Category Archives: Szuflada.

Samotna podróż do ziemi ukochanej, czyli o tym, jak przestać w siebie wątpić i zacząć żyć. Część 2.

Jak sobie człowiek coś zaplanuje, to sami wiecie jak to bywa…

W związku z tym, że chciałam odpocząć, nie wstałam w sobotę zbyt wcześnie, a co za tym idzie, nie zaplanowałam jakiejś wymagającej i odległej trasy. Mój plan obejmował przejście od strony Schroniska Orlica na Palenicę. Pogoda przepiękna, słońce świeciło jak w środku lata, temperatura jeszcze rano całkiem zimowa – poniżej zera. Powietrze przejrzyste, widoki niesamowite. Ruszyłam z zapałem. Najpierw chwilka na tarasie widokowym przy schronisku.

IMG_20190218_175530.jpg

Po kilku głębszych wdechach górskiego, niestety lekko zatrutego smogiem, powietrza ruszyłam w las. Słychać było jak za sprawą promieni słonecznych kapie to, co zamarzło na gałęziach drzew. I niestety okazało się, że to, co kapało z góry z powodu ciepła, na dole zamarzało z powodu zimna bijącego z zamarzniętej ziemi. Efekt był taki, że wszystko wyglądało jak polane cienką warstwą lukru i sami się domyślacie, że było praktycznie nie do przejścia. Podjęłam małą próbę, weszłam po pierwszych schodkach szlaku i od razu pożałowałam… Nie miałam kijków, które choć trochę pomogłyby mi w zejściu, nawet na tyłku się nie dało. Przytulając się do kolejnych drzew i licząc na siłę ich gałęzi zsuwałam się w dół.

IMG_20190216_101112.jpg

Fragment szlaku – za mną były schodki.

Na zdjęciu tego nie widać, ale nawet śnieg pokryty był śliską i twardą warstwą lodu. Pozostało mi podjąć decyzję o odwrocie. Przykro mi było, ale z drugiej strony byłam z siebie dumna, że umiałam mądrze postąpić, ha, ha, ha.

Zeszłam do Orlicy i stanęłam przed pytaniem: „Cóż począć z tak pięknie rozpoczętym dniem?”. Było już za późno, żeby iść na jakiś dalszy szlak, poza tym byłam prawie pewna, że większość jest tak oblodzona, jak ten na zdjęciu powyżej. Postanowiłam więc poświęcić czas na shopping i może bierny odpoczynek. No i ruszyłam eksplorować zakątki Szczawnicy.

Zrobiłam sobie drobne zakupy pamiątkowe, oczywiście pantofle góralskie. W końcu, po tylu wędrówkach, zebrałam się w sobie i zakupiłam kijki trekingowe! I mam! I okazało się, że jestem zachwycona tym, jak ułatwiają marsz. Początkowo nie wiedziałam, czy się dogadamy, jak to się z tym chodzi i w ogóle. Okazało się, że zasada ich użytkowania jest bardzo intuicyjna i praktycznie od razu się polubiliśmy.

Bierny wypoczynek okazał się aktywnym, bo nawet po samej Szczawnicy udało mi się chodzić przez 4 godziny…

Ponieważ przygotowana byłam na szlak, miałam na sobie spodnie narciarskie i kilka warstw ubrań. Górę łatwo było zdejmować, gorzej ze spodniami, nie miałam ochoty od razu wchodzić do jakiejś knajpki tylko po to, by zmienić galoty. Pod spodniami miałam getry, całkiem wyjściowe (pod względem turystycznym), więc gdy już poczułam, że jak zaraz się nie rozbiorę, to po prostu umrę – usiadłam na pierwszej lepszej ławce i zaczęłam je zdejmować. Och… jaka to była ulga! Było co najmniej 10 stopni na plusie, a ja szłam w słońcu w tych spodniach (czarnych na dodatek). Wzbudziłam zainteresowanie kilku osób, ale gdy zobaczyły, że nie zaświecę żadną golizną, przestałam być interesującym obiektem obserwacji.

Po tych męczących spacerach osiadłam na ławeczce na terenie Hotelu Budowlani – jest to hotel ze spa, stojący w wyższych partiach terenu Szczawnicy. Widok bardzo przyjemny, a taras widokowy wystawiony wspaniale do słońca. Zażywałam tam kąpieli słonecznych prawie 2 godziny, a pewnie trwałoby to dłużej, gdyby nie fakt, że zrobiłam się głodna, a zapasy z plecaka już wyjadłam.

Ruszyłam więc w dół, w kierunku Parku Dolnego, niedaleko którego mieszkałam. Przy parku jest niesamowicie klimatyczny lokal „Chatka”. Kilka lat temu od kolegi dowiedziałam się, że nazywają to miejsce „Barchatką” i w moim słowniku też ta nazwa od razu się przyjęła. W knajpce przesiedziałam chyba kolejne dwie godziny. Zjadłam placki ziemniaczane, a po nich ciasto firmowe w postaci przepysznej szarlotki na gorąco. Serdecznie polecam! Porcja jest naprawdę duża, a sama szarlotka smakuje nieziemsko. Do tego oczywiście herbatka z cytryną.

IMG_20190218_143833-1.jpg

Wieczorem oczywiście spacer wzdłuż Grajcarka i wylegiwanie się w łóżku przy „Przyjaciołach” i krzyżówkach. Na kolejny dzień zaplanowałam próbę zdobycia Sokolicy, ale oczywiście też nie wyszło… A dlaczego? Historia jest pełna grozy…

Wstałam wcześnie rano (kierowana paniką, że ta noc na szlaku i tak dalej…) i pomaszerowałam do łazienki. Muszę tu wspomnieć, że w tej niewielkiej, ale ładnie i wygodnie urządzonej łazience są dwa niezależne światła – mniejsze nad lusterkiem i większe normalne, takie na suficie. To górne działa jednocześnie z wiatraczkiem w wentylacji i użyłam go raz (bo trochę ten dźwięk mi przeszkadzał jak tak sama byłam). Poprzedniego dnia wieczorem włączyłam, bo brałam dłuższy prysznic i nie chciałam zostawić zbyt wiele wilgoci w pomieszczeniu. Dlaczego to istotne? Sami się pewnie później domyślicie, jak ta wentylacja wpłynęła na mój dzień, a nawet psychikę. Posłuchajcie…

Tak, jak wspomniałam, wstałam wcześnie rano, jeszcze było szarawo na dworze. Poszłam do łazienki, żeby się zacząć ogarniać i po jakichś 2/3 minutach dokonałam makabrycznego dla mnie odkrycia. Nie dość, że było to odkrycie ogromne, żywe, czarne i lekko włochate, to miało straszliwie i przerażająco osiem nóg…

IMG_20190217_072416.jpg

Potwór! Gigant! Aaaaaaaaa!!!

W tempie ekspresowym wycofałam się i stanęłam w progu łazienki. Zupełnie nie wiedziałam, co robić. Sama do siebie na głos powiedziałam: „No i masz, całe Twoje poczucie niezależności i samodzielności właśnie szlag trafił!”. Zimny pot spłynął mi po plecach… Mało jest rzeczy, których boję się bardziej niż pająków. Do tej pory sama myślałam, że może się trochę pieszczę, że może tylko tak sobie korzystam z tego, że ktoś może odwalić za mnie brudną robotę. Ale nie. Nie!!! Stanęłam w obliczu wyzwania, to było moje być albo nie być – przecież nie możemy żyć w jednym pokoju razem. Mimo to, nie potrafiłam podejść i go ćwiachnąć klapkiem. Uświadomiłam sobie, że mój lęk jest prawdziwy, realny, ogromny i…prawdziwy (przyp. red. celowe powtórzenie). Kolejne akapity będą opowieścią o mojej walce z wieloma wykrzyknikami i wielokropkami – przeżycie szalenie emocjonujące. Można sobie odpuści, bo raczej niewiele wnosi, ewentualnie stawia MNIE w słabym świetle, ale co tam!

W pierwszej chwili pomyślałam, aby go tam zamknąć i zostawić, ale po chwili stwierdziłam, że jeszcze przez całe dwa dni tu będę i naprawdę nie jestem gotowa dzielić z nim łazienki. Przez dłuższą chwilę obserwowałam go, wymyśliłam, że wszystko wyniosę z łazienki no i jednak go zostawię, szkoda było mi czasu. Zaświeciłam latarkę w telefonie, żeby lepiej go widzieć, a on (!) zaczął się ruszać!!! Uciekał za sedes. „O jejuuu stąd to już na pewno go nie wyjmę, nie wsadzę tam ręki, bo mi na bank ją zeżre, albo co gorsze skoczy na nią i zacznie tupać”.

Rozważałam, czy pójść po kogoś, ale trochę wstyd. Poza tym ogarnęłam, że nie słyszę dziecka na górze, więc nie było moich znajomych w domu, a gospodarz to trochę starszy pan i zrobiłabym z  siebie idiotkę prosząc go o latanie za pająkiem. Z drugiej strony bałam się,  że ten potwór w tym czasie zwieje. Kiedy ja tak stałam i rozważałam, co począć w tej tragicznej sytuacji, Pan Pająk znów zaczął wspinaczkę po ścianie. „No pięknie! Przecież tym bardziej go nie zabiję, jak będzie wyżej ode mnie!”. Nie powiem, miał przewagę, wręcz liczebną – wiecie, te 8 długaśnych kończyn… bleee. Zaczęłam wpadać w panikę. Po głowie krążyło mi milion myśli, a każda brzmiała tak samo „Co robić?! Co robić?!”. Te myśli tak głośno huczały mi w głowie, że aż Pan Pająk je usłyszał, bo biegusiem znalazł się na środku podłogi. Ja oczywiście wykazałam się nie mniejszym sprytem, bo w ułamku sekundy znalazłam się w bezpiecznej odległości od łazienki – ale nadal w pozycji umożliwiającej bezpieczne obserwacje.

