Przygotowania do Najpiękniejszego Festiwalu Świata, czyli lada moment Woodstock!

W zeszłym roku nie udało nam się. Parę tygodni bardzo nad tym ubolewałam, bo do samego końca wierzyłam, że jednak damy radę. Z powodów zawodowych nie wyszło. Tym razem jednak wszystko wskazuje na to, że je-dzie-my!!!

Bilety już są, chęci nigdy nie brakowało, harmonogram wydrukowany. Teraz pozostaje tylko zbierać powoli rzeczy na wyjazd i trzymać kciuki za względnie dobrą pogodę. O atmosferę nie muszę się martwić – wiem, że będzie super.

Zaczęłam przeglądać listę warsztatów – chcę na wszystkie!!! Ale wiem, że prawdopodobnie nawet na połowę tych, które wybrałam, nie uda mi się dotrzeć… Albo zaśpię, albo zapomnę, albo będę na drugim końcu woodstockowego pola. Niemniej plan mam ambitny i chcę zrealizować go chociaż częściowo.

Wiem, że nie wszyscy mają o Przystanku najlepsze zdanie. Zaczęłam nawet czytać artykuły pod tytułem „Jak przekonać kogoś do Woodstocku” i pod podobnymi, ale ostatecznie doszłam do jednego wniosku. Jeśli ktoś nie zobaczy, to nie uwierzy w żadne słowo. To wszystko fajnie brzmi: super atmosfera, sympatyczni, pozytywnie nastawieni i mega radośni ludzie, darmowe koncerty, liczne (także darmowe) warsztaty, spotkania ze sławami świata podróżniczego, aktorskiego, politycznego, wyznaniowego itp. itd. Ale to nic nie wnosi. Wiem sama po sobie. Odkąd pamiętam, chciałyśmy z E. jechać na Woodstock, jakoś się nie składało. Widziałam mnóstwo zdjęć, filmików, czytałam relacje i artykuły. Zazdrościłam tym ludziom, ale chyba sama nie wiedziałam czego konkretnie.

Jadąc na Woodstock (swoją drogą z samymi słabo znanymi mi osobami – totalne szaleństwo) czułam lekki strach i ekscytację. Chciałam poczuć w końcu tą „niesamowitą atmosferę”, której właściwie nie potrafiłam sobie wyobrazić. Nie mogłam się spodziewać w najmniejszym stopniu co tam zastanę i co będę czuła. I będę powtarzać za każdym razem, że tego się nie da opisać słowami. Sam woodstockowy pociąg jest już czymś niezwykłym. Fakt, jest to sunąca po szynach impreza, ale jak nie masz ochoty, to nie imprezujesz. Masz ochotę się zdrzemnąć – śpisz (ryzyko jest tylko takie, że obudzisz się z czyimś podpisem na ramieniu).

Dotarliśmy na miejsce. Po wielogodzinnej podróży czeka Cię jeszcze spacer na teren festiwalu. Nie wiem jaka to dokładnie odległość od stacji w Kostrzynie, ale kawałek się maszeruje. Woodstockowicze toczą się wielką, kolorową falą przez miasteczko. Po drodze dostajesz chustkę na głowę i jakieś drobne gadżety. Na miejscu, gdzie rozbijasz namiot musisz sobie przygotować odpowiednio podłoże. Czasami wyciąć jakieś gałązki, wydeptać trawę. Byłam pełna podziwu, że naszej ekipie tak sprytnie to wszystko szło. Namiot stoi, czas na zwiedzanie.

Jedna z wieeeeelu rzeczy, które zaskakują? Duża Scena. Dlaczego? A dlatego, że Duża Scena, jest naprawdę DUŻA! Jest ogromna. I tu ciekawostka (ze strony)

Duża Scena 
• to jedna z największych scen świata! 
• szerokość – 62 m 
• głębokość – 16 m 
• wysokość – 16 m 
• czas potrzebny na wybudowanie tej ogromnej konstrukcji to 2 tygodnie. Demontaż przebiega znacznie szybciej – zaledwie kilka dni!

