarz

Filed under Szuflada.