Trochę wolniej, ale znów zaczął się poruszać i to w kierunku pokoju! Niewiele myśląc szybkim ruchem zatrzasnęłam mu drzwi przed… e… przed nim. Nie uwierzycie!!! Koleżka był tak przerażony albo wkurzony sytuacją, że wybiegł w popłochu pod tymi drzwiami… prosto pod moje łóżko. Ooo uwierzcie mi, że nawet częściowo nie potraficie sobie wyobrazić, co ja wtedy czułam. Nie było szans, żebym tak to teraz zostawiła, przecież ja tu nie zasnę wieczorem, nie spakuję plecaka, nie założę tych ubrań, które zostaną w tym pokoju, jeśli ja nie będę wiedziała, gdzie jest to stworzenie. Tak naprawdę wcale nie chciałam go zabijać, gdybym mogła, teleportowałabym go w jakieś bezpieczne miejsce. Strasznie nie lubię uśmiercać stworzonek (nie licząc komarów i much), zawsze wyobrażam sobie jego rodzinkę i to bardzo utrudnia sprawę. Pan Pająk wydał mi się bardzo zagubiony i samotny…

Oczywiście bałam się pochylić i zajrzeć pod łóżko, bo było ryzyku ataku na twarz. Włączyłam nagrywanie z lampą w telefonie i z pewnej odległości pochyliłam się przy łóżku. Zdaje się, że lampa z telefonu go wystraszyła, bo w te pędy zaczął uciekać w przeciwnym kierunku. Wybiegł spod łóżka – pewnie sukces. Nie zmienia to faktu, że ja zdezorientowana i spocona ze strachu stałam i nadal nie wiedziałam co zrobić. Pan Pająk siedział na środku dywanu i pewnie rozważał drogi ucieczki, sądzę, że już wyczuł zagrożenie.

Weszłam na łóżko i po nim dostałam się do drzwi. Biegiem poleciałam do kuchni po garnek. Chciałam wziąć rondel, żeby miał dłuższą rączkę, ale zapomniałam, że już się w nim moczyły moje płatki owsiane… Musiałam wziąć zwykły garnek. Opracowałam świetny plan. Licząc na to, że jest to stworzenie z gatunku, który nie ma oczu z tyłu głowy i na jej czubku, postanowiłam załatwić go od góry. Weszłam na łóżko i zaczaiłam się nad nim. Wystarczyło postawić na nim ten garnek. I wiecie co?! Nie   uwierzycie!

Wyobraźnia podpowiedziała mi jak Pan Pająk skacze w ostatniej chwili na ściankę garnka, a po niej wbiega błyskawicznie na moją rękę. Ja brzydzę się go dotknąć drugą ręką żeby go zrzucić i tak stworzenie włazi mi na głowę i we włosy i w ogóle mnie zjada. I tak o to z tym garnkiem w ręce siedziałam przygnębiona na łóżku, nie spuszczając z oka mojego towarzysza.

Kątem oka zauważyłam kijki. To była myśl! Aż się uśmiechnęłam sama do siebie. Ja się go pozbędę, a on zachowa życie. Wygonię go na korytarz, pewnie pójdzie gdzieś dalej, będę zamykać drzwi i pilnować ich, jak będę wchodzić i wychodzić, żeby nic nie przemknęło. Zresztą, czy Pan Pająk będzie na tyle głupi, żeby tu wrócić? Nie sądzę. A może… Może w tym wentylatorze czeka na niego Pani Pająkowa i małe Pajączynki? Cholera, wróci na bank – będę pilnować! Sięgnęłam po kijek, rozsunęłam go na maksimum długości i podjęłam próbę zaganiania. Szło mi całkiem  nieźle. Ośmionóg był czujny i nawet (na szczęście) nie musiałam go trycać tym kijem, wystarczyło obok niego pomachać i zaczął się powoli przemieszczać w odpowiednim kierunku. Czułam się bezpieczna, bo nadal byłam na łóżku, a kij był wystarczająco długi, żebym zdążyła go rzucić na podłogę w razie szybkiej wspinaczki Pana Pająka.

Drzwi były uchylone do połowy – sporo przestrzeni, miałam spore szanse. Ale! Ale oczywiście kolega postanowił pobiec pod ścianę za drzwi! Nosz kurczę pieczone! Zeszłam powoli z łóżka i kijem lekko przymknęłam drzwi, musiałam sprawdzić, gdzie on jest. Zaglądam… nie ma! No niemożliwe, przecież jest wielki, a ja nie jestem aż tak ślepa. I wtedy kolejne, trudne do zniesienia, odkrycie – wyszedł przy ścianie POD DRZWIAMI! „Jak ja teraz upilnuję? Papieru napcham pod drzwi?”. Moja desperacja sięgała zenitu. Pająk siedział w kąciku futryny. Popatrzyłam na niego „Przykro mi, albo ja albo ty”. Zawinęłam końcówkę kijka w kilka warstw papieru toaletowego, aby zwiększyć „powierzchnię miażdżącą”, zabezpieczyłam gumką recepturką i zrobiłam to… Po czym rozpłakałam się jak nad ukochanym pupilem. Pani Pająkowo, bardzo przepraszam!

Cała walka trwała godzinę, co przekreśliło mój plan na Sokolicę. Siadłam na łóżku i dążyłam do wyciszenia się. Sprawdzałam kilka razy zwłoki, czy na pewno są już zwłokami. Kiedy się uspokoiłam i ogarnęłam wpadłam na pomysł, że pojadę do Wąwozu Homole.

Jak się okazało, ten pomysł też nie wypalił, ale już dzisiaj nie będę Was tym męczyć 😉

Reklamy

1 komentarz

Filed under Szuflada.

Samotna podróż do ziemi ukochanej, czyli o tym, jak przestać w siebie wątpić i zacząć żyć. Część 1.

Bez zbędnych wstępów i wyjaśnień. Chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o swojej pierwszej w życiu, wymarzonej samotnej podróży. „Samotnej” to słowo klucz, które do mnie nie przemawia, ale określenie „w pojedynkę” odbiera całości ten wyniosły ton. Pozostanie, więc „Samotna”, ale umówmy się, że rozumiana jako: ja we własnej osobie (no i owca Beatka).

Będąc na pierwszych latach studiów, przy okazji odwiedzin u koleżanki, odbyłam rozmowę z jej ówczesnym współlokatorem. Opowiedział mi jak to wybrał się w Bieszczady, sam. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, ale i wywołało totalne zdziwienie. Czy to nie jest brawura? Czy to nie jest głupota? Najlepsze było to, że wędrował, tak jak pojechał, czyli też sam. I skręcił kostkę na szlaku. I wtedy już całkiem urósł w moich oczach do rangi bohatera. Nie był to turysta rodem z bryczki z Morskiego Oka, tylko chłopak, który góry kocha i szanuje i wie jak się przed nimi kłaniać. No i wypadek zdarzył się i jemu. Miał kawał drogi przed sobą, ale oczywiście jakoś dał radę z tą skręconą kostką. Kiedy usłyszałam całą tą historię, początkowo nie wiedziałam, czy mam zacząć o nim myśleć jak o wariacie, czy pogratulować mu odwagi. Oczywiście nie przyznałam się do tych mniej uprzejmych uwag.

On do tej pory nie wie, że opowiadałam jego historię jeszcze przez kilka lat znajomym. O, niby nic, taki tam wypad w Bieszczady latem. Wydaje mi się, że wykorzystałam ,bez zgody autora, historię Radka do wybadania postaw opinii społecznej wobec samotnych wyjazdów w góry… Tak, rozgorzało we mnie marzenie takiego wyjazdu. Ale! Gdzie tam, ja, kobieta. Zginę tam, zgubię się, zjedzą mnie wilki albo wiewiórki, urwie mi nogę, odwodnię się, lub dostanę zapalenia pęcherza, bo nie będzie miał kto stać na czatach, żebym mogła się wysikać.

I tak sobie przez lata spało to moje marzenie, a ja praktycznie każdego roku zaliczałam z kimś kolejne (lub ponownie te same) górskie szlaki. Jeśli czytaliście jakieś wcześniejsze moje relacje, to wiecie, że moim miejscem na ziemi jest Szczawnica. Zapoznałyśmy się jakieś 13 lat temu. Od tego czasu byłam tam 7 lub 8 razy. I na pewno wrócę tam jeszcze nie jeden raz.

Początek roku 2019 mogę scharakteryzować krótko – „byle dotrwać do końca”. Wydaje mi się, że to był jeden z najgorszych styczniów w moim dotychczasowym życiu. Dużo stresu, przeciągająca się infekcja i wiele niewiadomych na horyzoncie. W końcu połowa lutego przyniosła czas urlopu „przymusowego”, ale i wyczekiwanego – ferie zimowe. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, wiedziałam, że wolny czas zmarnuję, bo nie miałam zbyt wielu możliwości, a chęci było jeszcze mniej.

Pierwszy weekend to był czas odsypiania i zupełnego „nicmisięniechciejstawa-i-nicnierobieństwa”. W poniedziałek zaczęłam odczuwać wyrzuty sumienia, no bo jak to?! Wolne, a ja będę leżeć do góry brzuchem? Zaobserwowałam, że jak mi źle w życiu w danym momencie, to nie obejrzę żadnego filmu z zainteresowaniem od deski do deski, nie jestem też w stanie przeczytać więcej niż 3 strony książki. To pogarsza stan samokrytyki wobec potwornego lenistwa i marnotrawienia cennych minut życia.

Długo jednak nie wytrzymałam. W poniedziałkowy wieczór skontaktowałam się z przyjaciółmi ze Szczawnicy, u których zawsze wynajmuję pokój, kiedy tam jestem. Następnego dnia miałam już kupione bilety w obie strony. Miałam wyjeżdżać w czwartek, ale już od poniedziałkowej nocy śniły mi się koszmary o tym, jak gubię się na szlaku, słońce zachodzi, przykrywając jednocześnie cały świat tak gęstą mgłą, że nie widzisz własnych kolan. Na szczęście nie zdążyłam w żadnym z tych snów zamarznąć, spaść w przepaść, czy zostać pożartą przez Yeti, ale do tej pory czuję lekki dreszczyk jak sobie te sny przypominam.

W czwartek rano K. podrzucił mnie na PKS w Lublinie, skąd miałam już bezpośredni autobus do Szczawnicy. Odjazd o 8:25. Przede mną miało być około 9 godzin jazdy. Ruszyliśmy zgodnie z planem, ale ten plan szybko się posypał, bo już na najbliższym przystanku MPK. Przez około 20 minut kierowca gasił i uruchamiał silnik na przemian. Wśród pasażerów coraz większe poruszenie, nikt nie wie co się właściwie dzieje. W końcu kierowca wstał i ogłosił, że za pół godziny podstawią nam drugi autokar… Wpadłam w lekką panikę. Toż to na pewno jakiś zły znak!!! Ale ja, jak to ja. Szybko się wszystkim nudzę, więc i panikowanie znudziło mi się po kilku minutach… Zebrałam manatki i wraz z towarzyszami niedoli opuściłam ten niezbyt czysty i na pewno nie pachnący różami, ale za to w miarę ciepły pojazd. Kiedy ujrzałam, co nam podstawili, zachciało mi się płakać. Kiedy weszłam do środka, gorzko zapłakałam w duchu. A już na pewno szlochały moje wnętrzności, które czując unoszący się w autobusie aromat wielodniowego kaca, zaczęły podejmować próby ucieczki. I tak to rozpoczęła się moja podróż w znane-nieznane z godzinnym opóźnieniem.