Inna kwestia, która mnie zaskoczyła i może nie powinnam o niej wspominać, ale wspomnę dla tych, którzy myślą, że Woodstock to brud, smród i ludzie charakteryzujący się tymi cechami. Otóż, zaskoczyła mnie czystość TOI TOI’ów. Tak, ja zagorzała przeciwniczka i wróg tych toalet (to była moja największa obawa przed wyjazdem), korzystałam z nich bez problemu. W ciągu dnia są one opróżniane i dezynfekowane wielokrotnie. Oczywiście w dniach trwania Festiwalu. Poza tym prysznic brałam codziennie, nie czułam się wiele brudniejsza niż zwykle. No może wtedy, kiedy nie wracałam całkiem sucha do namiotu a po drodze wiał wiatr i oblepiał mnie piachem. Niemniej i to miało swój urok – po plażowaniu też często masz piach nawet tam, gdzie nie chcesz najbardziej go mieć, prawda?

Poruszę jeszcze dwie kwestie i nie będę Cię więcej zanudzać. Pierwsza to jedzenie. Woodstockowy Lidl zaopatrzy Cię we wszystko czego potrzebujesz, ceny też nie zwalą Cię z nóg – nie jesteśmy przecież nad polskim morzem… Poza tym Strefa Gastro jest świetnie wyposażona i zorganizowana. Kolejki są tak prowadzone, że składasz zamówienie u jednej osoby, potem płacisz, przechodzisz znów dalej i odbierasz jedzenie. Wszystko idzie płynnie, nie stoisz, prawie nie czekasz. Kupisz żurek, kiełbasę, czy gorącą czekoladę. O jedzeniu w Pokojowej Wiosce Kryszny mogłabym napisać osobny post, a i tak nie oddałabym tego smaku. Tutaj fotka, jeśli chcesz zobaczyć co to za jedzenie. Za 8 złotych najesz się za wszystkie czasy.

I jeszcze jedna kwestia, o której już wspomniałam na początku. TA ATMOSFERA. Masz do wyboru kilka scen, od jednej do drugiej musisz jakiś czas iść. Po drodze mijasz setki, ba tysiące ludzi! Co do konkretnej liczby ludzi bawiących się na Woodstocku są różne dane, podobno któregoś roku było nawet 700 tysięcy na którymś z koncertów. Oficjalnie z ostatnich lat policja podawała liczby 200-300 tysięcy. I z ręką na sercu przyznaję – tak, widziałam ludzi pijanych, widziałam kilkoro prawdopodobnie naćpanych (stosunkowo wcale nie więcej niż na Dniach Kultury Studenckiej w Lublinie) ale osobiście nie byłam świadkiem żadnej rozróby. No ominęło mnie. Nikt nie leżał też martwy, ani nikt się nie kochał na kawałku kartonu przy drodze – nikt przy mnie. Mijałam ludzi, przed którymi na mieście uciekałabym na drugą stronę ulicy, a tutaj? Nieśli kartki, że rozdają darmowe uściski, uśmiechali się, pozdrawiali i przybijali piątki z każdym po kolei. Pierwszego dnia zderzyłam się z jakimś niezbyt przyjemnie wyglądającym typem, nie powiem, przestraszyłam się. Nie wiedziałam, czy przepraszać, czy od razu uciekać. Koleś się odwrócił, poklepał po plecach i zapytał czy wszystko ok! Z wrażenia odjęło mi mowę i tylko się uśmiechnęłam jak idiotka… No cóż.

Nikogo na siłę nie przekonam, ani ja, ani TY, ani żaden Woodstockowicz. Trzeba to przeżyć, odczuć na własnej skórze, poczuć ten piach w zębach i tą zimną wodę, zjeść parówkę z Lidla na krawężniku przy wejściu i usłyszeć muzykę z Dużej Sceny, która dysponuje takim nagłośnieniem, że przez chwilę nie możesz oddychać.

To wszystko jest jak zapach lasu – jeśli byłeś w lesie, to wiesz jak tam pachnie, ale żeby opisać go komuś, kto nigdy tego nie doświadczył – będzie ciężko. Fakt, można powiedzieć „Weź sobie wyobraź zapach ściółki (eee! błąd, ściółki też nie zna skoro w lesie nie był), to weź sobie wyobraź zapach grzybów, kory drzew, wilgotnej ziemi, roślin…i to wszystko wymieszane w cudowną kompozycję zapachową”. I co, myślisz, że ta osoba „nosem wyobraźni” poczuła TEN SAM zapach lasu, który znasz? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi, ale nie uchylam się przed dyskusją na ten temat.

ZARAZ BĘDZIE CIEMNO!