Muszę Wam powiedzieć, że kiedy człowiek jeździ zawsze z kimś, zupełnie inaczej na wszystko patrzy. Podróż zwykle mija dosyć szybko, trochę się śpi, trochę rozmawia. Ja już wcześniej jeździłam sama w dalsze trasy (np. do Krakowa), ale zawsze gdzieś tam, ktoś na mnie czekał. Pierwszy raz pojechałam sama ze sobą – do siebie samej w pewnym sensie – bo okazała się to być podróż poniekąd do wnętrza mojej głowy. Jednak całą drogę miałam wrażenie, że jadę do kogoś.

Do Szczawnicy dotarliśmy jeszcze przed 18:00, nawet nie było całkiem ciemno. Pogoda nie była szałowa, ale widoczność była na wysokim poziomie, co umożliwiło mi mentalne przywitanie się ze szczawnickimi wzgórzami.

Szybko się rozpakowałam i ruszyłam po podstawowe zakupy. Oczywiście wybrałam okrężną drogę w celu przywitania się z potokiem Grajcarkiem. Zapoczątkowałam tak cowieczorny spacer wzdłuż jego brzegu.

IMG_20190218_175657.jpg

Pierwszy dzień na szlaku.

Piątek rozpoczęłam w miarę rano, bo miałam obawy, że mój sen się ziści i złapie mnie noc na szlaku. Plan miałam taki, że pojadę do Krościenka nad Dunajcem i spróbuję wejść na Sokolicę, ale jak wyszłam z domu to jakoś tak poszłam w stronę Słowacji… Ruszyłam w kierunku Czerwonego Klasztoru. Byłam tam już kiedyś, cała trasa drogą wzdłuż Dunajca, w miarę bezpiecznie i nie ma możliwości aby się zgubić. Plan był taki, że idę, robię zdjęcie na miejscu i wracam. O samej Trasie Pienińskiej można tutaj przeczytać kilka słów.

Wędrówkę rozpoczęłam około 8:30. Żadnych ludzi, cisza, spokój, szum wody. Napykałam sobie kilka portretów z ręki w różnych pozycjach. Kiedy robiłam sobie zdjęcie z durną minął, wyciągniętą ręką nieudolnie wskazującą na drogowskaz, o godzinie 10:47 spotkałam pierwszych ludzi na szlaku! I to grupkę kilku osób, mówiących w jakimś obcym języku – miałam wrażenie, że to była mutacja angielskiego z niemieckim. Dziesięć minut później spotkałam jeszcze polską parę, a potem już do samego Klasztoru nikogo.

IMG_20190215_102702.jpg

Chmury szybko płynęły na niewielkich wysokościach.

Okazało się, że trasa nie jest tak na 100% bezpieczna, bo po drodze napotykałam na wiele osuniętych kamieni i pozostałość po małej lawince śnieżnej.

IMG_20190215_093044.jpg

Śnieg, który „spłyną” ze stromego zbocza.

IMG_20190215_092740.jpg

Kamienie, które spadły ze skalnej ściany.

O 11:18 nagrałam notatkę głosową – „zobaczyłam Czerwony Klasztor, ale jeszcze tam nie idę. Siadłam sobie na ławeczce, gdzie widzę Trzy Korony, które co chwilę chowają się w chmurze. Jest pięknie.” a w tle słychać szum Dunajca.

IMG_20190215_112209.jpg

Kanapka z parówką na ławeczce nieopodal Czerwonego Klasztoru.

IMG_20190215_114033.jpg

No i Czerwony Klasztor, żeby nie było, że jednak nie dotarłam.

Po ponad dwóch i pół godzinach marszu lekko oblodzoną, ale jednak trochę nudnawą trasą, podjęłam decyzję, że nie wrócę tak, jak przyszłam. Rozłożyłam mapę i spróbowałam odtworzyć trasę sprzed kilku lat (wtedy byliśmy we troje i zastała nas noc – jest co wspominać…). Obawiałam się trochę, ponieważ ja i mapa to raczej trudne połączenie. Zawsze, kiedy K. na szlakach pokazywał mi gdzie jesteśmy, to dla mnie było zupełnie nie zrozumiałe, skąd on wie po tych liniach, że to akurat tu… Zwykle jednak kiwałam ze zrozumieniem głową i robiłam mądrą minę. Nie powiem, strach mnie trochę obleciał, że zgubię się gdzieś w lesie, ale skoro odważyłam się sama przyjechać, to muszę się odważyć sama wejść na prawdziwy szlak (czyt. taki ze skrzyżowaniami, a nie, że prosta droga pomiędzy skalistą ścianą a rzeką…). Przeanalizowałam mapę, poobracałam ją kilka razy w rękach, udając przez pierwsze trzy minuty sama przed sobą,  że wiem, co robię.

IMG_20190215_114938.jpg

Włóczykij byłby dumny…

W końcu, po dłuższych medytacjach wszystko wydawało mi się jasne i już wiedziałam, jak iść. Ruszyłam z zapałem i tylko z lekkim cieniem lęku. „Lesie, nadciągam!”. No i wlazłam do tego lasu i od razu nie mogłam znaleźć szlaku… Drogowskaz wskazywał, że 30 m, ale skąd ja mam niby wiedzieć, że ten zakręt to jest 30 metrów ode mnie, czy mam iść dalej, więc ruszyłam pierwszym w lewo i zapociłam się niemiłosiernie podczas wspinaczki od razu ostro w górę w poszukiwaniu oznakowania. Szlak miał być czerwono-niebieski, później miał się rozdzielić, a później miał od niebieskiego odchodzić żółty – jakoś tak wynikało z mojej analizy. Ale ja zgubiłam już ten pierwszy! Na szczęście zaraz za mną wgramoliła się na górę grupka młodych ludzi – nie tylko ja nie wiem ile to 30 metrów. Na moje szczęście wysłali kogoś na zwiady i okazało się, że za TYM zakrętem w lewo, był następny z pięknym, wyraźnym oznakowaniem.

Najpierw szłam bardzo powoli, bo jakoś nie miałam ochoty na towarzystwo. Zatrzymywałam się co kilka kroków i już zaczynało mnie to wkurzać. Jak się okazało, firmowe buty, kurtki, kijki i termoaktywne ciuchy trekingowe, nie dodają energii, ani nawet za człowieka nie idą! Wyobrażacie sobie? Ja w około 10-cio letnich butach trekingowych z wytartymi już podeszwami, kurtce i spodniach narciarskich, które też już nieraz ze mną maszerowały, w kilku podkoszulkach i bluzie, parłam do przodu jak burza. Czułam, że mam za dużo energii, żeby się za nimi wlec, ale ciężko wyprzedzić sześć, rozwleczonych na kilkudziesięciu metrach, zziajanych ludzi, kiedy idzie się ciągle pod górę.

Na szczęście na pierwszej lepszej ławeczce zrobili postój i tyle ich widziałam. Szlak całkiem łatwy do przejścia, choć w miejscach odsłoniętych, śniegu było jeszcze sporo, miejscami wpadałam po pachwinę. Był to obciążający kawałek drogi, szczególnie kolana dawały sygnały, że mają dość.

IMG_20190215_124344.jpg

Ośnieżony szlak.

IMG_20190215_123708.jpg

Piękne widoki po drodze.

W pewnym momencie natknęłam się na drogowskaz, że do Szczawnicy jeszcze 9 km. Rozłożyłam mapę, żeby zobaczyć, gdzie mogę być i kiedy mam odbić na ten żółty szlak. Dobre duchy lasu chyba mi podsunęły ten pomysł, bo się okazało, że ja w ogóle na tej mapie pomyliłam szlaki rowerowe z pieszymi i raz patrzyłam na jedną trasę, raz na drugą i skleiłam sobie jakiś nieistniejący szlak… To odkrycie tak mnie zaskoczyło, że aż na głos powiedziałam przeciągłe „Oooooo…”, po czym szybko się rozejrzałam, czy nikt mnie nie widzi. Nie wiem co się stało z tamtą grupką, ale nie słyszałam ich ani już później nie widziałam, być może poszli czerwonym szlakiem głębiej na Słowację, nie wiem. W każdym razie ja, już pewna, że wiem gdzie idę i jak idę, byłam jedynym człekokształtnym stworzeniem poruszającym się tamtędy w tym czasie. Mimo wszystko, taki obrót sprawy mnie zachwycił, chyba potrzebowałam pobyć sama, bo było mi bardzo dobrze. Co jakiś czas zatrzymywałam się i słuchałam odgłosów natury, tylko niektóre mnie niepokoiły, ale to była bardziej moja wyobraźnia.

Po dłuższym czasie wyszłam z lasu i zobaczyłam cywilizację. Dałam radę! Pokonałam szlak sama posługując się mapą. To było coś!

IMG_20190215_133546.jpg

W dolinie widoczna jest Leśnica (na Słowacji).

Odkąd weszłam na Trasę Pienińską, byłam już na terenie zasięgu słowackiego, więc nie miałam dostępu do internetu. Taki kilkugodzinny detoks sprawia, że człowiek trochę zaczyna ze sobą w głowie rozmawiać, pewne rzeczy odkrywa. Z Leśnicy do Szczawnicy miałam jeszcze kawałek, ale to już była trasa ulicą.

IMG_20190215_140716.jpg

Już wiem, skąd wzięła się „herbata z prądem”.

A cała trasa, jaką pokonałam tego dnia wyglądała mniej więcej, lub nawet tak jak ta, którą wyznaczyłam na mapie.

Zaznaczenie_003

Następny dzień spędziłam w dużej mierze na kąpielach słonecznych, ale to w kolejnej części.

 

2 Komentarze

Filed under Szuflada.

„Augustowskie noce” i „Stare wileńskie ulice”…

5 października, czyli w zeszły piątek ruszyliśmy całą wycieczką na weekend do Wilna. Z Łopiennika wyjechaliśmy o godzinie 15:00. Pierwszy nocleg mieliśmy zarezerwowany w Augustowie. Podróż w tamtym kierunku zajmuje około 7 godzin.


Zachód słońca w trasie.

Zachód słońca w trasie.