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Roztocze latem.

Wędrowny weekend 1-2 lipca 2017 r.

Zamość – Krasnobród – Susiec

 

            Wszystko od samego rana było na „nie”. Gdy wstawaliśmy, niebo w Lublinie było zachmurzone, było chłodno. Nie mogliśmy się wyrobić, szybkim marszem ruszyliśmy na przystanek. Autobus odjechał nam sprzed nosa. Okazało się, że nie zaktualizowano rozkładu jazdy MPK na wakacyjny… Biegaliśmy od przystanku do przystanku przez 30 minut, żeby dotrzeć na Bla Bla Car aż w końcu facet sam po nas przyjechał. Podróż do Zamościa upłynęła bardzo szybko i sympatycznie, ale im bliżej celu, tym gorsza pogoda.

            W Zamościu padał już regularny deszcz. Koczowaliśmy trochę na przystanku, K kupił worki na śmieci, w które wsadziliśmy nasze karimaty, by nie nasiąkły całkiem wodą. Okazało się, że najbliższy bankomat był nieczynny, więc jeszcze jakiś kwadrans zajęło wypłacenie pieniędzy. W końcu ruszyliśmy z ulicy Lipskiej.

            K w pełnej irytacji na aurę ale jeszcze większej na swój beznadziejny foliowy płaszcz przeciwdeszczowy kroczył z naburmuszoną miną, a mnie jakoś tak wszystko to bawiło. W końcu udało się wyjść z miasta. Droga polna na Lipsko przywitała nas gęstym błotem, które nieprzerwanie przyklejało się grubymi warstwami do butów. Ale nie tylko my byliśmy takimi wariatami. Wyprzedziło nas trzech rowerzystów, którzy…niestety po kilkudziesięciu metrach musieli zawrócić z powodu błota, które obkleiło im całe koła, amortyzatory, błotniki, zębatkę, łańcuchy…

20170701_142811

            Przy małej kapliczce zamieniliśmy się na płaszcze, przynajmniej wtedy oboje pod nimi mieściliśmy też plecaki. Stwierdziłam, że K. wygląda jak chodzący stragan. Deszcz raz był silniejszy, raz słabszy, ale morale zaczęło wzrastać proporcjonalnie do pokonywanych kilometrów.

20170701_114408

            Kroczyliśmy szlakiem zielonym im. Władysławy Podobińskiej, który prowadzi z Zamościa do Suśca. Ewidentnie jest on bardzo rzadko uczęszczany (albo w ogóle w tym roku). Miejscami trawa sięgała do pasa, czasami prawie nie było widać ścieżki w lesie. Szlak określiłabym jako bardzo zróżnicowany i słabo oznaczony. Nie polecam wyprawy bez mapy – można się zgubić. Na prostej drodze co kilka drzew oznaczenie, właściwie momentami w zasięgu wzroku ma się nawet trzy znaczki. Sytuacja zmienia się, kiedy trafiamy na rozstaj dróg. Kierując się logiką zazwyczaj wybieraliśmy tą drogę, która była na wprost, jednak okazało się, że nie wszystko jest takie logiczne jakby się mogło wydawać. Zaczęliśmy praktykować rozchodzenie się w różnych kierunkach (za każdym razem miałam nadzieję, że to moja droga jest właściwą i to nie ja będę musiała wracać, hi hi).

20170701_134519_Richtone(HDR).jpg

Wielokrotnie szukaliśmy szlaku, co znacznie wydłużyło naszą wyprawę. Jednak dopisywał nam humor (dbała o to cytrynóweczka własnej produkcji i kabanosy) i wędrówka w przeważającej części upływała pod znakiem uśmiechu i zadowolenia.

20170701_130015.jpg

            Bardzo nie lubimy tłumów, ten szlak był dla nas idealny. Poza wioskami, sklepem – nie spotkaliśmy nikogo na szlaku. W jednej z miejscowości przed samym Krasnobrodem spotkaliśmy na swojej drodze dwóch lekko podchmielonych panów. Jeden z nich okazał się niezwykle radosny i zachwycony spotkaniem z nami. Chciał zrobić nam zakupy, zapas wody, jedzenia, chciał nam załatwiać transport do Krasnobrodu a nawet oddać loda, którego chwilę wcześniej kupił sobie w sklepie. Oferował łóżko u siebie w salonie jakbyśmy już nie mieli siły iść. Niesamowicie pozytywne doświadczenie! Jak się już pożegnaliśmy to krzyczał jeszcze za nami, że bardzo trzyma kciuki i życzy nam powodzenia. Spełniliśmy jego marzenie na spotkanie wędrowców.