Do hotelu August dotarliśmy około 22:00, szybkie zakwaterowanie i zostaliśmy poczęstowani obfitą kolacją. Stwierdziłyśmy z dziewczynami, że po takiej uczcie koniecznie trzeba trochę kalorii spalić i wybrałyśmy się do centrum Augustowa z chęcią poznania tych słynnych augustowskich nocy. Samemu dosyć trudno w nocy odnaleźć się w tym mieście, skorzystałyśmy więc z mapy w telefonie, a właściwie nie z mapy, a z nawigacji – dlaczego istotna jest ta różnica? Ponieważ po przejściu około 2 km okazało się, że prawdopodobnie idziemy do Centrum, ale Apteki Centrum… Zawróciłyśmy. Rozbawione idąc przed siebie napotkałyśmy tubylca, którego zapytałyśmy o drogę do tego właściwego centrum.
– O tam prosto, przez światła i tam dalej i jest centrum tam.
– A jest tam coś ciekawego?
(chwila ciszy, konsternacja wymalowana na twarzy nie całkiem trzeźwego augustowianina)
-Taaaaaaa….jest ciekawego, jest.
Ruszyłyśmy więc dzielnie w kierunku wskazanym przez naszego przewodnika śmiejąc się pod nosem z jego jakże wysokiej elokwencji.

Szłyśmy i szłyśmy, aż w końcu doszłyśmy do kanału, popatrzyłyśmy na wodę, na kościół i stwierdziłyśmy, że jeszcze kawałeczek przejdziemy – jeśli centrum się nie objawi jak fatamorgana, to wracamy do hotelu. Punktem (dosłownie) zwrotnym okazał się park, który już zawsze będę kojarzyć ze słodkim smakiem na języku. Chwilę postałyśmy, pośmiałyśmy i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Napotkałyśmy dwóch podchmielonych panów, więc w bezpiecznej odległości przeszłyśmy na drugą stronę ulicy. Nie pomogło.
-Dziewczyny! Dziewczyny!
(nie wiedzieć czemu, nagle wszystkie cztery doświadczyłyśmy głuchoty)
-Mogę na chwilę prosić?
-Nie. (odezwała się odważniejsza)
-Od razu nie, nie, nie. Bo pewnie, że tak, jak zagaduję to od razu zgwałcę!
Słyszałyśmy jeszcze dużo za plecami, ale okazało się, że ze względu, że my nie tamtejsze, to nie mogłyśmy pomóc tym panom w odszukaniu drogi. Mnie osobiście zaskoczyła tak bezpośrednia reakcja faceta na odmowę nawiązania rozmowy w środku nocy. Może się zdenerwował i przypadkiem zdradził nam swoje zamiary? Wolę nie myśleć, na szczęście byłyśmy tam we cztery, więc miałyśmy duże szanse.

Warunki w Auguście były całkiem niezłe. Jedyna rzecz, jakiej bym się przyczepiła, to temperatura. Było dość zimno. Rano gdy zaczerpnęłam łyk wody z butelki, która spędziła noc na podłodze, zęby mi zdrętwiały (wiem, że nie jest to możliwe, ale nie potrafię lepiej opisać tego, co poczułam).

W sobotę śniadanko o 7, smaczne, tradycyjne i tyle, ile tylko dusza zapragnie. Przed wyjazdem kilka pamiątkowych zdjęć.

 

Ruszyliśmy na Litwę o 8:10, około 2 godzin później przekroczyliśmy granicę, przejeżdżając obok starych bramek granicznych i kilkunastu stacji benzynowych. Dla zainteresowanych, cena LPG tamtego dnia wynosiła 0,632€. Już kilkaset metrów od granicy straciłam zasięg i dostałam powiadomienie o roamingu.

O ile się orientuję, od Augustowa do Wilna jest 220 km, przejazd zajął nam około 3 godzin. Byliśmy na miejscu o 12:00 czasu polskiego (13:00 litewskiego). Coś, co bardzo mnie zaskoczyło, to fakt, że odkąd przekroczyliśmy granicę, mijaliśmy głównie pola, łąki i lasy. Praktycznie nie przypominam sobie jakichś większych osad. Jedziesz, jedziesz, jedziesz aż tu nagle Wilno! Po drodze musieliśmy też odbyć postój, podczas którego największą atrakcją okazał się „wychodek prawdopodobnie stawiany przez radzieckich żołnierzy”.

"Radziecki" wychodek.

„Radziecki” wychodek.

Teraz kilka słów i ciekawostek o samym Wilnie. Jest to licząca trochę ponad 545 tysięcy mieszkańców stolica Litwy (ludność Litwy w liczbach: 2 872 miliona w 2016 roku; dla porównania Warszawa – 1 735 miliona, dane z 2015 roku). Jest to miasto kościołów – z dostępnych w sieci informacji wywnioskowałam, że jest tu: ponad 40 kościołów rzymskokatolickich, 1 synagoga, 20 cerkwi prawosławnych, 1 świątynia karaimska, czyli kienesa. Ponad to w Wilnie jest 9 bram, z czego najsłynniejsza to Ostra Brama (można w niej zobaczyć dobrze znany  obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej). Dzielnica Stare Miasto w Wilnie obejmuje imponujący obszar ponad 400 hektarów. Możemy tam wypocząć nad dwiema głównymi rzekami: Wilią i mniejszą Wilejką. Na terenie Wilna znajduje się także 7 wzgórz, m. in. Wzgórze Trzech Krzyży, na którym stanęły nasze zabiegane stopy. W Wilnie znajduje się 6 polskich szkół (na terenie całej Litwy jest ich około 80). W ogóle na każdym koku usłyszeć można język polski – nie tylko wśród turystów, ale także przy straganikach z pamiątkami, w sklepie też się dogadamy bez problemu. Koniec tych suchych faktów, teraz trochę więcej o naszym zwiedzaniu.

W umówionym miejscu czekała na nas pani przewodnik. W pierwszej kolejności pojechaliśmy na cmentarz na Rossie, gdzie zgodnie z jego wolą, złożone jest serce Piłsudskiego (ciało spoczywa na Wawelu) oraz zwłoki jego matki. O samym cmentarzu można poczytać TU. Kilka fotek z tego miejsca:

SONY DSC

 

Z cmentarza ruszyliśmy w kierunku Kościoła świętych Piotra i Pawła, który oczarowuje swoim wystrojem.

DSC07896 c

Jedna z wielu ciekawostek kościelnych, jakie zaobserwowaliśmy, to chrzest – zwiedzając ten kościół byliśmy świadkami co najmniej trzech, a ustawiała się już kolejka kolejnych zainteresowanych. A jak już jesteśmy przy bieli, widzieliśmy też trzy pary młode. Śluby chyba też są tam ekspresowe. Ponad to mają tam bardzo ciekawy zwyczaj – osoby, które składają życzenia pod kościołem, ale nie będą na weselu, goszczą się na placu kościelnym. Wystawiony jest stolik z jakimiś drobnymi przekąskami i szampan. Wygląda to wszystko dosyć intrygująco.

Nie pamiętam w jakiej kolejności, ale przytoczę Wam, co jeszcze w sobotę zwiedziliśmy, a jak na tak krótki czas, program był naprawdę bogaty.

Byliśmy w Ostrej Bramie, mogliśmy zobaczyć oryginał obrazu, o którym pisałam wyżej. Weszliśmy też do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, gdzie z kolei mogliśmy spojrzeć i pomodlić się przed oryginałem obrazu „Jezu, ufam Tobie”, który został namalowany w 1934 roku według projektu siostry Faustyny Kowalskiej. Pokazano go wiernym rok później w Ostrej Bramie. Kościół, w którym się obecnie znajduje, jest otwarty (jako jedyny w Wilnie) przez całą dobę, co więcej, raz dziennie odbywa się tam msza w języku polskim. W nawiązaniu do tego wspomnę, że w przeważającej liczbie kościołów można trafić na mszę odprawianą w naszym ojczystym języku.

SONY DSC

Poniżej kilka zdjęć zrobionych podczas przemieszczania się między zwiedzanymi punktami.

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

SONY DSC

Katedra wileńska.

SONY DSC

SONY DSC

Ciekawy stojak na rowery.

Cela Konrada z III części Dziadów.

SONY DSCSONY DSCSONY DSC

SONY DSC

Katedra wileńska. Na dachu uwieczniono wnuka Władysława Jagiełły.

Byliśmy świadkami wielkiej uroczystości pogrzebowej Adolfasa Ramanauskasa „Vanagasa”. „Szczątki wodza partyzantów walczących z okupantami sowieckimi litewscy archeolodzy odkryli w czerwcu br. na Cmentarzu Sierot na Antokolu”. Przeczytać więcej o tym wydarzeniu można na przykład TU.

Po kilku godzinach intensywnego zwiedzania pojechaliśmy na umówiony obiad. Zjedliśmy barszcz podobno litewski – to taki barszcz ukraiński ale z mięsem mielonym – zaraz po nim drugie danie, mały deserek i ruszyliśmy do hotelu Karolina.

IMG_20181007_100221

Stare bloki przeważające na Osiedlu Karolinki.

IMG_20181007_100112

Hotel Karolina.

 

W pobliskim Maximusie zrobiliśmy drobne zakupy i ruszyliśmy do swoich pokoi trochę odpocząć, a trochę się zintegrować. Mieliśmy możliwość wybrania się na wieżę telewizyjną by podziwiać panoramę nocnego Wilna. Niemniej kwota 9 euro za wstęp większość wycieczkowiczów zniechęciła (ale nie wszystkich – nie żałowali).

Widok na wieżę telewizyjną z okna mojego pokoju hotelowego w niedzielny poranek.

W niedzielę śniadanie było o 7:30 czasu polskiego, szybkie pakowanko i ruszyliśmy w drogę. Pierwszym punktem było Wzgórze Trzech Krzyży.

 

Stamtąd pojechaliśmy dalej. Ponary – miejsce kaźni Polaków i Żydów pod Wilnem. Przytoczę Wam to, co powinno się o tym miejscu wiedzieć slowami starszego kolegi z wycieczki, który wyjaśnił mi wszystko w prosty sposób. Rzesza Niemiecka myśląc, że będzie obejmować te tereny wiecznie, zamordowanych 70 tysięcy Żydów i 20 tysięcy Polaków pochowali w ziemi, posypywali ciała wapnem i fosforem. W momencie, gdy pojawiła się na horyzoncie armia radziecka, musieli szybko pozbyć się śladów. Układali więc na wielkich stosach odkopane po nawet 3 latach ciała i układali je w wielkich dołach na przemian z drewnem: ciała, drewno, ciała, drewno… Te stosy płonęły nawet 10 dni!

 

Z tego strasznego miejsca udaliśmy się do Trok. Tam przespacerowaliśmy się w okolicach Zamku, niektórzy chętni popłynęli łodzią.