20170701_191812

            Do Krasnobrodu dotarliśmy około 21:00. Nogi już domagały się odpoczynku a tu przed nami jeszcze walka o kawałek trawki, na której można rozbić namiot. Zaczęliśmy wydzwaniać po różnych punktach, ale okazało się, że sobota jest dniem balowania i ciężko było się z kimkolwiek porozumieć. Ostatecznie udało się nam ustalić, że mamy się rozbić pod konkretnym adresem a rano zjawi się właściciel. Jeszcze tylko znaleźć adres i rozłożyć namiot… W okolicach 23:00 mieliśmy w końcu szansę rozprostować plecy i wyciągnąć nogi. Wtedy dopiero poczułam jak bardzo zmęczona się czuję.

            W niedzielny poranek obudziło nas… hm… obudziły nas dziwne dźwięki. Okazało się, że jakiś mały ptaszek wlazł nam między tropik a sypialnię! Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Były tam owady a on za wszelką cenę chciał się do nich dobrać! Szaleństwo.

20170702_101428

 Przyjechał właściciel pola namiotowego i pensjonatu.

Wziął od nas kasę i zaproponował podwózkę. Przewiózł nas na drugi koniec Krasnobrodu, co dało nam godzinę zapasu (ta godzina bardzo się później przydała). Pogoda była idealna na wędrówkę, słońce za chmurkami, temperatura optymalna dla krótkich rękawów i spodenek. Ruszyliśmy w las.

20170702_110458

Najpierw Szur, mnóstwo kapliczek i krzyży. Jedna z kapliczek urzekła nas najbardziej – mini kościółek pokryty gontem. Coś wspaniałego.

            Mieliśmy drobne trudności ze szlakiem między Łasochami a Kunkami, ale dopiero między Kunkami a Suścem zaczęła się zabawa. Szlak w ogóle nie przetarty. Trawa, pokrzywy, pole. Najciekawszy moment nastąpił gdy musieliśmy podjąć decyzję czy szlak idzie naprawdę przez pole, czy może jednak nie.

20170702_153358

W pobliżu ŻADNYCH oznaczeń, z mapą jakoś chwilowo nie mogliśmy się dogadać. Pole mniej więcej hektarowe lub trochę większe, miedza prawie zaorana. Decyzja zapadła – IDZIEMY! Przedzieraliśmy się przez trawę, polne kwiaty i pszenicę – za wszelkie straty Pana Rolnika przepraszamy! W końcu dotarliśmy na drugi koniec i tam, w lesie odnaleźliśmy oznaczenie szlaku.

20170702_132011_Richtone(HDR)

            Do Suśca dotarliśmy o 18:00, co oznaczało, że mamy godzinę do odjazdu pociągu do Lublina. Tyle zajęło nam kupowanie biletów przez internet. Strasznie dużo nerwów nam to zjadło, bo strona intercity nawaliła. Mi udało się kupić bilet, K. już nie. Kombinowaliśmy na milion sposobów. Pociąg przyjechał, a my nadal z jednym biletem. Jest jakaś aplikacja! Bilet kupiony w 3 minuty, jest, uff… Przychodzi konduktor, skanuje i coś długo się zastanawia, poszedł po okulary. Czuję, że coś będzie nie tak. Bilet z datą dnia następnego. Przeoczenie spowodowane pośpiechem. Co teraz? Nie mamy tyle gotówki, żeby kupić u konduktora. Przekonaliśmy go, żeby może z następnej stacji  niestety aplikacja nie umożliwia zakupu na ostatnią chwilę. To z kolejnej – brak zasięgu internetu. Liczymy wszystkie drobne, jakie mamy – 20,31 zł. „Tyle mamy. I piwo. Może chce pan piwo?” no i pan chciał. Sprzedał nam bilet z pierwszej stacji (taki jest tańszy, ten wart 22 zł) za 20 złotych 31 groszy i Warkę w puszce! Przesyłam pozdrowienia dla pana konduktora, mam nadzieję, że piwko po pracy smakowało.