SONY DSC

Zamek w Trokach.

SONY DSC

Zamek w Trokach.

SONY DSC

Na koniec pojechaliśmy na regionalny obiad w postaci kibin litewskich – jest to regionalny przysmak.

SONY DSC

Kibiny litewskie i rosołek.

Mi osobiście to danie nie posmakowało. Są to takie gotowano-zapiekane pierogi z farszem mięsno – kapuścianym. Dosyć tłuste. Je się je rękoma zawinięte w serwetkę i popija nie mniej tłustym rosołem. Ciasto obgryzłam dookoła, było bardzo smaczne. Farsz po prostu był dla mnie za tłusty. Knajpka, w której jedliśmy była bardzo klimatyczna.

 

O 15:00 naszego czasu ruszyliśmy w długą podróż powrotną, o 1 w nocy byłam w domu.

Na koniec przytoczę jeszcze zasłyszany efekt przespania momentu przekroczenia granicy:
-O patrz, po litewsku „sklep” jest tak samo jak po polsku!
-No faktycznie…

Polecam taki wypad, ale chyba na dłużej niż pół dnia i nie koniecznie z przewodnikiem. Brakowało mi takiej chwili na kawę i pogapienie się na ludzi i to, co mnie otacza.

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Beatka na Roztoczu.

IMG_20180817_100419

Z okazji możliwości przedłużenia weekendu, 15 sierpnia ruszyliśmy z namiotem i rowerami na Roztocze.

Przechwytywanie

Niełatwe było to pakowanie…

Nocleg zarezerwowaliśmy na polu namiotowym przy Karczmie nad Szumem w Górecku Kościelnym. Z kilku miejsc, do których dzwoniłam, tu było bardzo korzystnie cenowo – zapłaciliśmy po 10 złotych za osobodobę. Tym razem zacznę od miejsca noclegu, później opiszę Wam nasze trasy (do tego potrzebuję konsultacji z Kapitanem wycieczki :-P).

Sama Karczma oferuje całkiem dobre jedzenie, ciepłe napoje, alkohol i niezbyt ogarniętą obsługę. Co prawda byłam w środku tylko kilka razy w czasie naszego czterodniowego pobytu, ale za każdym razem czegoś ktoś nie ogarniał. Raz poszłam po kawę i wróciłam po 25 minutach – ekspres się zapchał, pani próbowała go reanimować, znikała co chwilę na zapleczu aż w końcu przyszła i zapytała, czy może mi kawę zaparzyć w kubku albo podać rozpuszczalną… Odechciało mi się tej kawy całkiem, ale szkoda mi było te 4 zł wydać tylko na czekanie.

Do dyspozycji jest łazienka: dwa pomieszczenia z prysznicami i dwie toalety. Nie wiem czy sprzątane, trudno stwierdzić. Raczej rzadko. Ale nie było tak źle, aby nie dało się skorzystać. Woda gorąca, półeczka, lustro. Można było się doprowadzić do ładu. W pomieszczeniach z prysznicami gniazdka, więc nawet suszarkę można sobie odpalić, o ile ktoś pomyśli o zabraniu jej pod namiot.

Pole znajduje się za Karczmą, stoi tam też kilka domków, które również można wynająć. Plac dostępny do rozstawienia namiotu jest całkiem spory, można wybrać dowolne miejsce i zaparkować przy namiocie. No i tu trzeba uważać. My oczywiście wybraliśmy miejsce odległe od Karczmy i niechcianych przechodniów (przez pole prowadziła ścieżka do Kapliczki na wodzie). Ale po pierwszej nocy wzięliśmy cały namiot pod pachy i przenieśliśmy dalej.

IMG_20180815_134605

Miejsce, które najpierw wybraliśmy było osłonięte przed słońcem przez większą część dnia, nam szczególnie zależało na poranku – chcieliśmy się wysypiać po wysiłku na rowerach. Wszystko fajnie, ale już wieczorem podczas kolacji wyczuliśmy coś niepokojącego… Śmietnik! Tak, stał niedaleko, ale też nieblisko. Natomiast myty na pewno nie był nigdy. Najlepsze jest to, że śmierdział „dorywczo”. Czasami się koło niego przechodziło i nic, zupełnie nic. Czuć było wszędzie lasem. Innym razem z daleka było czuć…no śmietnikiem. Natomiast przy namiocie pojawiały się znikąd takie prądy smrodu. Czasami też jakimś szambem zaleciało, ale to tak jakby od rzeki, która płynęła w lesie poniżej.

W związku z tym, że nieprzyjemnie jadło nam się kolację przy napływających co jakiś czas aromatach, postanowiliśmy namiot przestawić. Przenieśliśmy go w miejsce też pod drzewami, przy płocie, który widać na powyższym zdjęciu. Tam już było lepiej. Jedynie po deszczu czasami szambowy zapach gdzieś się na chwilę pojawiał i znikał.

Nasz namiot był przez środę i czwartek jedynym na polu, w piątek dojechały cztery osoby, które się rozbiły obok nas.

Już pierwszego dnia wybraliśmy się na przejażdżkę – rozgrzewkę. Właściwie prawie od roku oboje nie mieliśmy okazji albo możliwości do korzystania z roweru. Zrobiliśmy tylko 27 kilometrów, ale tyłek zdążył mnie rozboleć.

Ogólnie większość szlaków rowerowych swój początek ma w Józefowie. Nasze wyprawy głównie tam się zaczynały, więc najpierw jakieś 10 km z Górecka do Józefowa, większość lasem, a później dopiero na konkretny szlak.

W środę (pierwszy dzień) pojechaliśmy do Józefowa asfaltówką – od kościoła w Górecku Kościelnym w prawo – czego nie polecamy. Jest to droga, gdzie ruch pojazdów jest na tyle zagęszczony, by być trochę upierdliwym dla rowerzysty. Przejechaliśmy się trochę po Józefowie, objechaliśmy kamieniołomy i wróciliśmy do namiotu.

Dzień drugi, czyli czwartek, był dla mnie dniem próby. Zrobiliśmy 70 km. Zapomniałam utrwalić ten wynik na zdjęciu. To poniżej zrobiłam przy Biedronce w Józefowie (a wspominałam już, że mieliśmy około 10 km na trasie namiot-Józefów).

IMG_20180816_190416

Przejechaliśmy najpierw właśnie do Józefowa, ale już przez las – od kościoła jest to droga na wprost do lasu szlakiem zielonym. Z Józefowa wyprawę kontynuowaliśmy szlakiem zielonym. Część tego szlaku to droga, która obecnie jest zamknięta ze względu na położoną nową nawierzchnię. Cudo! Tylko my, niemalże idealny asfalt i co najpiękniejsze… Z GÓRKI bardzo duży odcinek. Tym fragmentem jechaliśmy ogólnie dwa razy i spotkaliśmy tam w sumie siedem osób.

IMG_20180816_132202

Zamknięta droga…ale nie dla nas! 🙂

Nie wiem nawet kiedy zaczęło mnie wszystko boleć (później K. powiedział mi, że to było w okolicy 25 kilometra o ile dobrze pamiętam). Nie miałam siły jechać, byłam wściekła, zmęczona i miałam ochotę rzucić rowerem. Serio, wyobrażałam sobie jak się zatrzymuję i resztkami sił biorę rower w ręce i zza głowy wykonuję rzut rowerem w dal, albo w K., który to obrał taką trasę. Na szczęście trzymałam się wtedy w pewnej odległości od niego, a właściwie to wlekłam się potwornie na tyłach, więc nic mu nie groziło. Poza tym byliśmy w środku lasu, nie miałabym co ze sobą tam zrobić… Zastanawiałam się po co ja to sobie robię, dlaczego w ogóle przyszło mi to do głowy – przecież już raz tak cierpiałam, albo i bardziej (możecie sobie TU o tym przypomnieć). Ogólnie robiłam sobie niesamowite pranie mózgu. Warknęłam nawet do K. coś w stylu „Jutro sam sobie jedź! Ja będę pilnować namiotu.”. Przekonywałam sama siebie „Jutro nigdzie nie jedź! Zapamiętaj sobie te słowa, bo na pewno po nocy będziesz czuła się lepiej, może nawet jeszcze nie będzie za bardzo bolało. Jak się będziesz czuła dobrze to pojedziesz i uznasz, że głupio sobie myślałaś. A potem będzie to samo, zobaczysz!”. I tak jechałam powolutku prowadząc chory dialog wewnętrzny i przekonując samą siebie, że ktoś ucierpi za te moje udręki. Po którymś postoju z kolei chyba dostarczyłam sobie odpowiednią ilość słodyczy, bo wszystko minęło. To znaczy bolały mnie trochę kolana, kark i tyłek, ale było to na tyle znośne, że przestałam zwracać na to uwagę. Ale myślę, że miałam za sobą najgorsze 5 lub 10 kilometrów z całego wyjazdu. Jak to K. później określił „po 20 kilometrach stwierdziłam, że nigdzie nie jadę po czym przejechałam jeszcze 50, chyba  na złość… złości”.  Zdjęć prawie nie robiłam – najpierw uznałam, że nie chcę takich pamiątek, później już za bardzo przejęłam się samą jazdą.

Zielonym szlakiem dotarliśmy do Suśca. Chwilę wcześniej posiedzieliśmy chwilę nad Szumami na Tanwi.

Z Suśca ruszyliśmy szlakiem czerwonym do Oseredka, tam skręciliśmy w prawo ku Rezerwatowi Nowiny. I cały czas czerwonym szlakiem, aż dotarliśmy do Józefowa, gdzie wstąpiliśmy na zakupy do Biedronki. Oczekując na K. dojrzałam, że mam dodatkowe obciążenie w rowerze.

IMG_20180816_192033

Pani Szyszka Obieżyświat.

Kupiliśmy grilla jednorazowego, mięcho i worek bułek. Jechaliśmy jak cyrk obwoźny – K. z wypchaną grillem i mięsem materiałową siatką przy kierownicy, w której pourywały się po jednej stronie uszy (siatce się pourywały, nie kierownicy) i ja – z wypchanym plecaczkiem, do którego przywiązałam worek z bułkami – majtały się na lewo i prawo. Śmialiśmy się z siebie wzajemnie. Było warto, pyszne było wszystko nawet jak się trochę oprószyło piachem, a nawet następnego dnia na śniadanie już na zimno (mimo, że zgrzytało jakoś bardziej niż w nocy).

Noc upłynęła całkiem spokojnie, nawet wygodnie i dość długo. Wyspaliśmy się, podłoże było równe, a wokół cisza no i słońce nie grzało.

Poranek nie był całkiem porankiem, bo trochę pospaliśmy, zjedliśmy śniadanie, a ja stworzyłam arcydzieło modowej sztuki – spodenki rowerowe a’la Żelka. Nie wspomniałam o tym, ale poza wielkim kryzysem, jaki mnie dopadł dzień wcześniej miałam też problem z udem, które mi się obtarło od siodełka – dlaczego jedno, tego nie wiem, ale jeździłam przez pół dnia z zawiązaną na nodze apaszką. Musiałam więc założyć jakieś dłuższe spodenki, a takich nie miałam i sobie musiałam zrobić.

Jak już jechałam i z uśmiechem przypominałam sobie swoje myśli, to stwierdziłam, że czasami musi boleć. Po prostu czasami musi boleć choćby po to, byś mógł poczuć, że żyjesz. Ale w tym stwierdzeniu słowo czasami miało dużą moc i strategiczne znaczenie. Po czwartkowej wyprawie czułam całkiem naprawdę, że żyję i podjęłam decyzję, że w najbliższym czasie żaden ból nie musi mi już o tym przypominać. W związku z powyższym wzięłam przed wyjazdem tabletkę Ibupromu Max! Słuchajcie, co to była za przyjemna wycieczka!!! 50 kilometrów? A co to dla mnie?! Nawet tyłek mnie prawie nie bolał. Lekomanka, powiecie. A właśnie, że nie! Rzadko biorę leki przeciwbólowe, więc sobie mogę pozwolić na wycieczki z małym dopingiem 😉

Piątek był dniem wyprawy do Zwierzyńca. I tu swoisty „start” był w Górecku Kościelnym, więc nie ruszaliśmy spod strategicznego punktu przy Kościele tylko od razu w kierunku Górecka Starego szlakiem żółtym / Green Velo. Po drodze pogłasialiśmy koniki, w Zwierzyńcu posiedzieliśmy chwilę nad Stawami Echo, zjedliśmy „obiad” i uciekliśmy przed burzą.

IMG_20180817_133908

Trasa na tym szlaku jest bardzo przyjemna i łatwa. Było tam dużo ludzi pieszo i na rowerach, wyprawy całymi rodzinami. Spokojnie można zabrać tam dziecko, poradzi sobie na pewno.

Ze Zwierzyńca ruszyliśmy w kierunku Obroczy szlakiem niebieskim. Następnie Guciów, Bondyrz, Kaczórki, Hutki, tu skręciliśmy na szlak zielony. Przejechaliśmy przez Malewszczyznę, Hucisko, Senderki i niebiesko-zielonym szlakiem do skrzyżowania, gdzie szlaki się rozchodzą, a w lewo prowadzi już chyba tylko zielony – nim pojechaliśmy  – chyba, ponieważ w tej chwili nie pamiętam czy był tam szlak, a oznaczenie na mapie nie jest jednoznaczne. Dotarliśmy do Górecka Starego i wróciliśmy do Górecka Kościelnego.

W sobotę miał być już taki krótszy wypad (wyszło 49 km). Ruszyliśmy tą samą drogą, co dnia drugiego (czwartek), czyli do Józefowa i cały czas zielonym szlakiem, także drogą, która oficjalnie jest zamknięta. Tą drogą dotarliśmy do skrzyżowania, gdzie szlak się rozdziela na dwie strony, tym razem pojechaliśmy w lewo. Trasa prowadzi do Czartowego Pola. Tam trochę odpoczęliśmy, zjedliśmy coś i ruszyliśmy dalej.

IMG_20180818_152716

Postój na Czartowym Polu.

Dalsza droga to także szlak zielony (niemalże równoległy do torów kolejowych) w kierunku Nowin, stąd już przez las. Trasa bardzo fajna, w dużej części mało uczęszczana, a na pewnym odcinku praktycznie wcale. Oczywiście trafił nam się taki odcinek, gdzie po prostu przedzieraliśmy się przez chaszcze. Gdybym wiedziała wcześniej jak to wygląda, to za żadne pieniądze bym tam nie polazła. Nogi całe poparzone pokrzywami, podrapane jeżynami a o pajęczynach to już nie będę wspominać w ogóle…

IMG_20180818_163821

Taka mała niebieska plamka to K.

Za tymi krzakami wyłoniła się już cywilizacja. Od tej pory do samego Józefowa jechaliśmy już ścieżką rowerową przy ulicy.

Wypad naprawdę nam się udał, mimo kilku niedogodności. Mieliśmy lekkie zakwasy, ale o wiele lżejsze niż te, których się spodziewaliśmy. Ogólnie polecam trasy, które my przejechaliśmy – no może z pominięciem tych krzaków (z Czartowego Pola wystarczy po prostu jechać asfaltem w stronę Hamerni). Pokonałam wiele swoich lęków i słabości, między innymi: przedarłam się przez krzaki pełne robali, pokrzyw, jeżyn, które jak złapały to nie chciały puścić ale także pajęczaków – nie wykluczone, że i kleszczy (na szczęście żadnego nie przywieźliśmy), uskuteczniałam też zjazdy ze stromych pagórków (pierwszego dnia rower sprowadzałam, ostatniego zdarzało mi się już nawet nie korzystać z hamulca).

Wiele szlaków, którymi jechaliśmy pokrywało się ze szlakami Green Velo, które polecam szczególnie osobom, którym nie chce się jeździć po dłuższych odcinkach piachu, kamieni, czy przez krzaczki. Trasy oznaczone znaczkiem Green Velo są świetnym rozwiązaniem dla rowerzystów chcących się zrelaksować w sposób aktywny, dla rodzin z dziećmi i wszystkich chętnych do przejażdżek rowerowych. Na Roztoczu szlaki te ciągną się kilometrami i aż żal ich nie wypróbować, więc polecam tym bardziej!

 

Jeszcze taka ciekawostka dotycząca pogody. Codziennie padło. Ale ani razu nie zmokliśmy. Mieliśmy wielkie szczęście. Prawie cały czas, gdy byliśmy w trasie, dookoła grzmiało, nawet błyskało i widać było, że gdzieś tam pada. Wiele razy wjeżdżaliśmy do jakiejś miejscowości i nagle kałuże i chłód. Ciągle gdzieś nas omijał ten deszcz. Jak wracaliśmy do namiotu to też praktycznie za każdym razem było bezpośrednio po deszczu. Jedynie w sobotę przed samym wyjazdem udało się tak, że spadło tylko kilka kropel jak już składaliśmy namiot, a nasi „sąsiedzi” zmokli wtedy na szlaku.

Dodaj komentarz

Filed under Roztocze, Szuflada.

Pol’and’Rock Festival, czyli Woodstock 2018.

100_4455

W tym roku właściwie do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy jedziemy, czy nie. Było sporo różnych aspektów, które wywoływały u nas wątpliwości. Jednak (na szczęście) ostatecznie się zdecydowaliśmy. O Woodstocku sporo napisałam w zeszłym roku, nie chcę się powtarzać, ale zapraszam do przypomnienia sobie co i jak: przygotowania, słów kilka po raz pierwszy oraz słów kilka po raz drugi. Beatka oczywiście była z nami po raz trzeci.

Swoją podróż rozpoczęliśmy 30 lipca w poniedziałek około godziny 15:00. Wtedy to ruszyliśmy busem z Krasnegostawu do Lublina (przez Świdnik, bo akurat taki bus się trafił). W Lublinie z dworca PKS na dworzec PKP miejskim autobusem, tam chwilę czekania i pociąg do Łukowa.

IMG_20180730_191548

W Łukowie około 40 minut oczekiwania i w końcu przyjechał! Nasz „Zaraz będzie ciemno!” woodstockowy pociąg (w tamtym roku jechaliśmy „Wschodem słońca”). Zdecydowaliśmy się na na nocną linię nauczeni doświadczeniem z poprzedniej upalnej podróży do Kostrzyna. Pociąg do Łukowa został podstawiony o czasie. Ale! Zanim odjechaliśmy minęło 90 minut… Tak, na pierwszej stacji pociąg miał już półtoragodzinne opóźnienie. Ludzi było bardzo mało. Po pierwsze, bo Łuków, po drugie, bo w sumie to był chyba pierwszy pociąg linii specjalnej musicRegio. Sam Pol’and’Rock miał się zacząć dopiero 2 sierpnia.

Mimo, że jechaliśmy w nocy, było i tak bardzo ciepło. Tak, jak pisałam w poprzednich relacjach, pociąg na Woodstock to impreza mknąca po szynach, ale nie każdy musi chcieć imprezować. Siedzieliśmy niedaleko pary, która była pochłonięta czytaniem książek przez dużą część podróży. Nie wiem w jaki sposób byli w stanie się skupić przy takim chaosie, ale każdy, jak widzicie, robi co chce. Jest to wyjątkowy pociąg, tu panują zupełnie inne zasady, więcej można i można wszystko inaczej. Pięknie obrazuje to fotka świetnego konduktora, który śmigał po przedziałach w hełmie, który ktoś po drodze mu nałożył na głowę.

Po kilku godzinach jazdy w końcu i nas dopadło zmęczenie. Aby poczuć się w miarę komfortowo, zamknęłam się w swoim świecie…

received_2249558178394668

W końcu, po 12 godzinach odkąd ruszyliśmy z Łukowa (plus 6 godzin odkąd ruszyliśmy z Krasnegostawu) wysiedliśmy w Kostrzynie.

IMG_20180731_065951

Po jakiejś godzinie dotarliśmy do obozu, w którym mieliśmy się rozbić, postawiliśmy namiot i poszliśmy w zacienione miejsce spać.

Po jakimś czasie snu ruszyliśmy na „obchód”. Lodowaty prysznic, namoczone ubrania zimną wodą aby się schładzać i polowanie na koszulki.

Moja koszulka.

Moja koszulka.

I co do koszulki, osobiście nie polecam kupować damskich. Lepiej wziąć męską w mniejszym rozmiarze. Wydaje mi się, że są jakby bardziej dopracowane. Z tego co wiem, nie jest to tylko moja opinia. Ja ze swojej najnowszej nie jestem za bardzo zadowolona.

Ogólnie każdy dzień był niemalże kopią poprzedniego. Było bardzo gorąco, więc do południa siedzieliśmy w obozie albo szliśmy w jakieś inne miejsce gdzie był cień. Nieustannie zraszaliśmy się wodą, często braliśmy prysznice (oczywiście zimne) i nosiliśmy stale chłodzone i mokre nakrycia głowy. Robiliśmy zakupy w Lidlu,  na spacery lub na piwko wyruszaliśmy dopiero późnym popołudniem. Im bliżej było oficjalnego rozpoczęcia, tym więcej ludzi, a co za tym idzie więcej pyłu w powietrzu.