            Dotarliśmy około 22 do Lublina, wyjątkowo szybko udało się złapać MPK. Gdy wsiadaliśmy na swoim przystanku, drzwi zamknęły się K. przed nosem. Coś nawaliło. Kierowca ręcznie otworzył drzwi. Tak zakończył się nasz wędrowny weekend z cieniem pecha w tle. Było cudownie, wesoło, cicho i relaksująco. Mimo, że ból w nogach czuję nadal – chcę jak najszybciej wrócić na jakiś pieszy szlak.

Dodaj komentarz

Filed under Roztocze, Szuflada.

Wewnętrzny trener

20160723_173404

Wybraliśmy się z moim K. na „wycieczkę” rowerową. Nie uważam osobiście, iż to była tylko wycieczka, gdyż 80 km jednego dnia okazało się niemalże ponad moje siły… Niemniej dumna jestem z tego, że mi się udało w sumie przejechać 100 km na rowerze w ciągu dwóch dni. Sądzę, że normalnie taki dystans pokonywałam do tej pory w miesiąc…

20160723_132248

Zdjęć mam niewiele, niewiele też pamiętam z powodu przeszywającego bólu…rąk. Tak, nie bolało mnie NIC poza rękoma. I to tak bardzo, że nie potrafię tego opisać, ale potrafię sobie teraz wyobrazić sytuację kiedy człowiek jest w stanie uciąć sobie kończyny. Kiedy zeszliśmy już z rowerów musiałam trzymać ręce skrzyżowane na klatce piersiowej, bo jak po prostu zwisały, to bolały jeszcze bardziej.

W okolicach 47 km napotkaliśmy spory podjazd. Górka może nie była stroma, ale za to ciągnęła się w nieskończoność. K. zaprawiony w boju, zostawił mnie w tyle (dzięki Bogu, bo raczej nie chciałabym aby widział moje miny) a w mojej głowie nagle pojawił się głos. Tak, zaczęłam słyszeć głos!!! Jeden, mój. Szybko się z nim zaprzyjaźniłam i nazwałam go wewnętrznym trenerem. Motywował mnie do pedałowania i bardzo wychwalał. Wtedy bardzo mi to pochlebiało, czułam się taka dzielna i silna – teraz myślę, że byłam u progu obłędu… Ha, ha, ha! Później trener przestał być przekonywujący i ujawniło się moje alter ego – jak na rajdach roztoczańskich – co oznaczało skrajny wysiłek. Góra się skończyła, po jakimś czasie udało mi się dogonić K. (sądzę, że tylko dlatego, że na mnie czekał)
-Jak się czujesz, kochanie?
-Spoko, tam pod górę, ujawniło się moje alter-ego.
-Czyli?
-No moje drugie ja.
-No ale co chciało?
-Rozmawialiśmy.
-I co mówiło?
-Chwaliło mnie i podziwiało.
-A Ty?
-A ja słuchałam i dziękowałam za komplementy…

W końcu dotarliśmy do lasu, w miejscu wyznaczonym na biwak, ognisko, parking itp. rozbiliśmy namiot i trochę doprowadziliśmy się do ładu.

20160723_173350

Poszliśmy jeszcze na spacer ścieżką przyrodniczą, chyba mnie nie zachwyciła – nie pamiętam…

W środku nocy obudziło nas COŚ. COŚ intensywnie łaziło w okolicy namiotu i rowerów przez dłuższą chwilę. Udawaliśmy, że nas nie ma, ale moje walące serce chyba i tak zdradziło naszą obecność. Możliwe, że był to kot grzebiący w śmietniku, ale mógł to być też dzik, złodziej, sarna albo seryjny zabójca. Rowery stały jednak nienaruszone, my obudziliśmy się żywi a śmieci nie były rozrzucone – więc obstawiam jeża, jeże w końcu głośno tupią…

Dojazd do Parczewa z centrum lasu też ledwo pamiętam, bo ręce dawały o sobie znać ze zdwojoną siłą. Jechaliśmy przez piękne pola – tyle pamiętam – i wzięłam tam tabletki przeciwbólowe, które zaczęły działać dopiero na stacji PKP, gdzie spędziliśmy następne 4 godziny w oczekiwaniu na pociąg do Lublina. Czekanie było całkiem przyjemne, Pan Dyżurny poopowiadał nam trochę o okolicy i okolicznych, przespałam się na peronie jak bezdomny i wróciliśmy do domu.