Przez nasze pełne 5 dni pobytu w Kostrzynie spadło kilka kropelek deszczu – ostatniej nocy. Poza tym…

Taka sytuacja.

Taka sytuacja.

Poranki także wyglądały podobnie do siebie. Słońce budziło nas chwilę po 6:00, ja dawałam radę maksymalnie wytrzymać w namiocie do 7:30. K. był wytrwalszy i spał czasami nawet do 9:00!!!

Któregoś dnia poszliśmy na wzgórze ASP, bardzo chciałam iść na warsztaty. Przeszłam się dookoła, K. zostawiłam w  cieniu. Wzięłam udział w jednych. Było tak upalnie, że nie dało się wytrzymać, a niektóre warsztaty prowadzone były w samym słońcu…

A teraz zacytuję Wam to, co pisałam znajomym na żywo. Historyjka o wydarzeniu opartym na męskiej przyjaźni.

„Toi toi jest często sprzątany, ale niektórzy są bardzo wrażliwi. Te niedaleko miejsca, w którym obecnie sobie leżymy, są naprawdę znośne. Ale trafiliśmy na niezły widok, dwóch kolesi, zaglądają po kolei i sprawdzają jaki stan i gdzie najlepsze warunki. Jeden z nich po każdym jednym miał odruch wymiotny ale widać było, że go ciśnie mocno, bo zaglądał dzielnie do kolejnych.W końcu zdecydował się na jeden i wszedł. Słuchajcie, każdemu życzę takiego kumpla jakiego ma ten chłopak! Widoki nie były miłe, ale przyjaźń na 100%, bo chłopak nie wytrzymał i kolega musiał otworzyć mu drzwi…”
Na dowód wstawiam miniaturkę zdjęcia – żeby nie obrzydzać za bardzo wrażliwszym czytelnikom 😉
IMG_20180801_131156
Trochę czasu spędziliśmy w Pokojowej Wiosce Kryszny. Głównie leżeliśmy tam na kocu. Nie wiem, czy już o tym wspomniałam, ale to chyba najczystszy kawałek woodstockowego pola.
Mogłam sobie nawet pokolorować.
img_20180801_190232.jpg

Mandala ze szczególną dedykacją po mołdawsku i rosyjsku podobno 😉

Jedliśmy trochę z Lidla, trochę w Pokojowej Wiosce Kryszny, trochę na Strefie Gastro festiwalu i trochę na strefie „prywatnych jadłodajni”.

O koncertach tym razem nie będę się rozpisywać, właściwie nie było akurat w tym roku zbyt wielu koncertów, na których szalenie by mi zależało.  Big Cyc zagrał świetny koncert. Poznałam kilka zespołów, których wcześniej nie słyszałam.

Wrzucę jeszcze kilka ujęć nocnych.

Udało nam się wysłuchać spotkania z panem Arturem Barcisiem w Dużym Namiocie ASP, ale powiem Wam, że w samo południe był to niezły wyczyn, żeby tam nie umrzeć…

Kilka kadrów z życia festiwalu:

Zapomniałam jeszcze wspomnieć o tym, że mimo oficjalnego rozpoczęcia 2 sierpnia, dnia 1 sierpnia o godzinie 17:00 pan Owsiak ogłosił minutę ciszy. To już tradycja festiwalu, że podczas Godziny W pod Dużą Sceną gromadzą się ludzie by uczcić powstańców oraz odśpiewać wspólnie hymn. Jest to niesamowite, nagle wszystko się wycisza, większość ludzi zatrzymuje się tam, gdzie jest.

Powrót mieliśmy już niestety w dzień. Ale całkiem znośny. Pociąg mieliśmy dopiero po 8, więc nawet zdążyliśmy się jeszcze co nieco wyspać. Siedzieliśmy na plecakach w przejściu. Nie było źle.

Na festiwalu uruchomiono akcję „Zaraz będzie czysto”. W wielu miejscach wystawiono ogrodzenia na śmieci, Pokojowy Patrol rozdawał worki na śmieci itp. Akcja miała na celu zachowanie względnie najbardziej możliwej czystości na polu. W naszym „przedziale” utrwalaliśmy to przesłanie.

IMG_20180805_114901

Z Warszawy mieliśmy wracać BlaBla Carem do Lublina, ale okazało się, że koleś (swoją drogę też wracający z Woodstocka) spóźni się jakieś 2 lub 2,5 godziny… Musielibyśmy czekać na niego 3… Więc na szybko bilety PKP kupione przez internet.

IMG_20180805_164931

40 minut później siedzieliśmy w czystym, ładnym, klimatyzowanym pociągu do Lublina. Zmarzłam w nim na tyle, że bałam się, że się pochoruję.

IMG_20180805_172919

Z Lublina BlaBla do Krasnegostawu i o 23 weszliśmy do mieszkania.

 

Podsumowując i dodając dwa słowa na koniec…

Było strasznie gorąco, pięknie i wszędzie unosił się kurz. Ekipę w obozie mieliśmy świetną, choć żałujemy, że nikt z naszych bliskich znajomych nie ma tej szalonej żyłki, by zrobić coś tak zakręconego i poświęcić urlop na wyjazd do Kostrzyna, gdzie fizycznie odpocząć się nie da. Jest to duży detoks dla psychiki i umysłu.

Za rok mam nadzieję być tam znów.

Podróż pociągiem strasznie długo trwa, wcale nie jest tania i jest mega męcząca. Ale wspomnienia i ludzie wszystko wynagradzają.

Spotkaliśmy w tym roku sporo „dresików” i nabzdyczonych panienek. Dziewczyny miały pretensje do swoich facetów o to, że jest gorąco, że za szybko idzie (biegnąc na wyczekiwany koncert), że poszedł gdzieś bez niej itd… Ja też się czepiam, ale trochę luzu nikomu nie zaszkodzi. Jest tam piach, jest tam pył, jest gorąco, jest mnóstwo atrakcji, które nie każdemu odpowiadają, więc można (szczególnie w ciągu dnia) pójść gdzieś osobno. Chyba, nie wiem. Woodstock widocznie nie jest dla wszystkich.

Znowu spotkałam koleżankę z liceum 😉 Pozdrawiam!

 

Nie bójcie się nowych miejsc, ludzi. Nie bójcie się zaryzykować. Przez taki lęk może Was ominąć coś pięknego i niezwykłego.

 

Ps. Po powrocie zakupiłam jeszcze kubek i… płytę z koncertu Urszuli z 2015 roku. Do tej pory żałuję, że wtedy na niego nie poszłam, ale teraz mogę sobie do niego wracać kiedy zechcę 🙂

39588890_1335583066576680_4107053156720967680_o

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Beatka na majówce. Część 4, ostatnia – informacyjna.

SONY DSC

Nasz Camping.

Właśnie o nim będzie dzisiaj.

Kemping znajduje się w Zubrzycy Górnej, ale tak naprawdę nie tak łatwo namierzyć go w internecie. Powodem jest fakt, że w lesie (tym, który przemierzaliśmy) jest drugi, o wiele bardziej zadbany ośrodek rekreacyjny – pole namiotowe, domki, budynek kuchni itp. Przewagą tego kempingu, na którym byliśmy jest fakt, że czynny jest przez większą część roku, ten w lesie – tylko w pełnym sezonie. Namiary na nasze pole namiotowe znajdziecie na przykład na tej stronie. Ceny są całkiem korzystne, mimo że warunki sprawiają, że człowiek ma wrażenie podróży w czasie.

SONY DSC

W recepcji na stałe nikt nie siedzi, trzeba się kontaktować telefonicznie.

SONY DSC

Cennik.

Z opowieści dowiedzieliśmy się, że „za komuny”, czyli w czasach świetności kempingu, w tym dużym budynku mieściła się restauracja. Odbywały się tam huczne potańcówki i ogniska – w środku jest palenisko, odpowiednio przystosowany komin i w ogóle świetnie to wygląda – oprowadził nas starszy pan, ale nie byłam przygotowana, mój telefon się akurat ładował wisząc przy ścianie na zewnątrz budynku.

Sanitariaty. To jest w ogóle fantastyczna sprawa! Od razu ostrzegam wrażliwych, że ten rodzaj wyjazdów, jaki my uwielbiamy to nie są cztery gwiazdki, jacuzzi i sauna. I wierzcie mi, że naprawdę dzięki nie zawsze świetnym warunkom – mamy co wspominać. A ten Camping chyba został u mnie numerem 1 spośród „sanitariatowych wspomnień”. Zobaczcie sami jak to wyglądało…

IMG_20180504_085214

Sanitariaty.

IMG_20180504_082802

Z niektórych umywalek ciekło strumieniem…

IMG_20180504_082709

Ale są prośby – bądźmy oszczędni 😉

IMG_20180504_082752

Umywalki po obu stronach pomieszczenia.

IMG_20180504_082816

Brodzik?

IMG_20180504_082915

Prysznic.

Miałam wstawić jeszcze zdjęcie toalet, ale zrezygnowałam – w końcu naprawdę chcę Was zachęcić do odwiedzenia tego kempingu. Taka podróż do przeszłości będąca sama w sobie przygodą. Toalet w części damskiej było chyba 6 albo 7, z czego otwarte 4 a dało się skorzystać z 2, ostatecznie dla odważnych z 3… Hi, hi, hi – miałam nawet swoją ulubioną! Ulubiłam ją dlatego, że spłuczka działała jak należy, papier miał swoje miejsce i nic nie przeciekało. Miała jednak swoją wadę – drzwi były o jakieś 2 cm szersze niż otwór w futrynie, a co za tym idzie, nie dało się ich zamknąć… Szybko nauczyłam się korzystać trzymając cały czas klamkę. Nie było to aż tak uciążliwe, jak się wydaje, bo ze względu na małe obłożenie obiektu, były minimalne szanse, że ktoś w ogóle w tym samym czasie przyjdzie do toalety – mi się w ciągu tych kilku dni zdarzyło raz spotkać panią przy umywalkach, która właśnie zużyła ciepłą wodę. W tej drugiej było prawie tak samo. „Prawie”, ponieważ drzwi się zamykały, a po spuszczeniu wody trzeba było jak najszybciej wyskoczyć z kabiny by nie zostać zalanym przez wodę – czystą, to nie przeciekała muszla, tylko jej połączenie ze spłuczką. Każdego dnia rano a czasami i wieczorem przyjeżdżał pan zarządca i robił obchód po polu i sanitariatach. Uzupełniał braki w papierze toaletowym, mył kibelki i zbierał śmieci. Naprawdę było całkiem nieźle.