20160724_131003

Mimo bólowych niedogodności – WARTO BYŁO! 🙂

Dodaj komentarz

Filed under Podsłuchane., Szuflada.

Fantasmagorie w moim śnie.

Dzień dobry!
Chciałam się podzielić z Wami wymysłem mojego mózgu, który to słodził dzisiejszej nocy to, co następuje…
Pamiętacie Kitowców z Power Rangers? 😀

Śniło mi się, że ktoś powiedział mi, że pokaże mi najśmieszniejszy filmik na You Tube – wpisał taki tytuł w okienko do wyszukiwania i odpalił film. Okazało się, że jest to filmik interaktywny ale mieliśmy kontrolery ruchu, kamerki i inne bajery. Chodziło się po plaży nad jeziorem i można było walczyć z drugą osobą, ćwiczyć i w ogóle robić co się chciało. Nic nadzwyczajnego niby – kamerka przenosiła obraz poruszających się postaci na ekran, gdzie w tle były po prostu przyjemne widoki. Ale! To nie wszystko 😉 Poza mną i tą osobą na ekranie było jeszcze 8 postaci. Wyglądali właśnie jak Kitowcy! Ta osoba, która mi się śniła śmiała się ze mnie jak pytałam co to jest. Zabawa była przednia, postaci śledziły każdy ruch i kręciły się wokół nas. Nagle poczułam, że już nie stoję w pokoju, tylko jestem nad jeziorem, ciepła woda sięga mi do kolan, słońce chyli się ku zachodowi a dookoła mnie…Kitowcy obracający się w jednym rytmie 😀 I dopiero wtedy mnie olśniło! „Przypisanych” mi było czterech, a każdy z nich z innej perspektywy odtwarzał moje ruchy! Tak jakby ktoś chciał inny rzut z kamery zobaczyć 😀
Jak się obudziłam, to bardzo chciałam zapamiętać ten sen i mi się nawet wyjątkowo udało, nawet przez chwilę myślałam, że to genialny pomysł, ale już jestem w miarę rozbudzona i teraz tylko rozbraja mnie moja wyobraźnia 🙂
A Wam coś się dzisiaj śniło?

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Majówkowa konfrontacja z mundurem :D

Spacerujemy z K. po parku w Warszawie z kolorowymi watami cukrowymi, konkretnie ja z kolorową, K. z tradycyjną.

Przed nami w rażących żółtych kamizelkach dwóch panów policjantów. Jednemu z nich jeszcze bardziej rażąca biała długa metka sterczy przy karku.

Ja: No nie mogę! Patrz jaki kolega, nie poprawi mu! A na pewno widział.

K.: Oj daj spokój.

Jakieś kilka minut i zdań na inny temat później…

Ja: Nie wytrzymam, no zobacz jak on wygląda?! Jak łajza jakaś!

K.: Oj Żelka, to niech sobie wygląda!

I w tym momencie panowie postanowili zmienić kierunek, ale chyba nie do końca byli pewni czy zawracać czy iść w prawo więc trochę na siebie wpadliśmy. Oczywiście nie wytrzymałam…

Ja: Poprawiłby pan tą metkę koledze!

P1 (od razu wiedział, gdzie jej szukać…): Mówi pani, źle wygląda z tą metką?

Ja: No rzuca się w oczy bardzo…

P1: No to już poprawiam…

P2: Dziękuję bardzo! Bo wie pani, ja to taki jestem świeży, prosto ze sklepu i jeszcze mi metki nie urwali…

Ja: Nie ma za co, rozumiem…

No i sobie poszłyśmy. Po chwili milczenia…

Ja: Ej, gdzie są sklepy z policjantami? Kupiłabym sobie z jednego…

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.

Roztocze zalane słońcem :)

45 Rajd Studencki Roztocze Wiosną przeszedł do historii. Mój już 5ty!

20150413_201212

Tym razem tylko dwie noce i dwa dni, ale i tak uważam ten rajd za najfajniejszy.

20150411_133234

W piątek dotarłyśmy dopiero na ognisko, gdzie wytrzymałam po raz pierwszy aż prawie do końca i nawet śpiewałam.

20150410_224533

Pogoda była przednia, towarzystwo jeszcze lepsze.

20150411_164836

Nocleg był w domkach – trochę utrudniło to integrację, ale przynajmniej do wc nie było takich wielkich kolejek. Za to zimno było potwornie!