Muszę dodać, że ciepła woda grzana jest w bojlerze elektrycznym. Zdarzyło mi się, że przede mną kąpała się jakaś pani i nie wiem, czy jeszcze ktoś przed nią, polałam się wodą, spieniłam włosy  i odkręciłam wodę żeby je spłukać – po 15 sekundach ciepła woda się skończyła…

Jak widzieliście krany przeciekały, ale prośby o oszczędność w korzystaniu wisiały. Oszczędność oświetlenia też była na medal! W „umywalni” około 8 kloszy przy suficie… w tym dwa z żarówką. Co jak co, ale wystarczały nawet późnym wieczorem – lepiej mniej widzieć, niż zobaczyć za dużo, szczególnie jeśli człowiek boi lub brzydzi się pająków i ciem.

Prysznic umieszczony jest w pomieszczeniu za białymi drzwiami widocznymi na zdjęciu z tym dziwnym brodzikiem. Można się spokojnie zamknąć, na ścianie jest mnóstwo wieszaczków i haczyków oraz stylowy taboret udający półkę.

Stylowy taboret.

Taboreto-pułeczka.

Przy jednej ze ścian dawnej restauracji jest zlewozmywak z gorącą wodą, więc można tam spokojnie umyć wszystko, co potrzebne do przygotowania posiłku.

Niedaleko jest sklep, ale czynny tylko parę godzin dziennie – rano i popołudniu (jak za dawnych czasów wiejskie sklepiki), ale w samej Zubrzycy sklepów jest więcej, więc jeśli jest się tam samochodem to spokojnie w kwadrans da się załatwić zakupy i wrócić.

Jest to bardzo fajne, klimatyczne miejsce i szczerze zachęcam i polecam zdobycie Babiej Góry (Percią Akademików koniecznie) z bazą wypadową w Zubrzcy Górnej.

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Beatka na majówce. Część 3 – jednak zostajemy.

Już myślałam, że nie napiszę tej notki… Im człowiek ma więcej wolnego czasu, tym mniej z niego korzysta – tak więc wakacje zawładnęły mną w pełni, ale walczyłam dzielnie i oto jest trzecia część Beatkowego urlopu.

Tak, jak pisałam na końcu poprzedniej części, zastanawialiśmy się, jakie działania podjąć w kolejnym dniu naszego pobytu w Zubrzycy Górnej. Postanowiliśmy jednak zostać dzień dłużej. K. opracował wstępnie trasę, miało to być spokojne wędrowanie po pobliskim lesie. Czy takie było? Zaraz się wszystkiego dowiecie.

Nawet drzewo nabijało się z mojej naiwności, a ja nie odczytałam sygnałów...

Nawet drzewo nabijało się z mojej naiwności, a ja nie odczytałam sygnałów…

Las był bardzo blisko naszego campingu, a od razu po wejściu na leśną drogę ujrzeliśmy pokaźnie „wieże strażnicze”. Zobaczcie sami:

SONY DSC

Wieeeeelkieee mrowisko (jedno z bardzo wielu).

Próbowałam zrobić zdjęcie mrówkom, ale poruszały się niesamowicie szybko. Miały dosłownie wydeptane ścieżki i były w nieustannym ruchu. Miały też pokaźne rozmiary.

W tym lesie dowiedzieliśmy się i zaobserwowaliśmy problem, z jakim borykają się górskie lasy. Spotkaliśmy pana, który zajmował się wywozem drewna i opowiedział nam o stopniowo pogarszającej się gospodarce wodnej tamtejszych lasów. Pokazywał nam miejsce, w którym jeszcze 5 lat temu płynął potoczek a teraz poza wgłębieniem w ziemi nie było po nim śladu.

Początkowo wędrówka faktycznie prowadziła po w miarę równym terenie. Trochę jak nasze Roztocze. Ale z czasem zaczęłam odczuwać coraz większe zmęczenie. Mój organizm wkładał dziwnie sporo wysiłku w każdy kolejny krok. Fakt, że poprzedniego dnia zaliczyliśmy Babią Górę (1725 m n.p.m.) dawał się moim mięśniom we znaki. Szybko okazało się, że niemalże od samego początku szliśmy cały czas trochę pod górę. W wyższych partiach ciężko było się odnieść do tego, na jakiej wysokości możemy być, bo weszliśmy w gęstą mgłę. Ale sama stromizna podejścia mi wystarczyła, by wypomnieć K., że miał to być zwykły spokojny spacer a nie kolejna wspinaczka.
Ciekawostka: przez większą część trasy w powietrzu unosił się zapach młodych ziemniaczków z koperkiem – nie wiemy skąd się unosił, dookoła było mnóstwo jagodowych krzaczków, ale kopru nie widziałam żadnego 😉

Gdzie ja jestem???

Mgła jak mleko…bez laktozy 😛

Idąc tak przez las napotkaliśmy grupkę mężczyzn, którzy także pracowali przy drewnie. Z nimi też nawiązaliśmy krótką pogawędkę. Jeden z górali nakazał K. dobrze mnie pilnować, coby mnie wilki nie porwały – do tej pory nie wiem czy żartował. Zapytał nas też jak się tam znaleźliśmy – zapomniałam dodać, że w między czasie K. znalazł na mapie ciekawsze przejście niż po szlaku – i podpowiedział nam którędy iść mniej więcej tak: „Idźcie tu w górę i cały czas prosto przez [tu podał jakąś odległość, która wydała nam się bardzo niewielka-nie pamiętam ile to było dokładnie], aż wyjdziecie na chatę. Taka mała, ładna. Siądziecie, odpoczniecie, zjecie, pokochacie się i pójdziecie dalej!”. Wszystko ładnie się rysowało, więc zachęceni ruszyliśmy stromą drogą leśną w górę. Było tak stromo, że miałam wrażenie, że jak się lekko pochylę to dotknę nosem ziemi… Oczywiście to wrażenie było spotęgowane zmęczeniem i złością, że nie byłam przygotowana na taką wyprawę. Miałam tak silny moment zwątpienia, że zaplanowałam, że siądę i zostanę tam na zawsze. Szłam, ha dobre, wlekłam się trochę z tyłu i gadałam sama do siebie – wierzcie mi, że nie wiedziałam, że znam tyle przekleństw…
Mieliśmy iść cały czas prosto, no i trafiliśmy na rozwidlenie – trochę w lewo jakaś taka bardziej wygnieciona droga, w prawo jakby zapomniana. Hm… Uznaliśmy, że prosto po góralsku oznacza w lewo. I poszliśmy. Zrobiliśmy długi, około 40 minutowy postój. Ja już zwątpiłam, że poszliśmy w dobre prosto i uznałam, że chaty raczej nie odwiedzimy. Aż tu nagle wychodzimy z lasu i jest!

Góral prawdę ci powie. Faktycznie chata daje wszystkie te możliwości, o których pan wspomniał. Z odpowiednim przygotowaniem można spokojnie spędzić tam noc – są drewniane leżanki, stół i ławki. Widoki przy odpowiednich warunkach muszą być nieziemskie.

Byliśmy już bardzo blisko szczytu Policy. Ja oczywiście nie zaprzyjaźniłam się z mapą i nie wiedziałam, że na jakiś konkretny szczyt się wspinam… Jakby wilki porwały K. a mnie jakimś cudem oszczędziły – może i nie cudem, kto z instynktem przetrwania czepia się wściekłej kobiety – to bym pewnie nie umiała nawet określić, gdzie mniej więcej jestem na tej mapie. Ostatnie podejście przywitało nas kikutami uschniętych drzew, powalonymi pniami i naroślami na martwych iglakach.

Sam szczyt nie robi jakiegoś powalającego wrażenia, teren jest tam obszerny. Ale powiem Wam, że mimo zmęczenia i irracjonalnej złości byłam z siebie zadowolona. Założyłam, że idę pospacerować po lesie, kilka godzin „na płasko” – a weszłam (przy nieocenionej pomocy K.) na szczyt o wysokości 1369 m n.p.m. To tylko 365 metrów mniej niż Diablak!

Polica związana jest z pewną tragedią. 2 kwietnia 1969 r. na stokach Policy rozbił się samolot PLL LOT. W katastrofie zginęli wszyscy obecni na pokładzie – 53 osoby, w tym znany językoznawca Zenon Klemensiewicz. Zdarzenie to upamiętnia krzyż ze stosownym napisem. Przyczyną katastrofy najprawdopodobniej był błąd nawigacji spowodowany brakiem odpowiedniego wyposażenia lotniska w Krakowie. (Źródło: Wikipedia)

SONY DSC

Na krzyżu umieszczono dodatkową tabliczkę wykonaną z resztek poszycia samolotu z informacją o oddziale partyzanckim działającym w tym rejonie. (Źródło: Wikipedia)

Pomnik na Policy

W 2009 r. na szczycie umieszczono pomnik poświęcony ofiarom katastrofy. Uroczystość odsłonięcia odbyła się 20 sierpnia 2009 r. (Źródło: Wikipedia)

Schodząc ze szczytu mijaliśmy wiele powalonych drzew – widok naprawdę bardzo przykry i uświadamiający jak krucha jest przyroda.

SONY DSC

Drzewa powywracane z powodu suszy i silnych wiatrów.

Zejście było szybkie i trochę strome. Słońce przeciskające się pomiędzy koronami drzew przygrzewało, w cieniu robiło się dosyć chłodno. Napotkaliśmy też na tropy różnych zwierząt – były i kopytka i łapki. Była też Wielka Łapa…

SONY DSC

Wielka Łapa!

SONY DSC

Nie wiem czyj to odcisk stopy, ale też całkiem spory.

SONY DSC

Raciczka

 

Na pole namiotowe udało nam się wrócić przed zmrokiem. Z daleka widzieliśmy Babią Górę ukrytą we mgle i cieszyliśmy się, że nam udało się na nią wejść przy przejrzystym powietrzu. Dla nas Diablak był łaskawy i uprzejmy.

SONY DSC

Babia Góra w chmurze – podobno cały dzień się pod nią kryła.

Prysznic, kolacja i poszliśmy spać. Następnego dnia rano zaczęliśmy się pakować i ruszyliśmy w bardzo długą drogę powrotną – zajęła nam więcej czasu niż przyjazd. Już niedaleko Zamościa okazało się, że część dróg jest zamkniętych ze względu na jakieś wyścigi rowerowe i kręciliśmy się po bocznych drogach nie wiedząc jaka jest trasa przejazdu tych zawodów. Wróciliśmy zadowoleni i wbrew pozorom wypoczęci.

 

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.