20150412_091041

I tradycyjnie kilka żartów sytuacyjnych i tekstów niekoniecznie poważnych.

-Zastanawialiśmy się, czy was zaczepić, ale myśleliśmy, że jesteście z liceum. Potem doszliśmy do wniosku, że to taka prowokacja – my Was zaczepimy a potem trafimy na pierwszą stronę Fakttu „Pod przykrywką krajoznawstwa – pedofilia, orgie i pijaństwo”

K.: Wy nawet nie wiecie ile mnie kosztowało dotarcie tutaj z Warszawy! Wydałam dzisiaj 5 zł na toaletę!
Chyba Ojciec Mateusz: Przyjechałaś tu toaletą???

Ojciec Mateusz: A gdzie Żelka pracuje?
K.: E… Ona to jest takim dnem społecznym…

Ja: Ale mnie podrapały te róże…
Ktoś zza pleców: Tańczyłaś na rurze?

B. proszę kojarzyć z kobietą wędrującą nierozłącznie w towarzystwie tamponów 😛
A.: Odprysnął mi lakier z paznokcia…
B.: Popatrz na mnie… (pokazuje zdrapane do połowy pazury) Zdrapałabym jeszcze, ale cholera nigdzie mi nie odstaje żaden lakier.
A.: Weź to zostaw, po co tam dłubiesz?
B.: Oj, bo mam potrzebę sobie pogrzebać!
A.: To w nosie sobie pogrzeb.
B.: No właśnie nic tam nie mam…
A.: Ja nawet też, to chyba to powietrze roztoczańskie. Możesz jeszcze pogrzebać w uchu, ale ryzykujesz, że coś stamtąd wygrzebiesz… Ja bym się zastanowiła…
B.: No tak, lepiej to zawieźć do domu.
A.: To zostaje Ci d*pa!
B.: Dziękuję, tam już grzebałam…
…na postoju.

J.: Kobieta jak ma pieniądze a nie ma czego kupić, to kupi nawet dwie metalowe kulki, po czym jedną i tak zgubi a drugą zepsuje.

Rajdy, tak jak i dzieci na koloniach, uczą bezpośredniości, otwartości i sprawiają, że człowiek robi rzeczy, których poza rajdem by nie robił. Każdy może tu sobie dopisać własny scenariusz i sądzę, że ponad 90% z nich albo już zostało zrealizowanych, albo będzie na kolejnych rajdach.

20150411_155127 (2)
Jest się brudnym, śpi się obok obcych ludzi, pije się wszystko z tej samej butelki (nikt po sobie nie wyciera, bo wszyscy mają brudne ręce) i je kto co ma. Śmierdzi się dymem z ogniska i ma się piach w zębach, a po powrocie z rajdu „mam gluty jak po żniwach”. Mimo, że każdy ma swój bagaż i swoje wszystko, dzieli się tym wszystkim z innymi – nieważne czy to z potrzeby serca czy dlatego, że już ciężko mu to nieść – ważne, że akurat o tobie pomyślał, ewentualnie ty byłeś najbliżej…

20150411_110422

I to jest piękne, że nikt nikomu wilkiem, że codzienność ma zakaz wstępu do lasu, że możesz pogadać o wszystkim i o niczym, że zdecydowaną większość wędrowców widzisz kolejny raz, ale w rocznych odstępach a i tak czujesz, że już dobrze się znacie.
I to jest piękne!

Rajd to stan umysłu! Nie zrozumie tego nikt, kto sam tego nie przeżyje.
Polecam!

A w zeszłym roku było tak: https://apyzrks.wordpress.com/2014/04/09/no-i-po-rajdzie/

Dodaj komentarz

Filed under Roztocze, Szuflada.

Wyniesione z biura

Klient przyszedł, żeby zapłacić za usługę naszego biura. Wypisałam mu kwitek, podaję, a on mi kładzie papierkowe pieniążki, brakuje 2 zł.

K.: Końcówkę pani dorzuci.
Ja: Ja? Czemu ja…?
K.: A czemu nie?
Ja: Stawia mnie pan w kłopotliwej sytuacji, bo nie potrafię odmawiać…
K.: O, to dooooobrzeee… Ja lubię takie, co nie odmawiają!

Dodaj komentarz

Filed under Szuflada.